Reklama

Reklama

San Francisco. Miasto w cieniu sukcesu

Kiedyś wyruszający do San Francisco wplatali kwiaty we włosy, dzisiaj przybysze mają głowy nabite wiedzą technologiczną i pomysłami na startupy. Jedni i drudzy wpłynęli na oblicze miasta, w którym obok charakterystycznych uroczych domków wyrastają siedziby potężnych korporacji i obozowiska bezdomnych.

Izabela Grelowska, Styl.pl: Kiedy "San Francisco. Dziki brzeg wolności" trafiło do moich rąk, w Ameryce akurat przetaczała się fala protestów Black Lives Matter - po zabójstwie Georga Floyda. Pani opisuje zupełnie analogiczną sytuację: drobne wykroczenie, śmierć z rąk brutalnych policjantów, protesty i zamieszki. Tyle że jest rok 1966, San Francisco. Nic się nie zmieniło?

Reklama

Magda Działoszyńska-Kossow: - Spuścizna rasizmu wciąż jest żywa, zwłaszcza w takich instytucjach jak policja, bardzo często opisywanych słowami: "konserwatywna", "skostniała", "kolesioska" itp. To może się kłócić z sympatycznym obrazem, który dostajemy w serialach, ale popkultura niechętnie wgryza się w istotę zjawisk i często tworzy fałszywy obraz rzeczywistości. Ale to, jak działają różne instytucje jest odzwierciedleniem stanu świadomości społecznej, gdzie stereotypy na temat czarnej społeczności są głęboko osadzone.

- Oczywiście ona sama jest trawiona przez negatywne zjawiska. Statystyki dotyczące odsetka czarnych obywateli w więzieniach są wysokie, tylko, że są oni aktywniej ścigani, surowiej karani, wsadzani do więzień drobne przewinienia. Ta przestępczość wynika też ze znajdowania się w ogonie społecznym i ekonomicznym, co trudno jest zmienić. Dorastanie w getcie, brak perspektyw - te przyczyny nakładają się na siebie. Przez pół wieku nastąpił postęp, ale nie na tyle duży, żeby te smutne zdarzenia już nie miały miejsca.

Getta nie tworzą się same. Może pani opisać podłoże, które powoduje, że tak trudno jest się wyrwać z środowisk, które może i sprzyjają rozwojowi przestępczości, ale nie powstały w sposób zupełnie naturalny?

- W Stanach często dopiero kupując nieruchomość ludzie dowiadują się, że istniały zapisy nie pozwalające czarnoskórym na zamieszkanie w niej. I nie mówimy tu o rasistowskim Południu, ale o miastach na Północy i Zachodnim Wybrzeżu, gdzie mogłoby się wydawać, że tego problemu nie ma. Tzw. racial covenants występowały niemal do końca lat 60. i skazywały czarnych na zamieszkanie w jakimś konkretnym obszarze. Te miejsca przekształcały się w getta. Do tego czarnoskórym nie oferowano takich samych warunków zatrudnienia, często nie przyjmowano ich do związków zawodowych, co w niektórych branżach nie pozwalało w ogóle podjąć pracy. Nie mieli szans wpływać na politykę miejską, budowę infrastruktury czy polepszanie warunków życia w swoich dzielnicach, bo obowiązywały ordynacje, według których przedstawicieli miasta wybierała większość jego mieszkańców, a nie dzielnic, jak dzisiaj.

- Do tego dochodzi ścisła rejonizacja szkół. Szkoły utrzymywane są z podatków od nieruchomości i w biednych dzielnicach, gdzie są tanie nieruchomości, ich poziom jest bardzo niski. To jest w Stanach Zjednoczonych jeden z najważniejszych czynników, które hamują możliwość nawet nie tyle wyrwania się ze środowiska, co dobicia do średniej. Taki system zatrzymuje człowieka w otoczeniu, w którym wyrastał, a jeżeli jest ono kryminogenne albo nie dające perspektyw, daje to bardzo trudny start.

W latach 60. wydawało się, że w San Francisco dokonuje się zmiana wartości, przełamanie konformizmu i konsumpcjonizmu, że rodzi się coś nowego. Dlaczego to się nie udało?

- Starzy hipisi, którzy mieli okazję uczestniczyć w rewolucji dzieci kwiatów, mają poczucie, że na polu obyczajowo-kulturowym udało im się jednak wiele zdziałać. Wprowadzili do głównego obiegu zainteresowanie kulturą Dalekiego Wschodu, której echem są dziś wszystkie zjawiska spod hasła mindfulness lub powszechne uprawianie jogi. Alternatywne praktyki medyczne czy zdrowa żywność to także część spuścizny hipisów. Ktoś pobieżnie znający Stany może myśleć, że tam się wszyscy żywią hamburgerami, ale to dość powierzchowny obraz, dotyczący przede wszystkim prowincji i klasy pracującej. Hipisi mieli udział we dochodzeniu swoich praw przez mniejszości. Interesowali się kulturą rdzennych Amerykanów i wprowadzili ją do głównego obiegu.

- Nie udało się zaprowadzenie nowego porządku w sposób systemowy. Hipisi domagali się zakończenia wojen, wywrócenia systemu politycznego i gospodarczego do góry nogami. Spalili się na tym, jak by to wszystko miało wyglądać w szczegółach. W słynnym nagraniu "Houseboat Summit" Timoty Leary, Allen Ginsberg, Gary Snyder i Alan Watts przez dobre dwie godziny gadają o tym, jak miałoby to wyglądać. Fajnie się tego słucha, jest to fascynujący materiał źródłowy, ale łatwo można zauważyć, że to jednak idealistyczne bajdurzenie. Ich propozycje mogłyby być - i zresztą były - realizowane co najwyżej w niewielkiej komunie.

- Problem skali ma tu decydujące znaczenie. Podobnie jak przypadku zjawisk, które płyną z Doliny Krzemowej. Dopóki Airbnb jest niszą, fajniej się mieszka czyimś uroczym mieszkaniu zamiast w hotelu, ale kiedy okazuje się, że ogromna cześć mieszkań znika z rynku wynajmu i znajduje się w serwisie dla turystów, zaczyna się problem. Wszystko, co jest nowe i rewolucyjne, powinno być bardzo dobrze przemyślane i niezwykle ostrożnie wprowadzane w życie. Może okazać się, że wywraca życie do góry nogami, nie poprawiając stanu rzeczy.

Wspomniana Dolina Krzemowa jest na świecie synonimem sukcesu, który wiele miejsc chciałoby powtórzyć. Pani pisze o "inwazji" i "długim cieniu", którym kładzie się na San Francisco.

- Postęp zawsze ma blaski i cienie. Wszystko, co czynimy na tej planecie, próbując zmienić jej funkcjonowanie, zostawia swój ślad na naturalnym ekosystemie i to się przekłada również na ekosystemy miejskie, które sami zbudowaliśmy. To, co się dzieje w Dolinie Krzemowej nie miało szansy nie wpłynąć na funkcjonowanie San Francisco. Świat Doliny Krzemowej jest bańką, która nie przepuszcza za dużo ani w jedną, ani w drugą stronę. Dla tych, którzy się do niego przedostali i uczestniczą w nim jest wspaniały. Mieszkają tam i pracują ludzie mający świetne wykształcenie związane z nowoczesnymi technologiami, którym udało się znaleźć pracę w odnoszącej sukcesy korporacji. To jednak nieduży procent populacji. Wszyscy inni zostają na zewnątrz i muszą się borykać z nasilającymi się problemami transportowymi, trudnościami z wynajęciem mieszkania, rosnącymi cenami. Ci świetnie zarabiający i mający konkretne oczekiwania wobec dostępności usług i konkretne gusta dotyczące towarów, zaczynają być dominujący. To inwazja ludzi z zupełnie inną mentalnością i potrzebami. Tak jak kolonizatorzy, którzy przyjechali i narzucili nowy porządek, tak techies narzucają swój, nie pytając nikogo o zdanie i nie próbując wypracować rozwiązań pośrednich.

- Ludzie mieszkający w San Francisco, a pracujący w Dolinie Krzemowej, narzekają na zakorkowane drogi szybkiego ruchu i pytają, dlaczego tu się nic nie rozbudowuje. Jednak nie pojawiają się pytania sięgające głębiej: czy są płacone odpowiednie podatki, kto wywołał problem i kto powinien ponosić koszty rozwiązania. A z chęcią do dokładania się do wspólnej kasy u korporacji technologicznych jest bardzo krucho. Dla nich rozwiązaniem jest wożenie pracowników wynajętymi autokarami i korzystanie z już istniejącej infrastruktury, a nie ponoszenie kosztów.

Wśród pani rozmówców da się zauważyć dużą niechęć do techies, którzy "swoimi obyczajami niszczą zastany ekosystem". Ale z drugiej strony są to młodzi ludzie, którzy wykształcili się, dostali dobrą pracę, wynajmują mieszkania, na które ich stać. Co w tym złego? Czy to od nich zależy, jak funkcjonuje miasto?

- To znowu problem skali. Czytałam ostatnio reportaż o działaniu ICE (Immigration and Customs Enforcement), amerykańskiej agencji zajmującej się nielegalną imigracją. Prezentowano w nim wyrozumiałość dla poszczególnych agentów. Jednak kiedy złożymy obraz składający się z 5 tysięcy osób po prostu wykonujących swoją trudną i niewdzięczną pracę, to pojawia się koszmarny obraz wielu nadużyć i ogromu cierpienia wiążącego się z funkcjonowaniem tej instytucji. Tu jest podobnie. Wydaje się, że ciężko wymagać od przeciętnego człowieka, żeby się zastanawiał, jak jego praca w korporacji odbija się na ekosystemie. Ale nie da się też ukryć faktu, że efekty są dość ponure. Może nie zależy to od tych osób, ale od władz wybranych, by patrzyły korporacjom na ręce, ściągały podatki i dbały o regulacje zapobiegające wyzyskowi. A te dają radę tylko w jakimś stopniu.

- Nie wszystko leży też w ich kompetencjach, bo np. podatki są nakładane na różnych szczeblach. Regulacje prawne pojawiają się w San Francisco bardzo szybko. Problem hulajnóg okazał się prosty, kłopotliwsze są Airbnb czy Uber. Jeszcze trudniejsze są kwestie mieszkaniowe, bo choć częściowo funkcjonuje tam regulacja czynszów, to jest wiele luk prawnych, które sprawiają, że ceny rosną i można wyrzucić na bruk nawet emerytów.

Jeszcze o kosztach. Pisze pani, że San Francisco to miasto, w którym przypada 33 bezdomnych na 1 km kwadratowy. Jak zostaje się bezdomnym w San Francisco?

- Jest kilka ścieżek prowadzących do bezdomności. Istnienie Doliny Krzemowej przyczynia się do kryzysu rynku mieszkaniowego, ale to nie zawsze oznacza, że jak się sprowadza kolejna osoba, to ktoś ląduje na bruku. Stawia to jednak ludzi w trudnej sytuacji, często zmusza do wyprowadzki, zdarza się, że zostają na ulicy albo pomieszkują kątem u znajomych. W hostelu, w którym mieszkałam, spotkałam dwie starsze osoby, które zostały wyrzucone ze swoich mieszkań.

Wysokie czynsze powodują też, że cały szereg osób jest "o wypłatę od bezdomności".

- Tak, a będzie ich jeszcze więcej, ponieważ pandemia wywołała kryzys na rynku pracy. Dużo pisze się o nadchodzącej pladze eksmisji. Nieotrzymanie jednej wypłaty może doprowadzić bo bezdomności. Na ulicy często lądują osoby z chorobami psychicznymi. Jeśli nie mogą liczyć na pomoc rodziny, to w Stanach właściwie brak instytucji, które mogłyby się nimi zająć. Wielu przebywa w więzieniach, bo to też rodzaj i ucieczki przed bezdomnością.

- Wśród bezdomnych jest sporo osób należących do mniejszości seksualnych, które uciekały przed represjami czy niechęcią rodziny. Są ludzie, którzy nie znajdowali żadnych perspektyw w miejscu zamieszkania i postanowili wyruszyć do Kalifornii, ale sobie nie poradzili. Jest też zbuntowana młodzież. Można też spotkać osoby, które odnajdują się w warunkach ulicy, albo postrzegają bezdomność jako element swojej drogi życiowej. Nie myślą o powrocie na łono społeczeństwa, ale nie chcą mieszkać w przytułkach, które są miejscami nieprzyjaznymi i niebezpiecznymi. Są też osoby sfrustrowane takimi możliwościami dawanymi przez system, jak np. centra przejściowe, bo są one przejściowe tylko z nazwy.

- A co do przywołanego wcześniej “wysokiego stężenia na kilometr kwadratowy" to sytuacja w San Francisco jest wyjątkowa, bo to miasto o niedużej powierzchni. W dodatku znaczną jej część zajmują wzniesienia, gdzie nie docierają ludzie trzymający dobytek życia w plecaku czy sklepowym wózku. To jest prozaiczna przyczyna dla której widzimy tam taką koncentrację osób bezdomnych.

Według statystyk dosyć dużo bezdomnych pracuje, ok. 12 procent. To oznacza, że osób pracujących nie stać, by cokolwiek wynająć.

- Postępujące rozwarstwienie ekonomiczne jest problemem tylko nie w San Francisco. Praca w usługach, gastronomi czy handlu często nie zapewnia płacy, z której można się utrzymać, a koszty wynajmu grają tu dużą rolę. Wysokość stawek minimalnych jest różna w poszczególnych stanach. Kalifornia ma akurat jedną z najwyższych, ale na warunki San Francisco to wciąż nie wystarcza.

Jedna z bohaterek pani książki odsłużyła wiele lat w straży pożarnej i na ulicy znalazła się na skutek wypadku. Kiedy powinęła się jej noga, system ją wypluł.

- USA to kraj promujący tych, którym się wiedzie, którym się chce i którzy są sprawni. Dla nich możliwości osiągniecia sukcesu są olbrzymie. Gorzej jeśli z jakichś przyczyn niedomagamy. Ale sytuacja Couper nie różni się jakoś szczególnie od tego, co mamy w Polsce. Po wypadku przyznano jej rentę - około 1000 dolarów, a żeby nie stracić tej renty nie może zarabiać powyżej kolejnego 1000 (ceny wynajmu zaczynają się od 2500 dol. - red.). To kwestia tego, na ile dobrze przemyślane są rozwiązania prawne.

- Couper należy do tych osób bezdomnych, które uznają, że to część ich drogi. Wielu czytelnikom może się to wydawać absurdalne, ale wsłuchawszy jej opowieści i filozofii życia, wierzę jej.

Może to po prostu racjonalizacja i przystosowanie się do sytuacji, w której jest?

- Na pewno po części tak, ale ponieważ wywodzi się z okolic, gdzie nie żyje się łatwo i zaczynała w życiu z bardzo niskiego pułapu, nie ma też wielkich oczekiwań. Z perspektywy lepiej sytuowanych może nam się wydawać, że ona musi chcieć żyć inaczej, ale dla mnie jej opowieść była szczera. Ona spełnia się na ulicy jako jednostka. Ma tam przyjaciół, odgrywa pewną rolę. Nie jest zadowolona ze swoich warunków życiowych, ale jest przekonana, że to jest tylko etap w jej życiu.

Kiedy miasto poczyniło spore wydatki na walkę z kryzysem bezdomności, pojawiła się opinia, że to nasila problem i przyciąga bezdomnych. Z jednej strony jest to studnia bez dna, z drugiej trudno pozostawić sprawy swojemu biegowi, jeśli ulice zaczynają "przypominać ulice Kalkuty".

- To porównanie wydaje mi się przesadzone, zresztą padło z ust osoby mało wrażliwej społecznie, która jest nastawiona na szybką rewolucyjną ścieżkę rozwiązywania tego problemu. Choć faktycznie są w San Francisco miejsca, których widok wywołuje zgrozę - biorąc pod uwagę jak bogate, nowoczesne i ogólnie ładne jest to miasto. Organizacje będące blisko problemu twierdzą, że San Francisco nie przyciąga bezdomnych, a taka opinia to mit propagowany przez przeciwników wydatków na walkę z bezdomnością. Rozwiązanie z pewnością nie jest łatwe, nie można też tego problemu zostawić tak, jak jest.

- Najbliższe jest mi stanowisko byłego burmistrza, który obecnie jest gubernatorem Kalifornii, Gavina Newsoma, który mówi o tym problemie jako o porażce społeczeństwa amerykańskiego, które nie bierze pod uwagę, że nie każdy jest człowiekiem dążącym za wszelką cenę do sukcesu. Jest to tak bardzo wpisane w narodową mentalność, że system ukształtowany według tej myśli zawodzi bardzo wielu ludzi. I właśnie dlatego ciągną oni do san Francisco - miejsca mającego tradycję przeciwstawiania się takiemu widzeniu spraw i wyrozumiałość na ludzką słabość. I jest to prawda - tam mogą być taką Couper, która udowadnia, że może i jest na ulicy, ale nie oznacza to, że jest nikim.

Więcej o książce: Magda Działoszyńska-Kossow, San Francisco. Dziki brzeg wolności



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje