Reklama

Reklama

Serialożercy to my

Ulubione seriale Polaków

Zarwane noce, moc wzruszeń, a potem... syndrom odstawienia. To nie objawy zgubnego nałogu, ale symptomy znane wszystkim wielbicielom seriali. Takim jak Natalia Klimas, Łukasz Simlat i Szymon Hołownia.

Musi zafurczeć

Sądząc po tytułach, które wymieniłeś w SMS-ach, jesteś prawdziwym serialowym ekspertem.

Reklama

Łukasz Simlat: - Nienawidziłem seriali. Kojarzyły mi się ze "snuciem", np. przy "Przystanku Alaska" świetnie mi się zasypiało. Dopiero trzy lata temu ktoś mi polecił "The Walking Dead" ("Żywe trupy") - to rodzaj przypowieści o współczesnej kondycji ludzkiej, niezależnie od obecności na ekranie zombi. Od tego zaczęła się moja miłość do seriali, a właściwie jakiś rodzaj uzależnienia.

Czujesz się uzależniony?

- Jak już połknę bakcyla, to nie ma zmiłuj... Potrafię zarwać całą noc. Nie znoszę oglądać seriali po jednym odcinku czy nawet sezonie. Muszę mieć ciągłość, żeby je poczuć, żeby się "udrapać" bohaterami.

Jesteś pożeraczem czy koneserem seriali?

- Koneserem. Szkoda mi czasu na coś, co nie wciąga od razu. Jeżeli zobaczę jedną fałszywą scenę w pierwszym odcinku, odkładam tytuł na półkę.

Aktor inaczej ogląda seriale niż przeciętny widz?

- Natychmiast wyłapuję skuchy, ale w zagranicznych produkcjach to się rzadko zdarza. Przede wszystkim skupiam się na aktorach. A jak za genialną grą idą jeszcze klimat i świetna dramaturgia zamykająca się w całość (tak jak w "Rodzinie Soprano", "Breaking Bad", "House of Cards", "Olive Kitteridge"), to jestem uskrzydlony. To, że tacy aktorzy jak Anthony Hopkins czy Kevin Spacey zwracają się w stronę seriali, o czymś świadczy.

- Przeczytałem w jakiejś książce anegdotę o Wilhelmim, który wahał się, czy zagrać Nikodema Dyzmę. Mówił: "Nie, w serialu nigdy!". Zadzwonił reżyser: "Roman, Stuhr się zgadza to grać. Ja chcę ciebie!". "Stuhr?! To ja mu pokażę, jak to się gra!". Uważam, że lepiej wystąpić w serialu, mając już znane nazwisko, bo inaczej jest się utożsamianym z jedną postacią.

Pytanie, czy warto?

- Dopóki nie "zafurczy" przy jakiejś roli, ludzie cię nie pamiętają. Na przykład mistrz drugiego planu Bryan Cranston - w "Breaking Bad" oczywiście zarobił mnóstwo pieniędzy, zaczął go produkować, a nawet dostał list od Hopkinsa, że takiego aktorstwa ten nigdy w życiu nie widział, ale... Dla mnie już na zawsze będzie Heisenbergiem.

Oglądasz głównie dla relaksu?

- Z różnych powodów. "Grę o tron" - bo lubię "wrzucić się" w bajkę, uciec od rzeczywistości. "Olive Kitteridge" - dla aktorów i żeby się dowiedzieć czegoś o życiu i o sobie. "House of Cards" - dla matematycznej układanki, dla Robin Wright i Kevina Spacey’ego. "Rodzinę Soprano" - bo mnie intryguje przebieg kryminalny i uwielbiam Gandolfiniego. "Breaking Bad" oglądam również dla genialnego aktorstwa i zaskakujących zwrotów akcji. Każdy serial jest dla mnie zawodową, ale też ludzką przygodą. Nie znoszę takich, które odmóżdżają.

Zawodowe podejście nie przeszkadza ci w emocjonalnym wejściu w serial?

- Zawsze wchodzę emocjonalnie, bo pracuję intuicyjnie. Dlatego denerwuję się przy filmach. Nie wiem, czy kibicowałbym Frankowi Underwoodowi w "House of Cards", gdyby zagrał go mniej doświadczony aktor niż Kevin Spacey. A tak widzę przede wszystkim genialne aktorstwo oraz człowieka, z którym mam czas się utożsamić, zżyć, i martwi mnie to, że muszę teraz rok czekać na czwarty sezon!

Masz poczucie straty, kiedy kończy się serial?

- Czuję coś, co nazywam syndromem kolonii: wracasz do domu i co teraz?!

Przygotowując się do roli, sięgasz po seriale?

- Wielokrotnie. Patrzę na tytuły na półkach, przypominają mi się jakieś momenty, przeglądam je, analizuję. Oglądam rocznie około 200-250 filmów plus seriale. Oczywiście będę nadal śledził dobre produkcje, ale rodzi się frustracja, bo u nas nie ma na nie szans.

Dlaczego?

- Budżet jest sprawą podstawową. Ktoś mi ostatnio opowiedział anegdotę z planu polskiego serialu: w scenariuszu było napisane, że facet wsiada na pokład samolotu, ten startuje, służby typu CBŚ są już na lotnisku, zawracają samolot, on ląduje i mamy spektakularne aresztowanie na płycie lotniska. Wiesz, jak to się skończyło? Na trawniku, z helikopterem, który nawet się nie uniósł, bo nie było pieniędzy na paliwo... I to jest ten hamulec ręczny, który jest zaciągnięty i nie pozwala pofrunąć. A poza tym amerykańscy twórcy w żaden sposób nie ograniczają swojej wyobraźni.

- To jest tak świetnie napisane, że aktor może się już tylko od tego odbijać. Oni tam nie boją się też grubszej kreski - np. postać wujka Juniora w charakterystycznych rogowych okularach w "Soprano". Wjeżdżam sobie na Sycylii do miasteczka Corleone (!), a nad nim góruje stary zamek, który nazywa się Soprano! Zgubiłem drogę, spotkałem miejscowego, podeszliśmy do małej kafejki, a tam siedzi dziadek w znajomych rogowych okularach. Mój przewodnik podchodzi do niego, całuje go w rękę, w policzek i idzie w stronę baru. A ja widzę scenę wyjętą z serialu!

Czy te tzw. jakościowe produkcje telewizyjne mogą zdetronizować kino?

- Często kiedy mam ochotę pójść do kina, patrzę na repertuar i nie znajduję nic. Po miesiącu jest tak samo. A dobrych seriali jest duży wybór. Chociażby "Peaky Blinders" z Cillianem Murphym i Tomem Hardym czy "The Knick" z Clive’em Owenem. Ich siła tkwi w tym, że te kostiumowe produkcje są absolutnie współczesne, wszystkie relacje są wiarygodne, to "mięso" międzyludzkie jest takie samo. W "Peaky Blinders" chciałbym zagrać! Bo to przede wszystkim męska przygoda, bohaterami są bracia tworzący gang w Birmingham.

Jak na trzy lata to nieźle odrobiłeś serialową lekcję.

- Intensywnie oglądałem, np. pierwszy sezon "Peaky Blinders", czyli sześć odcinków - w dwa wieczory. Drugi sezon - dwa kolejne, i już.

Złamane serce

Aktor powinien oglądać seriale?

Natalia Klimas: - Nie tylko powinien, ale musi! Uwielbiam patrzeć na aktora, jak gra, jaki ma pomysł na postać w serialu i czy zrobiłabym to tak samo, czy inaczej. Poza tym muszę przyznać, że w dobrze opowiedziane historie wciągam się emocjonalnie. I to nie tylko ja. Nie ma się czemu dziwić - niektóre seriale bywają lepsze od filmów.

Są odważniejsze niż filmy kinowe?

- Piszą je inteligentni ludzie, dlatego chcą w nich grać najlepsi aktorzy - od Kevina Spacey’ego ("House of Cards") po Ala Pacino ("Anioły w Ameryce"). Film musi być konkretnie spozycjonowany - widz już po obejrzeniu zwiastuna ma wiedzieć, czy proponuje mu się kino familijne, horror czy komedię romantyczną. A telewizja może sobie pozwolić na mieszanie gatunków, np. jeden odcinek "Breaking Bad" jest trochę czarną komedią, a drugi mrożącym krew w żyłach thrillerem.

Przywiązujesz się do serialowych bohaterów?

- Do Tony’ego Soprano z "Rodziny Soprano", do Dona Drapera z "Mad Men". To bohaterowie, którzy ciągle są ze mną. Obie postaci są bardzo wyraziste i intrygujące. Bywają okrutne. Każda w inny sposób, a mimo to nadal im kibicujesz, nadal ich lubisz. To dobrze napisane, wielowymiarowe role.

Miałaś "ciągi" serialowe?

- W Stanach wszyscy w nie wpadają (śmiech). Zwłaszcza zimą w Nowym Jorku, gdy przychodzą najgorsze mrozy i siedzimy w domach.

Tam ogląda się je w towarzystwie czy raczej samotnie?

- Czasem w grupach, często w parach. Ale bardzo fajnie jest oglądać samemu, bo wtedy człowiek przenosi się w zupełnie inny świat.

"Rodzinę Soprano" odkryłaś właśnie tam?

- Mieszkałam w Stanach, kiedy serial zaczął być emitowany. Ale muszę ci opowiedzieć jedną historię à propos tego serialu, a właściwie autora jego scenariusza i reżysera. W przemyśle telewizyjnym liczą się dla mnie trzy postaci: Aaron Sorkin, o którym mówią, że jest Szekspirem telewizji (napisał m.in. serial "Prezydencki poker" i film "The Social Network"), Matthew Weiner, który stworzył serial "Mad Men", oraz właśnie twórca "Rodziny Soprano" - David Chase. Kiedyś siedziałam we włoskiej restauracji na Upper East Side, a jej szef, znający pół miasta Włoch Paolo, słysząc moje zachwyty nad "Rodziną Soprano", powiedział: "Pół roku temu w jednym rogu mojej restauracji siedział Mike Nichols, a w drugim - David Chase. I Mike Nichols mówi do mnie: »Halo, to jest David Chase! On jest, k...a, geniuszem. Mogę go poznać?«. Podchodzę do Chase’a, a ten: »Stary, tam siedzi Mike Nichols - ja go, k...a, kocham!«". Strasznie rozbawiło mnie to, że tacy geniusze nadal potrafią mieć swoich idoli i ekscytować się jak dzieci. I zauważ, że kiedyś o ludziach, którzy pisali dla telewizji, nie mówiło się "geniusze".

Co poza "Rodziną Soprano" oglądają twoje nowojorskie przyjaciółki?

- "Mad Men", "Orange Is the New Black", "Grę o tron", która w Polsce jest też szalenie popularna. Bardzo ją cenię, ale wolę produkcje, które są subtelniejsze. Tak jak "Mad Men", gdzie masz tajemnicę, niedopowiedzenie, ciszę - takie środki filmowe w telewizji kiedyś nie istniały.

Poświęciłaś spotkanie towarzyskie, żeby obejrzeć kolejny odcinek?

- Ile razy! (śmiech) Mówiłam: "Muszę się uczyć roli". A potem oglądałam przez całą noc...

A jak się kończy ulubiony serial, to jest żałoba?

- Złamane serce (śmiech). Tak jak wtedy, gdy skończyła się "Rodzina Soprano". To był zresztą najbardziej spektakularny i tajemniczy, ale też krytykowany finał serialu. Bo nie dał odpowiedzi, co stało się z głównym bohaterem. Kolega mi opowiadał, że gdy ostatni odcinek leciał w amerykańskiej telewizji, to było słychać, jak ludzie przed telewizorami krzyczą i klną. Reakcja była bardzo mocna. W internecie do dziś trwa dyskusja komentująca zakończenie. Ale wtedy w niedzielne wieczory w Nowym Jorku i New Jersey na ulicach były pustki - wszyscy oglądali "Rodzinę Soprano".

W jakim serialu chciałabyś zagrać?

- Nietypowym, nietelewizyjnym, z nieoczekiwanymi zwrotami akcji, świetnie napisanym scenariuszem i dialogami. W Polsce jednak panuje przeświadczenie, że nasi widzowie nie są gotowi na taką telewizję. Ale ja się z tym nie zgadzam.

W Stanach zagrałaś w serialach, m.in. w "Plotkarze" i "Wołaniu o pomoc". Widzisz różnice w pracy tam i tu?

- Na planie jest podobnie. Uwijająca się ekipa, panujący nad wszystkim reżyser. Tam każdy aktor ma swoją przyczepkę, a tu nie, ale dla mnie nie ma to znaczenia. Mogłabym pracować w beznadziejnych warunkach, byle robić coś fantastycznego.

Co teraz lubisz oglądać?

- Nic mi jeszcze nie zastąpiło "Mad Men"... A trzeci sezon "House of Cards" zostawiam sobie, aż będę miała więcej czasu. Serwis Netflix bardzo zmienił świat filmów i seriali: właściwie nikt nie wypożycza już filmów, tylko całe sezony seriali. Kolejnym moim odkryciem w Stanach był "Prezydencki poker". Agnieszka Holland była nim tak zafascynowana, że na jego podstawie nakręciła "Ekipę".

Wracasz do obejrzanych już seriali?

- Dwa razy widziałam całą "Rodzinę Soprano". Niedawno - ostatni sezon. Jakie to jest aktorstwo! W pilocie serialu, kiedy gangster i twardziel Tony Soprano idzie po raz pierwszy na terapię, bo ma napady lękowe, mówi: "Wszyscy teraz muszą chodzić do psychologów! A co się stało z tym cichym, dumnym, milczącym, twardym facetem? Z tymi facetami z lat 60.?". A to jest przecież dokładnie Don Draper z "Mad Men"!

Wszystko się łączy...

- Może dlatego te seriale tak fascynują? Matthew Weiner, zanim stworzył "Mad Men", pracował jako scenarzysta przy "Soprano"! Widziałam kiedyś wywiad, w którym mówił, że każda postać w "Mad Men" to po części on sam. To musi być niesamowity facet!

Dla zakonnic i wywrotowców

Jak tradycyjny polski katolik, jak pan siebie nazywa, może lubić takie seriale jak "Breaking Bad" czy "Rodzina Soprano"?

Szymon Hołownia: - Ale ja nigdy nie powiedziałem o sobie, że jestem tradycyjnym polskim katolikiem! Ludzie, próbując opisać jakiegoś człowieka, bardzo często stosują klisze. Jedną z nich jest to, że jak ktoś jest osobą wierzącą, to ma się tylko umartwiać i w jego życiu nie ma miejsca np. na oglądanie seriali. Jestem bardzo tradycyjny, jeśli chodzi o poglądy w różnych kwestiach, i również bardzo tradycyjny w tym, że lubię dobrą rozrywkę. Akurat "Breaking Bad" nie oglądam - próbowałem, bo moi rodzice się w to wciągnęli, ale wydał mi się sztampowy. Natomiast "Rodzina Soprano" to był pierwszy serial, który kupiłem na DVD i pasjami oglądałem. Bo to świetnie napisane postaci, bo to bardzo ludzkie sytuacje, bo to kawał naprawdę dobrego kina obyczajowego z nieoczywistymi bohaterami i niebanalną akcją.

A kolejne odkrycia?

- Uważam, że jeden z najlepszych seriali, jakie widziałem w życiu, to "Downton Abbey". Jest znakomity. Obejrzałem wszystkie odcinki. Dawno nie było serialu zrobionego z taką elegancją, z taką dbałością o szczegół psychologiczny, tak fajnie się rozwijającego i, można powiedzieć, czystego, który można polecić każdemu - od zakonnicy (wiele moich znajomych zakonnic go ogląda) po ludzi wywrotowych. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Cenię też znaczną część miniseriali, które produkuje lub współprodukuje BBC, czyli "Happy Valley", "Sherlocka" (z pewnymi zastrzeżeniami do trzeciej edycji), "Koniec defilady". No i polski "Czas honoru": dobrze zrobiony, mądrze i z przytupem. Ostatnio widziałem jeszcze miniserial "Tajemnice Laketop". To fajny typ fabuły, bo wiesz, że ma np. siedem odcinków i koniec. Nie oczekuje się od ciebie miłości na dwa lata, tylko na parę wieczorów. A na przykład takie "Sześć stóp pod ziemią" obejrzałem w całości, do ostatniego odcinka. Uważam, że zakończenie szóstej serii jest najlepszym zakończeniem serialu, jakie w życiu widziałem.

Obserwujemy boom na seriale kierowane do wymagającego widza.

- To nic nadzwyczajnego. Teraz telewizja, która wychodzi ze starego modelu - składającego się z wielkich kanałów dostarczających wszystko - idzie w stronę nisz. Kiedyś czekało się w niedzielę o ósmej na "Rolniczy kwadrans", a teraz jest kanał, który go nadaje 24 godziny na dobę. Fenomen seriali nie jest nowy - "Moda na sukces", "07 zgłoś się"...

Ale jednak te, o których mówimy, stworzyły nową jakość.

- To prawda, zmieniły ideę serialu. Na początku mojej przygody z nimi trafiałem na tytuły, które tutaj były jeszcze awangardowe, jak np. "The Office" ("Biuro") w jego pierwszej, brytyjskiej odsłonie. Przywiozłem go sobie dawno temu z Anglii i robił na mnie absolutnie piorunujące wrażenie. BBC produkowało seriale, w których był czysty brytyjski humor. Jak np. w miniserialu "People Like Us", w którym z offu wypowiada się korespondent BBC jeżdżący po odległych zakątkach Anglii i rozmawiający z ludźmi różnych profesji, zawodów i stanów. Jest w nim humor bawiący tylko tych, którzy go czują.

Zauważa pan, że seriale coraz częściej stają się tematem rozmów?

- Wcześniej czekało się na powieści w odcinkach, rozmawiało o literaturze, płytach, a dzisiaj - o serialach. Może to znak czasu, ale z drugiej strony dobrze, że te produkcje nie są złe i dyskutując o nich, można zbudować szerszą refleksję, odniesienie do świata, polityki, współczesności, problemów, które dzisiaj trapią ludzi.

Każdy miał ulubiony zespół, a teraz ma ulubiony serial.

- Ludzie definiują się trochę przez seriale. Kiedy ktoś ci się przedstawia, wystarczy, że powie, jaki serial lubi, a ty już mniej więcej wiesz, z kim masz do czynienia. Gdybym miał opisywać siebie, to dobrze określa mnie "Downton Abbey". Jest tam rodzaj wrażliwości, która nie potrzebuje fajerwerków w postaci krwawej przemocy, kosmitów, pozanaturalnych zdarzeń, tylko wszystko rozgrywa się w niuansach relacji między ludźmi. Nie umiem tego opisać, ale to bardzo trafia do osób o mojej wrażliwości. Wiem, komu mogę go polecić w ciemno. Mój przyjaciel, serialożerca Marcin Prokop, często zachwala mi różne seriale, ale nie wszystkie nam się pokrywają. Polecił mi "Luthra" - to kawał porządnie zrobionego serialu, ale w pewnym momencie człowiek zaczyna sobie zadawać pytanie, ile jeszcze można oglądać samotnego glinę z problemami, który walczy z całym światem. Ile jeszcze wariacji na temat tej melodii można zagrać? Natomiast oglądając coś takiego jak "Downton Abbey", "Rodzina Soprano" czy "Sześć stóp...", masz odczucie, że obcujesz z ludźmi, ale i z dobrą literaturą. Odnajdujesz - w sobie i wokół siebie - odniesienia do tego, co widzisz na ekranie. To cię wciąga i intryguje.

To dlatego tak wciągamy się w seriale.

- Tak, bo oglądamy tam swoje dylematy albo dylematy, których nie chcielibyśmy mieć. Oglądamy rzeczy, których ludziom zazdrościmy i których nie chcemy im zazdrościć. Poza tym jest duża siła w opowieści, kiedy czeka się na to, co będzie dalej.

Dużo pan jeździ po świecie. Zauważa pan, że ludzie oglądają to samo, że wszędzie można rozmawiać o tych samych tytułach?

- To jest jak coca-cola, jak Christina Aguilera, jak Jay Z: wszyscy ten kod rozumieją.

Seriale to substytut kina czy nowa jakość?

- Wydaje mi się, że jest to łatwe do przełknięcia - takie kino 2.0. Serial możesz ściągnąć za pieniądze i w wolnej chwili obejrzeć. Nie zajmie ci to całego wieczoru, tylko 30-40 minut. To film podzielony na kawałki i łatwiej dostępny - czasowo, finansowo, organizacyjnie.

Ale ludzie często oglądają je ciągiem, robią sobie maratony.

- Ja też tak robię. I to jest fajne, że jeszcze jeden odcinek i jeszcze jeden. W młodości "wciągałem’’ wieczorem po cztery odcinki "Sześciu stóp...". Nie chciałem tego przerywać - cały czas szło się dalej i dalej...

Wika Kwiatkowska

PANI 8/2015

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: seriale

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje