Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Siedź cicho i oglądaj

Był nietuzinkowym reżyserem i ekscentrykiem. Andrzej Żuławski lubił opowiadać barwne anegdoty ze swojego życia, ale często zmieniał wersje. Ile w tym wszystkim prawdy, a ile wyobraźni? Mówi nam jego syn, Xawery Żuławski.

PANI: Scenariusz do "Mowy ptaków" - filmu, który opiera się na historii twojej rodziny i który będzie miał premierę na festiwalu Nowe Horyzonty - dostałeś od ojca na kilka dni przed jego śmiercią. Powiedział, że możesz z nim zrobić, co chcesz. Co zrobiłeś?

Reklama

Xawery Żuławski: - Wrzuciłem go na tylne siedzenie samochodu i o nim zapomniałem. Ojciec był w ciężkim stanie i tylko to mnie wtedy obchodziło. Nie miałem w głowie przestrzeni na to, żeby cokolwiek czytać. Ale trzy miesiące po jego śmierci zadzwonił do mnie Marcin Wierzchosławski, producent, i powiedział, że ma scenariusz Andrzeja Żuławskiego, który nazywa się "Mowa ptaków", i zapytał, czy nie chciałbym tego zrobić. W pierwszym odruchu odpowiedziałem, że nie, bo nie chciałem wchodzić w jego buty. Nie da się odtworzyć jego stylu, jego osobowości. Nie chciałem się narażać na śmieszność. Ale potem pomyślałem, że skoro ojciec dał scenariusz Marcinowi i mnie, to może taki był jego cichy plan. Przeczytałem tekst i doszedłem do wniosku, że mogę w ten sposób oddać hołd jemu i jego sztuce filmowej. Ale wolałem nie porywać się na to sam i zaprosiłem do współpracy kolegów.

Kogo?

- Jacka Borcucha, Janka Komasę i Piotra Kielara. Każdy z nas miał wziąć kawałek tej historii i nakręcić ją po swojemu, ale z tą samą obsadą aktorską. Chłopaki wnieśli inne spojrzenie, bo ja filtrowałem scenariusz przez losy mojej rodziny. Ale kiedy zaczynaliśmy zdjęcia, Jacek i Janek dostali pieniądze na własne filmy i wycofali się z tego projektu. Wyszło na to, że "Mowę ptaków" muszę zrobić ja. Poprosiłem o współpracę Andrzeja Jaroszewicza, operatora i przyjaciela mojego ojca, i już po kilku dniach zrozumiałem, że właśnie tak miało być.

Jedna z recenzentek zauważyła, że filmowi ojciec i syn, czyli Daniel Olbrychski i Sebastian Fabijański, przypominają ciebie i twojego ojca. Przypadek czy świadomy zabieg?

- Przypadki nie istnieją. Od początku wiedziałem, że to Daniel zagra mojego ojca. Byli przyjaciółmi i on na pogrzebie powiedział, że ma do siebie żal, że nigdy nie zagrał u ojca, chociaż wielokrotnie o tym rozmawiali. Fabijańskiego wymyśliła Marta Kownacka, reżyser castingu. Jest podobny do mnie, ale jeszcze bardziej przypomina młodego Olbrychskiego - który z kolei w kadrze wygląda jak mój dziadek, Mirosław Żuławski. Ten film jest lustrem, ale nie odbija rzeczywistości 1:1. To krzywe zwierciadło.

W książce "Żuławski. Wywiad rzeka" twój ojciec powiedział, że jednym z jego trzech największych zaskoczeń było to, że postanowiłeś pójść na reżyserię, a nie na "jakąś buddystykę".

- Myślę, że to kokieteria. A jeśli rzeczywiście był zaskoczony, to znaczy, że nigdy nie zastanowił się nad tym, co mam dalej w życiu robić. Nie widziałem dla siebie żadnej innej drogi. Ze wszystkich trzech synów ojca to ja spędziłem w jego domu najwięcej czasu, bo jeden mój brat mieszka w Stanach, a drugiemu dzieciństwo upłynęło w szkole z internatem pod Londynem. Kiedy dorastałem, ojciec miał 40 lat i był w szczytowym momencie, kręcił dużo filmów. Obserwowałem go i zawód reżysera wydawał mi się czymś niesamowicie pasjonującym. Myślę, że mój wybór wynikał też z pogoni za nim, bo ojciec nie chciał zabierać mnie na plan, nie miałem wstępu do tego świata. Nigdy też nie oglądał ze mną swoich filmów, musiałem to robić w sekrecie. Dopiero te ostatnie, które nakręcił, gdy byłem dorosłym mężczyzną, zobaczyliśmy wspólnie. Robiąc własne rzeczy, gdzieś z tyłu głowy miałem myśl, że nie chcę przynieść ojcu wstydu, nie chcę stać się drugorzędnym reżyserem noszącym to samo nazwisko. Dzisiaj mam już poczucie, że nie muszę nic nikomu udowadniać.

Ojciec dawał ci rady, wspierał cię?

- Nie dawał żadnych, bo uważał, że sam muszę znaleźć swoją drogę. Milcząc, dawał mi przestrzeń do samodzielnego działania. Powiedział tylko, że mam przed sobą wysoki mur do przeskoczenia albo przebicia głową. I że mogę sobie tę głowę rozbić. Pierwszy film robiłem przez pięć lat, bo nazwisko okazało się przeszkodą, mur był wyjątkowo wysoki. Ale po premierze "Chaosu" moje rozmowy z ojcem o kinie stały się inne, zaczął mnie traktować po partnersku. Po tym, jak usłyszał, że robię "Wojnę polsko-ruską", bardzo mi kibicował, bo był fanem Doroty Masłowskiej. Kiedy kręcił swój ostatni film, "Kosmos", pokazywał mi go na różnych etapach, ale nie chciał słyszeć żadnych komentarzy. A kiedy wyrwała mi się jakaś uwaga, wkurzył się strasznie i wrzeszczał: "Ty mi tu nie pier..., nic nie wiesz, więc siedź cicho i oglądaj!".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje