Reklama

Reklama

Sekielski: Z bratem mogę wszystko

A potem znów byliście blisko. Jak doszło do tego, że obaj pracowaliście w TVN?

Reklama

Tomek: - Ściągnąłem Marka do Warszawy. Pracowałem tam, gdy on, dwudziestolatek, szukał pomysłu na życie. "Przyjedź na staż do telewizji" - powiedziałem. Ojcu się nie spodobało, była awantura.

Marek: - Tata uważał, że sobie w Warszawie nie poradzę. Trochę racji miał. Wszystko mnie tu przerażało. TVN była liczącą się stacją, a mnie brakowało wiary w siebie. Wszedłem do pokoju, a tam same sławy znane z ekranu. Mówili slangiem, używali słów, których nie znałem, jakieś surówki, setki... W moim życiu surówka i setka to było coś innego. Przez miesiąc mieszkałem w kawalerce z Tomkiem i jego żoną. Pracowałem przy Faktach i w Pod napięciem, gdzie byłem "rysiem", czyli dokumentalistą. Szumnie brzmi! Byłem gówniarzem, który uczył się fachu. Tomek mnie wspierał.

Braterska sielanka to cała prawda o was? Nic cię nie irytowało w bracie?

Tomek: - Jeśli chcesz, by nasz drugi film powstał, zastanów się nad odpowiedzią.

Marek: - To odpowiedz pierwszy, co cię wkurza we mnie.

Tomek: - Że widzisz szklankę do połowy pustą i uważasz, że "raczej się nie uda".

Marek: - Coś w tym jest... Wiele nas różni. Potrafimy się nawyzywać od najgorszych, ale przetrawiamy kłótnie szybko i nie nosimy urazy w sobie. Dzięki temu, że jesteśmy różni, współpraca jest ciekawa. Uzupełniamy się. Tomek jest artystą, wierzy w swoje wizje, a ja złym dyrektorem finansowym, który mówi: "Nie stać nas".

Tomek: - Marek w naszym tandemie jest nerwusem, ja tym spokojnym. Gdybym pracował z producentem, który nie byłby Markiem, nie dokończylibyśmy pierwszego dokumentu. Albo producent by się podał do dymisji, albo bym go wyrzucił. Brata nie wyrzucę.

Marek: - Mnie wkurza w Tomku i to, co jednocześnie w nim szanuję - jego oderwanie od przyziemnych spraw. I to, że siedzi godzinami w IPN-ie.

Tomek: - Kiedy Marek wie, że idę do IPN-u, koło 17 dzwoni i pyta: "Gdzie jesteś? - W domu - odpowiadam. - Prawdę mów" - dociska. Wtedy się przyznaję, że jeszcze w IPN-ie. "Mam po ciebie pojechać?" - pyta poirytowany. Kocham go za to. Ta rozmowa to już taki nasz rytuał.

Gdy świat się wali, to pierwszy telefon... do brata?

Tomek: - Odpukać, świat mi się nie wali. Ale gdy postanowiłem zrobić sobie operację zmniejszenia żołądka, zadzwoniłem tylko do Marka, żeby mi pomógł, gdyby coś się nie udało. Rodzice nic nie wiedzieli. Bratu mogę powiedzieć wszystko!

Marek: - Ale to ja częściej potrzebowałem Tomka niż on mnie. Nikomu o tym dotąd nie mówiłem, ale chyba chcę to z siebie zrzucić. Jestem alkoholikiem, ale nie piję od kilku lat. Jestem po dwóch terapiach. Gdy szedłem na pierwszą, też zadzwoniłem do Tomka.

Tomek: - Długo nie zdawałem sobie sprawy z tego problemu. Marek pił w domu wieczorami. To nie było tak, że dzwoniła do mnie jego żona i prosiła: pomóż zabrać mi go z knajpy. Powiedział o wszystkim, dopiero kiedy postanowił podjąć terapię. Mogłem go tylko wspierać. Wiedziałem, że kiedy do mnie przyjeżdża, nie może być alkoholu na stole.

Marek: - Dlatego nie było mnie na 40. urodzinach Tomka, które wyprawiał u siebie na wsi. Nie mogłem żądać, żeby wiejską imprezę zorganizował przy soku malinowym. Teraz widok alkoholu już mi tak nie przeszkadza, ale uważam. Szczególnie gdy mam gorsze dni.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje