Reklama

Reklama

Sekielski: Z bratem mogę wszystko

Ile mieliście takich dni przez film "Tylko nie mów nikomu"? Poruszył miliony ludzi. Skąd impuls, by wziąć się do tak ciężkiego tematu?

Tomek: - Pomysł filmu narodził się w mojej głowie w 2014 roku. Poznałem wtedy ofiary księży pedofilów. Nie mogłem milczeć.

Reklama

Dlaczego chcieliście zrobić ten film razem?

Tomek: - Marek był producentem moich wcześniejszych programów. Wiedziałem, że jeśli z kimś może to wyjść, to z nim. Pracował wtedy jeszcze przy Faktach, wciąż chodził zły, zmęczony, sfrustrowany. Wiem, co znaczy wypalenie. "Rzuć tę robotę - radziłem. - Przejdź do Kombinatu medialnego. To firma producencka, którą stworzyłem.

Marek: - Po terapiach odwykowych pewne rzeczy mi się przewartościowały. Odszedłem z TVN-u i od razu rzuciłem się w pracę nad dokumentem.

Tomek: - Ja wpadłem na pomysł zbiórki przez crowdfunding (zbiórka publiczna - przyp. red.). Nie wiedzieliśmy, czy się uda. Niby dlaczego ludzie mieliby wpłacać pieniądze? Bo obiecujemy film? I początkowo wpłaty wpływały powoli. W połowie produkcji baliśmy się, że zabraknie pieniędzy, ale wiedzieliśmy, że nie możemy się cofnąć. Wtedy postanowiliśmy, że najwyżej dołożymy swoją kasę. Temat był już dla nas zbyt ważny.

Myślałam, że nazwisko Sekielski otwiera drzwi i portfele.

Marek: - Otwiera, bo w końcu zebraliśmy potrzebną kwotę. Przez lata Tomek stworzył markę - rzetelność, dociekliwość, bezkompromisowość. 2,5 tysiąca osób złożyło się na nasz pierwszy film, bo nie było jednej, która odważyłaby się wyłożyć je na całość.

Kto w waszym teamie jest szefem?

Marek: - Tomek jest reżyserem, prowadzi narrację, narzuca kierunki.

Tomek: - Decyzje podejmujemy wspólnie. Konsultujemy ze sobą również artystyczne wizje.

Marek: - Nie obywa się bez kłótni. A to któryś z nas trzaska drzwiami, a to w nerwach wysiada z samochodu. Potrafimy odpalić awanturę w każdym miejscu, tak wielkie są emocje przy produkcji takiego filmu. Ludzie, którzy z nami pracują, już się przyzwyczaili. Jak się tu nie pokłócić, kiedy jest 18, kończymy zdjęcia, wszyscy ledwo żywi, a Tomek mówi: "Pojedźmy jeszcze w jedno miejsce". Ludzie od dwunastu godzin na nogach, zmęczeni, a on chce im zafundować trzy kolejne godziny pracy. Moja pierwsza reakcja? Wybucham. Druga - jedziemy.

Tomek: - Czasami chyba kłócimy się już dla sportu. (śmiech)

Marek: - A czasami nie radzimy sobie z emocjami. Tomek jest na pierwszej linii, on rozmawia z ludźmi, ale ja potem wszystko przesłuchuję. Pamiętam, jak przy zwierzeniach kolejnej ofiary coś we mnie pękło: "Ja pier... nie dam rady już tego słuchać", powiedziałem do żony. Płakałem jak dziecko.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje