Reklama

Reklama

Samotnicy, marzyciele, wizjonerzy

Marlon Brando, Clint Eastwood, Lech Wałęsa. Charyzmatyczni, silni, czasem niepokorni. Może dlatego tak bardzo fascynują równie niezwykłych mężczyzn.

Piotr Grabowski

Najpierw na ekranie widać samotnego konia. Potem pojawia się charyzmatyczny Marlon Brando. Tę scenę Piotr Grabowski pamięta do dziś. Film "Przełomy Missouri" (1976) w reżyserii Arthura Penna zrobił na nim niesamowite wrażenie. To western, w którym Brando wcielił się w rolę bezwzględnego łowcy nagród ścigającego bandę koniokradów, której przewodzi Tom Logan (Jack Nicholson).

Reklama

- Brando grał postać niekonwencjonalną dla tego gatunku - mówi Grabowski. - Płatny rewolwerowiec, ale wyfiokowany, zniewieściały, rozprawiający o konieczności brania kąpieli, śpiewający o tym, jak czuje się samotny z dala od domu . To było inne spojrzenie na typ macho, który dominował w westernach. Brando był brawurowy, nawet towarzyszący mu Jack Nicholson wypadł przy nim blado.

Pierwszy raz oglądał "Przełomy Missouri" w liceum. Potem kilka razy wracał do tego filmu. Sam Grabowski jest świetnym aktorem, znanym m.in. z seriali "Siła wyższa" i "Życie nad rozlewiskiem". Teraz występuje gościnnie w warszawskim Teatrze Narodowym, wcześniej grał na scenach teatrów Słowackiego i Starego w Krakowie. Tam też skończył PWST. Przyznaje, że szokująca niekonwencjonalnością gra Brando wciąż go inspiruje.

- Pojęcie "ikona" się zdewaluowało, brakuje autorytetów. Dlatego wolę sięgać do przeszłości - mówi. Marlon Brando od lat pozostaje jego idolem, fascynuje skomplikowaną osobowością. Ten amerykański aktor pochodził z Omaha w stanie Nebraska. Jako 20-latek zadebiutował na Broadwayu w przedstawieniu "Tramwaj zwany pożądaniem". Sławę przyniosła mu ekranizacja tej sztuki i rola w filmie Elii Kazana (1951).

- Długo uciekał przed wizerunkiem Stanleya Kowalskiego, młodego, seksownego chłopaka, którego widzowie pierwszy raz zobaczyli w "Tramwaju..." - opowiada Grabowski. - Trzeba przyznać, że miał nieprawdopodobną aparycję i był bardzo męski. Nawet mu tego trochę zazdroszczę - śmieje się. - Czytałem dużo o nim i wiem, że imponowali mu aktorzy brytyjscy. Przyjaźnił się z wybitnym odtwórcą ról szekspirowskich Laurence’em Olivierem czy Davidem Nivenem (znanym z serii kryminałów o Różowej Panterze). Dziwiło go, że ci artyści unikali ról, w których mieliby zagrać kogoś z nizin społecznych, nie chcieli używać slangu.

Brando, hołdujący szkole Stanisławskiego, którą na grunt amerykański przeniosła aktorka i pedagog Stella Adler, wiedział, że aby widz uwierzył w postać, aktor musi się nią stać. Nie chciał grać tylko pięknych bohaterów. Dla niego najważniejsza była prawda, nie kreacja. Takie podejście bliskie jest Grabowskiemu.

Wcześnie zaczął marzyć o aktorstwie. Mieszkał wtedy jeszcze w Szczecinie. W jego rodzinie nikt nie miał ambicji artystycznych, więc gdy po maturze oznajmił bliskim, że chce zdawać do PWST, byli zaskoczeni. - Do dziś nie wiem, jak dałem radę - wspomina. - Kraków, komisja egzaminacyjna, a w niej aktorzy Starego Teatru jawili mi się niemal jak postaci mityczne. Stres podziałał na mnie mobilizująco. Myślę, że ująłem ich szczerością. Najważniejsze w tym zawodzie to umieć spojrzeć prosto w oczy i mieć odwagę przekazać to, co się czuje. Niezwykle to cenię właśnie w aktorstwie Brando - dodaje.

Grabowski miał 19 lat, gdy w Starym Teatrze zagrał obok Krzysztofa Globisza jedną z głównych ról w przedstawieniu "Przed sklepem jubilera" Karola Wojtyły. To opiekunka roku Anna Polony zaproponowała mu udział w reżyserowanej przez siebie sztuce. Szkoła teatralna dała Grabowskiemu warsztat i nauczyła pracować w zespole. Na początku czuł się w Krakowie jak przybysz z innego świata. Z czasem nauczył się cierpliwości i nabrał dystansu. Aktorstwo wymaga luzu.

Brando całe życie zmagał się z tym zawodem, zaskoczyła go popularność, która spadła na niego niespodziewanie. Jako dwudziestoparoletni chłopak chodził już do terapeuty. Potem miał w kontraktach zapisy, że o 16 musi zejść z planu na terapię.

Popularność jest dla Grabowskiego również najtrudniejszą stroną jego profesji. Ciągłe zainteresowanie mediów prywatnym życiem aktora budzi w nim niesmak. Nie potrafi odnaleźć się w dzisiejszym show-biznesie, który kreuje sezonowe gwiazdki i celebrytów. - Potem zaprasza się ich do show i prosi, aby wypowiadali się we wszystkich kwestiach: polityki, biznesu, życia mrówek... Nie znoszę tego - dodaje. - Brando uważał splendor i nagrody za coś niepotrzebnego. Mówił, że gdyby tyle samo płacono mu za granie, co za zamiatanie podłóg, mógłby to robić.

Grabowskiemu podoba się to, że Brando był outsiderem. Nie szedł na kompromisy, starał się żyć w zgodzie ze sobą. Bronił swej niezależności, a gdy filmowa branża zaczęła go męczyć, przeniósł się na Tahiti. Grabowski ceni go też za to, że pracę nad rolą traktował niezwykle serio. Walczył z reżyserem o każdą scenę, dialog.

- Uwielbiam "Czas Apokalipsy" F. F. Coppoli. Bohater, pułkownik Walter Kurtz, pojawia się dopiero w połowie filmu. Wychodzi z ciemności. Wiem, że to był pomysł Marlona. To fantastyczny zabieg, który wzmaga napięcie - opowiada. Grabowskiemu rzadko udaje się obejrzeć polski film i pomyśleć: "Fajnie byłoby tu zagrać".

- Nie mam szczęścia do kina - mówi. Nie goni za rolami, bo wie, że trzeba być cierpliwym. - Mało się u nas kręci, a reżyserzy czy producenci też nie zawsze mają odwagę, by obsadzać nas nieszablonowo. Nie rozumiem podziału na aktorów serialowych i tych od fabuł. Aby utrzymać się z aktorstwa, często musimy grać w telewizji - tłumaczy. - Najważniejsze: nie odpuszczać i zawsze brać odpowiedzialność za to, co się robi, być uczciwym wobec siebie i widza.

Bogusław Linda

Pierwsze skojarzenie na hasło "ikona męskiego kina"? Dla większości Polaków oczywiste - Bogusław Linda. Utalentowany, niekwestionowana gwiazda. Absolwent krakowskiej PWST, dziś współzałożyciel i wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej. Jeszcze w latach 80. stworzył kultowe role, które uczyniły go idolem generacji Solidarności. Grał w najgłośniejszych, chociaż często wstrzymywanych przez cenzurę filmach tamtych czasów, kontestujących PRL-owską rzeczywistość - słynnej "Gorączce" Agnieszki Holland czy "Człowieku z żelaza" Andrzeja Wajdy. W latach 90. za sprawą Władysława Pasikowskiego, który obsadził Lindę w "Psach", stał się etatowym "twardym facetem" polskiego kina.

- Jeśli już przypięliście mi etykietkę twardziela, nie mnie się z tego tłumaczyć - śmieje się. Linda znany jest z niechęci do udzielania wywiadów. Chroni swoje życie prywatne, zachowuje dystans wobec dziennikarzy, którzy zadają niewygodne pytania. Dziś jednak jest uśmiechnięty, otwarty. W czarnej sportowej koszuli i dżinsach wygląda świetnie. - Jakże mogłaby mnie męczyć etykietka ikony kina? To dla mnie zaszczyt, choć sam wcale się tak nie czuję - zaznacza.

Na pytanie, czy ma swojego guru w zawodzie, odpowiada, że dość trudno mówić mu o wzorcach aktorskich. - Jeśli już miałbym kogoś wskazać - zastanawia się - to wybrałbym Clinta Eastwooda, bo to mądry gość. Amerykański aktor podbił świat jako kowboj i jest chyba jedną z najbardziej rozpoznawanych gwiazd westernów.

- Już od dzieciństwa dzielimy się na takich, co lubią bajki, i tych, co kochają westerny - opowiada Linda. - Zawsze marzyłem, aby w nich kiedyś grać. Pociąga mnie tamto poczuciu bezkresu, wolności. Lubię taki sposób opowiadania historii o mocnych charakterach, pięknych kobietach, prawie egzekwowanym szybko i brutalnie. Gdy oglądam westerny, czuję zapach końskiego potu, kurzu... i staję się głęboko nieszczęśliwy z tego powodu, że nie da się u nas zrobić takiego filmu. 

Czytaj dalej na następnej stronie.

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Grabowski | Bogusław Linda | ikony | idole | Rinke Rooyens

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje