Reklama

Reklama

Roztrzaskane życie

W przypadku mojej pacjentki ogromnie ważną sprawą okazała się higiena osobista. Magda jest piękną kobietą. Ma swoją wizażystkę, regularnie robiła botoks i inne zabiegi upiększające. Chodziła na siłownię, biegała. Ale wiem, że można biegać maratony, a co rano budzić się z promilami we krwi. Na zewnątrz wow, w środku dramat. Ćwiczenia i zabiegi służą do zachowania pozorów: dobrze wyglądam, daję radę na crossficie, nie jest ze mną źle. Magda była lekarką, a jednak gdy zapytałem, kiedy ostatnio była na rutynowych badaniach kontrolnych u dentysty, ginekologa - zapadła cisza.

Reklama

Zatem zaczęliśmy od tego. Jest się czym zająć, a to dobrze. Przede wszystkim człowiek zaczyna czynnie o siebie dbać. Ta uważność i zajęcie się sobą są bardzo istotne w terapii. Na kolejnym spotkaniu wprowadziliśmy podział na czas pracy i czas odpoczynku. Okazało się, że Magda nigdy właściwie nie była na wakacjach. Wyjeżdżała wielokrotnie, ale tylko fizycznie. Na urlopie robiła prawie dokładnie to samo, co w codziennym życiu: układała zapisy pacjentów, odpowiadała na mejle, monitorowała portale, biegała, piła.

Nie da się wszystkiego zmienić od razu, ale byłem przekonany, że kilkudniowe spa z bogatym programem - dającym wrażenie bycia zajętym - będzie dla mojej pacjentki dobrym wyjściem. Magda je przetrwała. Rubikonem dla każdej nadużywającej alkoholu osoby jest odstawienie uzależniacza - wyjście z tej największej nałogowej ciemności. Ale to dopiero wstęp: wiesz, czego już nie chcesz, ale nie wiesz, do czego dążyć. Trudny moment. Znam go z autopsji: kiedy przestałem brać, nie było nikogo, kto wskazałby mi azymut.

Do dziś pamiętam, jak stałem po wyjściu z ośrodka i zastanawiałem się: jechać do domu czy do dilera? Już umiałem dostrzec piękno wschodów słońca, czułem zapachy, widziałem życie wokół mnie, ale nie wiedziałem, od czego zacząć, by ułożyć sobie własne. Czegoś mi brak, ale czego?

Myślę, że w wypadku wielu osób takich jak ja kiedyś, a Magda dziś jest to spokój umysłu. Tego szukamy, wybierając absurdalne używki, za tym spokojem tak pędzimy. Widziałem to samo zagubienie u Magdy, gdy wróciła z urlopu. To taki etap terapii, gdy trzeba uczynić ze słabości siłę. To szansa. Możesz po raz pierwszy wygrać jakiś bój tylko dla siebie. Nie zniszcz tego, wykorzystaj uzależnienie na swoją chwałę. Dla samej siebie.

Po coś się uzalezniłaś

 Powoli zaczęliśmy rozmawiać o przyczynach. Nie ma innej drogi. W życiu budowanym na nowo trzeba zastanowić się, po co robiliśmy to wszystko, co zrobiliśmy. Zderzenie z latarnią, jakie miała za sobą Magda, nie było tylko wynikiem upośledzenia zmysłów po piciu. To wynik całego dotychczasowego życia. "Po pierwsze: nieprzetrawionych spraw, które cię żrą. Po drugie: tego korporacyjnego sznytu, że w piątek możesz się napić. Zatem od czwartku już czekasz w napięciu. W sobotę zalewasz, a w niedzielę pijesz dwa litry wody z cytryną i jedziesz na obiad do domu. Do gniazda, w którym wszystko się zaczęło", mówiłem, a Magda milczała. Czekałem cierpliwie.

Musiał być powód, dla którego niemal co weekend jeździła do domu. I dla którego dotąd nie powiedziała mi na ten temat ani słowa. W domu Magdy czekał na nią zrzędzący ojciec, który ciągle siedział przed telewizorem. Taki niby nieszkodliwy typ. Ledwo podnosił na nią wzrok. Nigdy niczego razem nie robili. Nigdy nie powiedział jej komplementu. Zawsze miał jakieś "ale". To dla niego Magda skończyła dobre studia. Dla niego prawie co weekend podjeżdżała pod szary domek dobrym autem i wyglądała jak marzenie. Czy otrzymała aprobatę? Nie.

Zamiast tego dostawała kolejne fangi ("Dlaczego nie masz faceta? Inne dziewczyny w tym wieku to już mają dzieci"). Nikt jej nie przytulił, nie powiedział: dajesz radę, jesteśmy z ciebie dumni.

Jacy rodzice traktują tak swoje dzieci? Tacy, którzy sami nie nauczyli się bliskości. Którzy nie czują się w swoich oczach ważni. Jeśli czujesz się nieważny, to nigdy nie uczynisz ważną innej osoby. W dzieciństwie, w zdrowej relacji ojciec-dziecko, odbywa się akt pasowania na księżniczkę lub rycerza - to taki archetyp.

I nawet nie słowa są tu ważne, naprawdę można nie mówić nic. Wystarczy obecność, duma w spojrzeniu. Tymczasem dżumą naszych czasów jest nieobecność rodziców, spowodowana niekoniecznie wyjazdem czy odejściem, lecz patrzeniem w telewizor, w komórkę czy butelkę. Ta nieobecność odbiera bliskość. Nie ma wspólnego przeżywania. Sam jestem z tego pokolenia "niepasowanych".

Po powrocie z rodzinnego domu Magda piła i wchodziła na Tindera. "To taki sklep z ludźmi", powiedziała. "Kupowała" sobie tam zatem człowieka, do którego mogła się na chwilę przytulić. Znam pacjentki, które na Tinderze znalazły miłość życia, znam takie, dla których to źródło seksu, oraz takie, dla których seks jest tylko ceną, jaką gotowe są zapłacić za pozory bliskości. Magda należała do tej trzeciej kategorii.

Po tej rozmowie przeżyła załamanie. Po wyjściu ode mnie kupiła cydr. Dotarła do domu, padła na łóżko i dwa dni nie odbierała telefonów. Zaniepokojony szef zadzwonił do rodziców. Przyjechali, wyważyli drzwi. "A więc teraz jeszcze pijesz", usłyszała. To paradoksalnie dało jej siłę, żeby zacząć znowu walczyć. Wróciła do kliniki i na terapię. Przestała natomiast jeździć do rodziców.

Mieliśmy za sobą ważny etap pracy nad sobą - uświadomienie sobie źródeł problemów, mechanizmów, jakie nami sterują. Czekał nas następny: pogodzenie się z rzeczami, których zmienić się nie da. Magda nie dostanie akceptacji od zrzędzącego ojca, ponieważ on nie umie jej tego dać. Może stawać na rzęsach, pić, płakać, być wściekła - wszystko na nic. Nie można zmienić drugiej osoby. Za to można pracować nad sobą. Żeby zyskać ten spokój umysłu, o którym mówiliśmy, trzeba po prostu... zmienić dilera.

 Z zewnętrznego na wewnętrznego. Wewnętrznym dilerem jest nasz mózg i nasze ciało. Mamy wszystko, by dostarczyć sobie satysfakcji. Zmysły, emocje, całą maszynerię wydzielającą hormony szczęścia. Jeśli dotąd z niej nie korzystaliśmy, czeka nas ciężka praca, by wprawić ją w ruch. Warto zacząć od codziennego doceniania małych rzeczy. Choćby pięknej pogody, smacznego posiłku. Ale terapia powinna także nauczyć Magdę doceniania siebie.

Nałogowi ludzie mają dziesiątki dyplomów, certyfikatów poświadczających ich wyjątkowe umiejętności, a jednak ciągle czują się niewystarczająco dobrzy. Czasem trzeba popatrzeć z kimś z zewnątrz na swoje osiągnięcia, by zobaczyć, że naprawdę jest ich sporo. Magda przychodzi do mnie od ponad roku. Jeszcze przed nią długa droga. Wciąż nie docenia siebie. Wciąż szuka spokoju. Spotkała mężczyznę. Podobno to może być coś więcej. Może opowie mi o nim w następną środę.

 Wysłuchała Karolina Święcicka

PANI 2/2020

***Zobacz także***

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje