Przejdź na stronę główną Interia.pl

Rozpacz, nienawiść, furia

Wymykają się spod kontroli, wybuchają, zarażają jak wirus, nie chcą minąć. O tym, co znaczy mieć problemy z emocjami, z psychoterapeutką Zofią Milską-Wrzosińską rozmawia Magdalena Jankowska.

Pani: Jak to jest, że ludzie, którzy przeżywają gwałtowne emocje - wściekłość, rozpacz, nienawiść, nawet niepohamowaną miłość - wydają się nam trochę szaleni. Czy emocje odbierają nam rozum?

Reklama

Zofia Milska-Wrzosińska: - Powiedziałabym raczej, że ludzie, którzy wyrażają te emocje w gwałtowny sposób, mogą się nam wydawać dziwni. Bo te uczucia przeżywamy wszyscy. Różnica polega na tym, co dalej z nimi robimy, jak je okazujemy. W toku naszego rozwoju uczymy się zarządzania swoimi emocjami, opanowujemy umiejętność dobierania sposobu ekspresji do sytuacji. Dopiero, gdy tego nie umiemy, wydajemy się innym nieobliczalni, dziecinni. Jak wrzeszczący, rzucający się na ziemię dzieciak, któremu mama w sklepie nie chce kupić kulki z automatu. Patrząc na niego, nie pomyślimy, że jest szalony - bo to dziecko. Nauczy się w ciągu następnych lat, że emocje, które przeżywa, może modulować. Ale gdyby dorosły człowiek, przeżywający na przykład stratę, całymi dniami zalewał się w pracy łzami i szlochał nad klawiaturą, bylibyśmy zaskoczeni i trochę zażenowani. Nie dlatego, że jego przeżycia są nieuzasadnione czy zbyt mocne, ale dlatego, że wyraża je intensywnie w miejscu, w którym nie ma szans na ich dobre przeżycie.

Nie zależy to od siły emocji?

- Nie, chodzi o to, czy pozwalamy, by uczucia nami rządziły bez względu na kontekst i sytuację, jak to się dzieje u dzieci, czy też nauczyliśmy się radzić sobie z nimi inaczej. Niemowlę całe jest emocją, czuje głód, ból i reaguje natychmiast, nic poza tym dla niego nie istnieje. Starsze dziecko uczy się dostrzegać kontekst - jestem głodna, ale mamusi nie ma teraz w pokoju, jak usłyszy, że wołam, to przyjdzie i mnie nakarmi. Smutny dorosły na ogół nie szlocha publicznie. Zależy, gdzie jesteśmy na tej drodze rozwoju od niemowlęcia ku ideałowi zrównoważonego, dojrzałego człowieka, który wie, kiedy i jak wyrażać uczucia, w jaki sposób sobie z nimi radzić.

Czyli nieradzenie sobie z emocjami to kwestia braku umiejętności? A nie na przykład sytuacji, która nas przerosła?

- Nieradzenie sobie z emocjami to bardzo szerokie pojęcie. Nie radzi sobie ten, kto wybucha w sposób niekontrolowany i krzywdzi innych lub siebie. Ale nie radzi sobie również ten, kto nie wyraża otwarcie uczuć, ponieważ się tego boi. A także ten, kto przemieszcza emocje - na przykład nie złości się na tego, kto odpowiada za jego trudną sytuację, lecz na innych, często przypadkowych ludzi. Każda z tych osób może znaleźć się w niespodziewanej, trudnej sytuacji. I każda z nich nie poradzi sobie z emocjami na swój własny sposób. Sedno tego problemu leży nie w sytuacji, ale w nas. Dobrze to ujął neuropsycholog Mark Solms: "Na poziomie ciała wszyscy czujemy emocje - rzecz w tym, że nie wszyscy je rozpoznajemy". Ktoś może powiedzieć: brzuch mnie boli, nieświadom tego, że ból pojawia się wtedy, gdy wzbiera w nim złość. Mechanizm jest taki, że u ludzi, którzy nauczyli się, że być złym na kogoś jest niebezpieczne, bo naraża na odwet ojca lub niezadowolenie mamy, za impulsem złości podąża lęk: złoszczę się, a mi nie wolno. To powoduje reakcje w ciele: ból brzucha, głowy, niepokój. I dopóki nie zrozumiemy, co się w nas dzieje, nic nie możemy zrobić. Żeby radzić sobie z emocjami, trzeba je rozpoznawać.

I można sobie w miarę dobrze poradzić na przykład z przeżyciem straty?

- Myślę, że ze wszystkim, z czym można sobie poradzić źle, można i dobrze. Trzeba pozwolić sobie na przeżycie uczuć, których doznajemy, także cierpienia. Proszę spojrzeć na dzieci, które straciły rodzica, ale nie wolno im było tego przeżywać, ponieważ owdowiała matka była w rozpaczy i dziecko słyszało od babci: bądź dzielna, bo mamusi jest ciężko. Albo męża, który widząc ból żony po stracie dziecka, zawziął się, że on niczego nie okaże, będzie wspierał żonę. Wtedy nie mogą w naturalny sposób przejść przez cierpienie, bo ich doświadczanie straty może kogoś zranić. To bardzo zła sytuacja, część emocji pozostaje w nich zablokowana. Przejście żałoby polega na tym, żeby we wszelkich możliwych kontekstach doświadczyć straty i uznać ją. Dlatego mówi się o magicznym roku żałoby - by minęły wszystkie wydarzenia, które się spędzało z kimś bliskim: święta, wakacje, imieniny, urodziny. Znowu jest wiosna, tylko jego nie ma. Czytam książkę, mówię głośno: "Wiesz, co przeczytałam?". I uświadamiam sobie, że on nie odpowie. To jest przepracowywanie straty.

- Nasz zespół (Laboratorium Psychoedukacji - red.) przez ostatni rok był w żałobie po przedwczesnej śmierci kolegi Andrzeja Wiśniewskiego. Podczas zebrań, gdy była mowa o psychoterapii rodzinnej, komuś się wyrywało: "Gdyby tak spytać Andrzeja...". I patrzyliśmy na siebie, przypominając sobie, że jego już z nami nie ma. To trzeba przeżyć, ten proces musi trwać, a my nie możemy zaprzeczać, że coś straciliśmy i że to nas boli. Nie da się poradzić sobie w tym sensie, żeby nie czuć. Ale możliwe jest poradzenie sobie w ten sposób, żeby to nam nie zrujnowało życia. Żyć dalej to nie jest sprzeniewierzenie się bliskiej osobie, tylko uznanie, zrozumienie, że jej już nie ma. Boli, ale to nie jest tak, że moje życie się skończyło.

Jednak czasem rozpacz trwa dłużej.

- Tak się zdarza w przypadku rodziców, którzy stracili dziecko, bo taką stratę odczuwamy jako nienaturalną - przecież to rodzice powinni odejść wcześniej. Rozpacz trwa dłużej, kiedy rozpamiętujemy, nie możemy się pogodzić, wciąż wspominamy. Nieraz matka nie pozwala uprzątnąć dziecięcego pokoju, mówi: "Nasza Agusia w tym roku szłaby do szkoły", "Bartek za rok zdawałby maturę". Taki stan wymaga już psychoterapii. Jednak w większości przypadków - jakkolwiek okrutnie i banalnie to zabrzmi - czas robi swoje. Uczymy się, że już nie ma tej osoby albo tej wartości, albo tego miejsca, i z czasem coraz bardziej jesteśmy tego świadomi, ponieważ nasza psychika dostosowuje się do rzeczywistości.

Mówiła pani, że nie radzimy sobie z emocjami, jeśli ich nie rozpoznajemy. Wydaje mi się, że po stracie niektórzy, żeby nie przeżywać smutku i cierpienia, przekształcają go w gniew. To możliwe? 

- To raczej bezradność bywa przekształcana w złość. Bezradność jest jednym z najtrudniejszych uczuć, najgorzej przez nas znoszonym. → I tak bywa podczas żałoby, gdy bardzo boli doświadczenie tego, że ktoś odszedł i nic już nie można zrobić. Bezradność może być przetwarzana w złość na osoby, które coś zaniedbały. Czasem pojawia się też złość na tego, kto umarł - że nas opuścił, że nie dbał o siebie. Wolimy być wściekli niż bezradni. 

I co się dzieje w sytuacji, kiedy tłumimy emocje?

- Była taka teoria przypisywana Freudowi, według której nieujawniana, tłumiona złość kumuluje się i wybucha. Chociaż badania pokazały, że taka prawidłowość nie istnieje. Freud mówił co innego. Zauważał, że są ludzie, którzy tłumią albo wypierają emocje przez całe życie, raczej nie wybuchają, tylko mają dolegliwe objawy. Tłumione emocje przejawiają się w formie zaburzeń lękowych, zachowań obsesyjno-kompulsywnych. Ktoś mówi: mnie to nie rusza, a potem nie może wyjść z domu, dopóki nie ułoży równo skarpetek na półce. Albo małżeństwo jedzie do teściów, a żonę tam zawsze boli głowa. Dlaczego? Może tam takie powietrze? Teściowa nie otwiera okien? A boli ją głowa, bo mąż rozmawia tylko ze swoją matką, na żonę nie zwraca uwagi, a teściowa robi sarkastyczne aluzje: "Jak to mięsa nie będziesz jadła, znowu fanaberie". "Cóż, taka rodzina", mówi żona do siebie, i tylko ta głowa boli. Za tym bólem kryją się furia i wściekłość, której nie jest świadoma. Czasem w przebłysku ją czuje, ale natychmiast włącza się kontrola: tak nie można, to starsza osoba, babcia moich dzieci. Złość - że jest źle traktowana, że mąż ją w pewnym sensie zdradza, nie stając po jej stronie - pozostaje w ukryciu. Nauczyła się jej nie doświadczać. Zamiast niej ma ból głowy, brzucha lub jest zła na siebie: "Boże, jaka jestem beznadziejna, naprawdę nie potrafię żyć z ludźmi, moja matka miała rację".

- Nie jest więc tak, że istnieje jakieś hydrauliczne przełożenie: tłumisz - wybuchasz. To tylko sami ludzie tłumiący emocje mają takie pełne lęku wyobrażenia, że gdyby pozwolili dojść do głosu złości czy smutkowi, to stałoby się coś strasznego - wpadliby w morderczą furię albo czarną dziurę rozpaczy, z której nie ma wyjścia. Wybuchy emocji następują w innych sytuacjach, to odmienny mechanizm. Weźmy taką parę. Żona mówi: "Wczoraj mąż miał pilną pracę. Nie dopilnowałam dziecka, synek wpadł do niego do pokoju. Mąż się zerwał i wulgarnie nawrzucał mi przy dziecku". A on na to: "Tak, ale wszyscy wiedzą, że taki jestem. Wybucham, a potem mi przechodzi. Trzeba po prostu zostawić mnie w spokoju". Tak to wygląda, nie ma mowy o tłumieniu, przeciwnie: taką mam naturę, krótki lont, nic nie mogę na to poradzić. Walnąłem? Tak, ale lekko. Naubliżałem? Ale wiadomo, że to nie jest na serio, tylko w złości. Musicie to zaakceptować. Nauczyć się, że taki już jestem. Jednak, co ciekawe, taki człowiek nie wybuchnie przy swoim szefie. Ani przy kumplach. Eksploduje przy najbliższych - przy żonie, dzieciach, teściach. Czyli tam, gdzie mu to nie zaszkodzi.

Jednak on rozpoznaje złość. Wie, co czuje.

- Ale pozwala sobie wyrażać ją w sposób bezwzględny. W końcu pada argument - to przez ciebie. Gdybyś dopilnowała, gdybyś mnie nie drażniła. Gdyby praca nie była taka nudna. Gdyby nie wymyślili takich przepisów. Gdyby politycy nie pletli bzdur, to ja bym się czuł świetnie. Zrozum to i uznaj, że mam prawo cię zbluzgać.

To świat jest zły?

- Bo łatwiej jest uważać, że świat jest źle urządzony, a ludzie wredni, niż że my źle funkcjonujemy. Wtedy nie ponoszę za nic odpowiedzialności. Czuję ulgę, jestem OK. Proszę zauważyć, że ten sam mechanizm umieszczania zła na zewnątrz stosujemy w sytuacjach społecznych: lokujemy je w grupach, które są następnie odrzucane. Ja należę do tych dobrych, białych, z dużego miasta, wykształconych mężczyzn, kobiet - my jesteśmy w porządku. Ale oni! Są brudni, głupi, źli, rozpustni.

- Ostatnio okazało się, że gwałt popełniony przez imigrantów to dowód na to, że wszyscy uchodźcy są źli i skłonni do przemocy. W tym samym czasie doszło do okrutnego zdarzenia w Polsce, gdzie dwóch rodaków przetrzymywało i gwałciło dziewczynę przez dwa tygodnie. Kobieta zmarła, ale nie wyciągaliśmy z tego faktu symetrycznego wniosku, że wszyscy Polacy to bezwzględni gwałciciele. Nie, to byli przestępcy, nie my. My, w naszej grupie, jesteśmy fajni w swojej szlachetnej wyższości. Takie wyprojektowanie złych cech na zewnątrz przynosi, jak wspominałam, chwilową ulgę. Jednak widzenie świata z takiej perspektywy wiąże się z ponoszeniem kosztów. Na poziomie społecznym wynikają z tego konflikty.

A na poziomie człowieka?

- Nawet zrównoważonemu, dojrzałemu człowiekowi zdarza się przeżywać impulsy okrucieństwa czy destrukcji. "Żebyś zdechł, żeby cię szlag nagły trafił!", mówi do polityka w telewizorze. I on sobie zdaje sprawę z tej emocji, która go chwyciła. Wie, że to się dzieje w nim, nie wypiera tego. Potrafi mentalizować, czyli w procesie wychowania nauczył się dostrzegać, że to, co myśli i czuje, to nie jest jedyna prawdziwa rzeczywistość. Zdaje sobie sprawę, że co prawda formułuje hipotezy na temat stanu psychicznego innych ludzi, ale to są jego domysły, punkt widzenia, a nie obiektywna prawda. Odczuwa więc destrukcyjną emocję, ale jednocześnie wie, że fizycznie nie robi nic niszczącego.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje