Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ściągam maskę

Z dyplomem w kieszeni postanowiłeś zawojować Warszawę?

Reklama

- Na czwartym roku dostałem pracę u Mariusza Trelińskiego w operze Król Roger we Wrocławiu. Ale potem cisza. Mariusz poradził: "Jedź do Warszawy, tam dużo się dzieje". Zapakowałem starą brązową tekturową walizkę i przyjechałem do stolicy. Wysiadam na Centralnym, stoję przed Pałacem Kultury i myślę: "Co będzie, to będzie". Spałem u kolegi, chodziłem na castingi, nic. Skręcałem więc długopisy, pracowałem w Obi jako kierowca i woziłem glazurę, zimą od 5 do 7 odśnieżałem Marszałkowską, potem biegłem do knajpy Melodia, w której byłem kelnerem. Roznosiłem też ulotki. Pod Rotundą spotkałem kumpla ze szkoły teatralnej. "Co słychać? - zapytał. - A ulotki rozdaję - odpowiedziałem. - A ja wracam  z próby z Teatru Dramatycznego, jutro mam zdjęcia w Ojcu Mateuszu, a pojutrze robię film" - odpowiedział. Przykro mi się zrobiło - on tyle osiągnął, a ja wciąż nic...

W teatrach cię nie chcieli? Dostałeś nagrodę ZASP-u za najlepszy debiut teatralny, rolę Piotra w Widnokręgu!

- Na nikim to nie robiło wrażenia. "Nie mamy miejsc", słyszałem wszędzie. Zresztą większość dyrektorów nawet się ze mną nie spotkała. Tylko Gustaw Holoubek poświęcił mi 20 minut, choć też nie miał wolnego etatu. Powiedział za to coś ważnego: "Im będzie pan dojrzalszy, tym będzie panu lepiej w tym zawodzie". Faktycznie tak jest. Ale zanim się o tym przekonałem, cieszyłem się nawet z tego, że byłem statystą. Pamiętasz w serialu Glina policjanta, który kopał dół? To byłem ja. Kopałem przez 12 godzin, dostałem za dzień zdjęciowy 60 zł i zupę. Musiałem się utrzymać, więc dyplom i dumę schowałem do kieszeni. Zresztą ojciec nauczył mnie, że żadna praca nie hańbi. Później poszedłem na casting do Supermarketu i się zaczęło. Zadzwonił do mnie producent Tadeusz Lampka z propozycją roli w M jak miłość. Posypały się kolejne propozycje.

Wkurzasz się, że wciąż dostajesz role ładnych chłopców?

- Wkurzam się, gdy mówią o mnie casanova polskiego show-biznesu. Właśnie odrzuciłem cztery oferty z tego powodu.

Wciąż obchodzi cię, co myślą inni? 

- Jak piszą, że są trzy rodzaje drewna: liściaste, iglaste i Roznerski, to potrafię się z tego śmiać. Ale kiedy robią mi zdjęcia, jak idę z moją dziewczyną, a potem na portalu plotkarskim pojawia się komentarz: "Pewnie za trzy miesiące ją zostawi", denerwuję się. Ludzie tak łatwo oceniają. Niech przyjdą do teatru i zobaczą mnie w dobrym spektaklu.

Ja byłam! W Dwoje na huśtawce grasz rewelacyjnie i budzisz takie emocje, że pół spektaklu przepłakałam. 

- Z tym spektaklem było tak: zadzwonił do mnie reżyser, a zarazem mój agent Jurek Gudejko. "Jak z twoją kondycją? - zapytał. - Mam cięższy czas - odpowiedziałem szczerze. Ucieszył się. - Świetnie. Mam dla ciebie rolę w Dwoje na huśtawce z Anną Dereszowską. - Jurek, ja chyba nie umiem - zawahałem się, uważałem, że to za trudna rola. Przekonywał: - To dobry moment, żeby pokazać wszystkim, że jednak umiesz, bo ja wierzę, że umiesz".  Ta propozycja przyszła w doskonałym momencie, kiedy przestałem czuć radość  z wykonywania zawodu. Chciałem być artystą, a miałem poczucie, że jestem komediantem, który grywa tylko w lekkich, łatwych i przyjemnych produkcjach. Coraz częściej czułem się jak maszynka do zarabiania pieniędzy. Dziękuję Jurkowi za to, że zaryzykował. Udowodniłem, że potrafię grać nie tylko w serialach czy romantycznych filmach, ale też w teatrze.

Każdego dnia udowadniasz też, że jesteś dobrym ojcem, choć rozstałeś się z mamą swojego syna. 

- Mam do siebie ogromny żal, że nie potrafiłem utrzymać rodziny. Byłem za młody i za głupi. Dlatego dziś robię wszystko, by syn tego nie odczuł, nie jestem ojcem weekendowym. Jeśli nawet jadę w trasę po Polsce ze spektaklami, nie zostaję w hotelu na noc, wracam do Warszawy, żeby rano móc odwieźć Antka do szkoły.

Nie bałeś się ojcostwa? 

- Bałem się odpowiedzialności, zastanawiałem, czy nadaję się na ojca, czy będę potrafił dać dziecku tyle miłości, ile potrzebuje. Ale wątpliwości mijały, gdy brałem płaczącego synka na ręce, kładłem na przedramieniu, idealnie się tam wpasowywał, po chwili się uspokajał. Ten ojcowski dotyk przynosił mu ukojenie. Do dziś lubimy się przytulać. Wiem, że Antoni jest ze mnie dumny. Jestem jego bohaterem.

Mówisz, że już stanąłeś na nogi. Tak po prostu ci się udało? 

- Nie wiem, czy już stanąłem na nogi. Podjąłem decyzję, że chcę zmiany i pracuję nad sobą. Musiałem się nauczyć, że nie wszyscy muszą mnie lubić. Że mam prawo czasem na coś się nie zgodzić - wcześniej tego nie umiałem. Kolejna lekcja to kontrolowanie emocji. Zawsze byłem porywczy. Jestem słusznego wzrostu, trenuję sztuki walki, ale przecież nie o to chodzi, żeby pięściami rozwiązywać problemy. Już nie daję się łatwo sprowokować. Kontroluję swoje emocje.

I przestałeś być smutny?

- Tak. Mój świat zaczął nabierać kolorów. Zrozumiałem, że nie tylko praca jest ważna. A wiesz, kiedy czuję się najszczęśliwszy? Niedziela, jesteśmy we trójkę: ja, Ada i Antek, snujemy się po domu. Robię śniadanie, potem zmywam naczynia, wspólnie gotujemy - takie codzienne czynności bardzo łączą. Czasem piekę swoje ulubione ciasto z czerwonej fasoli z gorzką czekoladą i malinami, a czasem po prostu się nudzę i sam siebie przekonuję, że to nic złego. Chłopak, który od dziecka ciężko pracował, ma wdrukowany etos pracy. Ada nauczyła mnie, że czasem trzeba odpuścić. Hamuje mnie i uspokaja, uczy partnerstwa, mówienia o swoich uczuciach, potrzebach. Uczy mnie radości z drobnych rzeczy. Lubię wracać do domu. Może znowu zacznę odnawiać stare meble? Kiedyś zwoziłem je do domu ojca i przepadałem na całe dni i noce, naprawiając, malując, ulepszając. Zrobiłem designerski stół barowy ze starej beczki, którą przywiozłem z Lionu, "wystrugałem" też piękny kredens, który podarowałem wujostwu. Praca nad nim trwała półtora roku. Lubię takie proste życie.

Przeżyłeś zarówno totalne porażki, jak i sukcesy. Które są ważniejsze?

- Porażki, one kształtują. Sława trwa chwilę, sukces jest niebezpieczny, można się nim zachłysnąć. Z popularnością jest jak z opalenizną - szybko schodzi. Staram się o tym pamiętać. I o tym, że mam prawo do smutku, do złości, do tego, żeby powiedzieć "nie". Nie chcę dłużej żyć w zakłamanym świecie, w którym wszyscy są piękni, młodzi i szczęśliwi. Nie ma nic złego w tym, że budzimy się rano brzydcy i smutni. Tak też czasem musi być. Mam dość udawania.

Rozmawiała Beata Biały

Twój STYL 12/2018

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje