Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ronda Rousey: Pokonam was wszystkie

Gdy zaczynałam karierę w MMA, najtrudniejsze było zorganizowanie walk. Miałam wrażenie, że nikt nigdy nie zdecyduje się ze mną zmierzyć. Wyładowywałam frustrację na worku treningowym, który bez końca wściekle obijałam. Chciałam walczyć. Chciałam wygrywać. Chciałam kogoś pobić - wspomina Ronda Rousey, olimpijska medalistka w judo, mistrzyni UFC i gwiazda Hollywood.

Urodziła się gotowa do walki. Na dziesięciostopniowej skali Apgar wykorzystywanej do oceny stanu zdrowia noworodków uzyskała zero. Siła przetrwania była jednak silniejsza. Nie złamały jej zaburzenia mowy, ucieczka z domu, śmierć ojca, wielka przegrana na igrzyskach olimpijskich, toksyczny związek i mordercze treningi.

Reklama

Książka "Moja walka/Twoja walka" to napisana z typowym dla Rousey urokiem i dowcipem opowieść o uporze, przezwyciężaniu własnych słabości, a także kulisach UFC.

Przeczytaj fragment książki "Moja walka/Twoja walka" Rondy Rousey:

Gwizdano na mnie w 30 krajach. Gwizdano na mnie po zwycięstwach w UFC. Jestem bardziej przyzwyczajona do gwizdów niż do oklasków. Nigdy nie byłam ulubienicą fanów. Właściwie całą moją sportową karierę definiowali ludzie, którzy mieli nadzieję, że przegram.

W UFC przyjęłam rolę złoczyńcy. Nie unikam kontrowersji. Bez oporów mówię to, co myślę. Nie zawsze zyskuję w ten sposób fanów. W świecie, który uwielbia kibicować słabszym, zawsze jestem faworytką - i zawsze wygrywam.

Są jednak takie chwile, kiedy niezależnie od tego, kim jesteś i co reprezentujesz, ludzie będą tak bardzo zachwyceni tym, co widzą, że zapomną o wszystkim innym. Jeśli ktoś daje niesamowity występ, wszystko inne się nie liczy.

Trzeba umieć pokonać każdego dwukrotnie

Moja mama twierdzi, że aby być najlepszym na świecie, trzeba umieć pokonać każdego dwukrotnie choćby w najgorszy dzień. Ma oczywiście rację. Czasami jest jednak tak, że budzisz się rano i po prostu wiesz, że nikt nie będzie leciał z tobą w ch*ja. Tak właśnie czułam się w Rio de Janeiro rankiem przed mistrzostwami świata w 2007 roku. Obudziłam się gotowa, żeby kogoś zabić.

Przylecieliśmy do Rio kilka dni wcześniej i zameldowaliśmy się w El Motel, brazylijskim odpowiedniku Super 8. Niektórzy moi koledzy z drużyny narzekali na pokoje, ale ja nie potrzebowałam niczego wyszukanego, zresztą w przeciwieństwie do większości turniejów tym razem USA Judo przynajmniej opłacało mi pobyt.

W dniu zawodów wstałam wcześnie, żeby na ważenie pojechać pierwszym podstawionym transportem. Sprawdziłam najpierw, ile ważę: dokładnie 70 kilogramów. Byłam blisko, ale zamierzałam zmieścić się w limicie bez żadnego problemu. W drodze do recepcji podbiegłam do Valerie Gotay. Valerie była lżejsza niż ja i już walczyła.

- Słyszałaś, co się stało? - zapytała.

Nie miałam pojęcia, o czym mówi.

- Jakiś chłopak z 66 biegał wieczorem, żeby zrobić wagę, i został dźgnięty nożem.

- O w mordę - odparłam. - A tak w ogóle to właśnie wychodzę na ważenie.

- Ale wiesz o wagach, nie?

Zmrużyłam oczy.

- O jakich wagach?

Podobne słowa przed ważeniem nie zwiastują niczego dobrego.

- Te, które tutaj mamy, pokazują za mało - stwierdziła, co oznaczało, że wagi reprezentacji USA wyświetlały wyniki niższe od rzeczywistych. Jeśli podczas oficjalnego ważenia przekroczysz swój limit, nie zostajesz dopuszczony do zawodów. Nie otrzymujesz drugiej szansy.

- Chyba sobie, k*rwa, jaja robisz! - krzyknęłam, rzucając torbę na podłogę. Kilka stojących w recepcji osób spojrzało w moją stronę.

Ruszyłam z powrotem do swojego pokoju.

- Dokąd idziesz? - spytała Valerie.

- Do pokoju! - krzyknęłam przez ramię. - Wygląda na to, że przez tych niekompetentnych skurwieli z USA Judo na ważenie muszę się przebiec.

Wparowałam do pokoju i włożyłam na siebie dres wykonany z cienkiego plastiku. Taki strój zapobiega parowaniu potu, utrzymuje temperaturę ciała i sprawia, że pocisz się jeszcze bardziej. Na to założyłam mój normalny dres, nasunęłam kaptur na głowę i skierowałam się z powrotem do recepcji, a potem minęłam czekający na sportowców autobus i biegiem ruszyłam w stronę oddalonego o półtora kilometra miejsca ważenia.

Był wrzesień i w Rio słońce już grzało. Pot spływał mi po twarzy. Czułam, jak pod plastikowym strojem moja skóra robi się gorąca i wilgotna. Podczas szybkiego biegu uświadomiłam sobie, że to dokładnie ta sama trasa, na której poprzedniego wieczoru dźgnięto chłopaka z kategorii do 66 kilogramów.

"Jeśli ktokolwiek spróbuje mnie dźgnąć, zginie" - pomyślałam. Nie byłam w nastroju do cackania się z kimkolwiek.

Policzę się z tobą

Wybiegłam za róg i zobaczyłam hotel organizatorów oraz rozciągający się za nim ekskluzywny ośrodek wypoczynkowy.

- Ja pi**dolę - powiedziałam na głos.

Był to hotel, w którym zatrzymali się również szefowie USA Judo. Podbiegłam długim i dobrze utrzymanym podjazdem do drzwi wejściowych. Kiedy boy hotelowy otworzył je przede mną, poczułam podmuch chłodnego powietrza. Sala, w której miało odbyć się ważenie, była jeszcze zamknięta, ale w pomieszczeniu naprzeciwko recepcji znajdowała się waga, z której mogli skorzystać zawodnicy. Weszłam do środka i zdjęłam dres oraz mokry strój z plastiku. Weszłam na wagę. 70,2.

Warknęłam. Nie ma nic gorszego niż zakładanie na siebie plastiku, w którym już się spociłeś. To jak ubieranie się w mokry worek na śmieci, z tą różnicą, że kapie z niego nie woda, ale pot. Na wierzch założyłam normalny dres, wyszłam z budynku na gorące tropikalne słońce i przebiegłam się raz jeszcze wzdłuż Shank Road, a następnie znowu wparowałam do hotelu.

Przechodząc przez recepcję, zobaczyłam wychodzącą z windy Japonkę z mojej kategorii wagowej. Drużyna Japonii nocowała tutaj, w hotelu Deluxe Riviera Ritz. Dziewczyna szła w towarzystwie dwóch trenerów, którzy z pewnością obejrzeli wiele godzin nagrań z walk jej przeciwniczek i prawdopodobnie omawiali z nią właśnie taktykę. Miała na sobie elegancki dres z nazwą sponsora i pasującą do niego torbę. Do istnej k**wicy doprowadził mnie jednak trzymany przez nią czajniczek nakryty futerałem z logo sponsora.

Myślałam, że zwariuję.

USA Judo ledwie zapewniło nam takie same dresy i raczej, k**wa, nie miałam pasującego do nich czajniczka. A nawet gdybym go miała, to nie trzymałabym go przy sobie, bo przecież mieszkałam w El Motel i musiałabym po to cholerstwo biegać. Podniosły mi się włosy na karku, napiął się każdy mięsień. Zorientowałam się, że zgrzytam zębami. Zaciskałam dłonie tak mocno, że paznokcie wbijały mi się w skórę.

"Jesteś moją pierwszą rywalką - powiedziałam do niej w myślach. - Policzę się z tobą".

Wytarłam nią matę

Podeszłam do wagi i po raz drugi zdjęłam plastikowy dres: tym razem wyświetliło się 70 kilogramów. Musiałam teraz przejść do recepcji na oficjalne ważenie. Spojrzałam na stertę ubrań na podłodze. Nie było mowy, żebym założyła je z powrotem. Owinęłam się więc ręcznikiem i wmaszerowałam do recepcji. Pełno tam było sportowców, organizatorów turnieju, trenerów i sędziów, trafiło się nawet kilku turystów. Kiedy przechodziłam pomiędzy nimi, wszyscy odwracali się w moją stronę. Trzymałam ręcznik jedną ręką i patrzyłam prosto przed siebie. Gdybym wiedziała, że mogę przejść tamtędy z wyprostowanym środkowym palcem, nie naruszając w ten sposób żadnego przepisu regulaminu, na pewno bym to zrobiła.

Weszłam do pomieszczenia, gdzie odbywało się ważenie. Ponieważ były to mistrzostwa świata, organizatorzy ustawili wszystkich w kolejce. Stałam na samym końcu. Obserwowałam każdą dziewczynę, która przechodziła obok mnie po wejściu na wagę, i obiecywałam sobie w myślach, że kiedy rozpocznie się turniej, wszystkie je zniszczę. W końcu przyszła moja kolej. Zważyłam się, wypiłam trochę wody i pojechałam autobusem z powrotem do hotelu, żeby przygotować się do zawodów oraz do złojenia tyłków tym dziwkom.

Ulubiony żart w kręgach judo brzmi: Amerykanie zawsze trafiają na najgorszych rywali, bo inne reprezentacje wolą najpierw stoczyć łatwą walkę i się rozgrzać. Ludzie zawsze się śmieją, kiedy Amerykanin trafia w pierwszej rundzie na Japończyka. Judo narodziło się w Japonii i mieszkańcy tego kraju traktują je bardzo poważnie. Z kolei w Stanach Zjednoczonych wcale nie jest aż tak trudno zostać mistrzem judo. Aby być najlepszym w Japonii, trzeba naprawdę wymiatać. Japonia prawie zawsze dominuje na zawodach. Harmonogram walk przedstawiany jest podczas spotkania trenerów na dzień przed rozpoczęciem turnieju. Niektórzy ludzie analizują wszystkich swoich kolejnych przeciwników. Ja skupiam się zawsze tylko na najbliższym pojedynku i nigdy nie myślę o tym, z kim jeszcze przyjdzie mi się zmierzyć.

"I tak będę musiała wszystkie je pokonać" - tłumaczyłam sobie.

Moja walka z Japonką odbywała się wcześnie i hala była wypełniona zaledwie w jednej czwartej. Mimo wszystko dobrze słyszałam japońską część trybun. Ich wodzirej coś krzyczał, a Japończycy, jak zawsze, odpowiadali owacjami. Nigdy nie pozwalam, żeby widownia przeszkadzała mi w występie, ale często wpływa ona na sędziów. Zawsze wyczuwam atmosferę, żeby wiedzieć, co myślą sobie sędziowie, a potem odcinam się od zgiełku.

Spojrzałam na dziewczynę stojącą na drugim końcu maty.

"P**rdolę twój pokrowiec na czajniczek" - pomyślałam.

Zrobiłam z tej walki bijatykę, co dla japońskich zawodników sportów walki jest najgorszym możliwym scenariuszem. Ci ludzie są bardzo wierni tradycji i skupiają się na właściwej technice. Tarzałam się z rywalką po ziemi, pozbawiałam ją równowagi i rzucałam nią na prawo i lewo.

Dosłownie wytarłam nią matę, dwukrotnie ją przewracając i zwyciężając przez waza-ari (pół punktu) oraz yuko (około ćwierć punktu). Moja przeciwniczka nie zdobyła choćby punktu.

Odśpiewali: "Zaraz umrzesz"

Następna w kolejności była Ylenia Scapin, dwukrotna medalistka olimpijska z Włoch. Nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy, nie wiedziałam więc, czego się spodziewać. W chwili, kiedy chwytasz kogoś w walce, wiesz już, jak jest silny, i wtedy natychmiast zrozumiałam, że to najmocniejsza laska, z jaką kiedykolwiek się zmierzyłam. Walka z silnym zawodnikiem stawia przed tobą wiele dodatkowych wyzwań. Znacznie trudniej jest wyrwać się komuś takiemu z uchwytu. Obrona takich zawodników jest dużo lepsza.

Jeśli chodzi o ofensywę, to nie bałam się Scapin, miałam natomiast większe trudności z walką w zwarciu i z wykonywaniem rzutów. To, że przewaga siły fizycznej leży po stronie przeciwnika, niekoniecznie oznacza, że jest on bardziej niebezpieczny, na pewno jednak trudniej go kontrolować.

W pierwszej minucie walki zastosowałam waza-ari. Scapin też nie zdobyła ze mną ani jednego punktu.

Następnie trafiłam na Mayrę Aguiar z Brazylii, uważaną przez miejscowych za faworytkę ćwierćfinałów. Hala powoli wypełniała się widzami i była już prawie w trzech czwartych zajęta. Brazylijscy kibice stanowili całkowite przeciwieństwo Japończyków z ich wodzirejem. To było czyste szaleństwo. Brazylijczycy byli najbardziej zwariowaną i najbardziej zaangażowaną widownią, z jaką kiedykolwiek się zetknęłam. Dmuchali w trąbki i machali proporczykami. Jeden z sektorów na trybunach pokrywała trzymana przez fanów wielka flaga Brazylii.

Kibice wygwizdali mnie, kiedy wchodziłam na matę, i odśpiewali po portugalsku "Zaraz umrzesz". Odnotowałam tę wrzawę, domyślając się, w jaki sposób może ona wpłynąć na sędziów. Musiałam zwyciężyć bardzo wyraźnie. Wśród okrzyków tłumu rzuciłam rywalkę na matę i 30 sekund przed końcem pojedynku zwyciężyłam przez ippon. Kiedy schodziłam z maty, brazylijscy kibice ostro mnie wygwizdali.

Dotarłam do półfinału. Miałam zmierzyć się w nim z ówczesną mistrzynią świata, Edith Bosch. Była to 180-centymetrowa Holenderka z kaloryferem na brzuchu. Wyglądałam przy niej jak hobbit.

Bosch i ja po raz pierwszy walczyłyśmy przeciwko sobie podczas rozgrywanych miesiąc wcześniej zawodów German Open. Zwyciężyłam wtedy, bo zdyskwalifikowano ją za zastosowanie niedozwolonej dźwigni. Zwichnęła mi łokieć.

Jeśli w mojej karierze w kategorii do 70 kilogramów miałam swoją nemezis, to była nią właśnie Edith Bosch. Znacie te filmy, w których bohater walczy z pięcioma kolesiami i rzuca tekstami w stylu: "To wszystko, na co was stać?", a potem odwraca się i staje oko w oko z olbrzymem, któremu sięga do pasa? Edith Bosch to właśnie taki olbrzym.

Wiedziałam, że Bosch jest zadowolona z tego rewanżu. Myślała, że trafiła jej się łatwa rywalka. Miałam zamiar sprawić, aby był to ostatni raz, kiedy cieszy się z perspektywy walki ze mną.

Sędzia powiedział hajime, czyli "start". A co zrobiła Bosch? Wykonała dokładnie ten sam chwyt, za który zdyskwalifikowano ją w Niemczech. I dokładnie tak samo zwichnęła mi łokieć. Tyle że tym razem sędzia tego nie widział.

Spojrzałam na moją bezwładną rękę, a potem rzuciłam Bosch spojrzenie w rodzaju: "Robisz sobie, k**wa, jaja?". Nie mogłam uwierzyć, że po raz drugi odwaliła to samo. Nie mogłam uwierzyć, że ujdzie jej to na sucho. Spojrzałam na sędziego. Nic.

Chciałam krzyczeć. Wszczynanie kłótni nie miałoby jednak sensu. Przenikliwy ból szybko sprowadził mnie na ziemię. Nigdy w życiu nie poddałam walki i na pewno nie zamierzałam rezygnować w półfinale mistrzostw świata.

Zebrałam się w sobie. Napięłam mięśnie i wzięłam głęboki wdech. Prawą ręką chwyciłam się za przedramię tuż pod zwichniętym łokciem i nacisnęłam z całej siły. Trzask! Staw wskoczył na swoje miejsce. Bolało to jak sk**wysyn, ale kiedy tylko łokieć znalazł się tam, gdzie powinien, ból zelżał i stał się do zniesienia.

Spojrzałam na Bosch. Nie okazywała nawet najmniejszej skruchy, co spotęgowało tylko moją wściekłość. Patrząc na nią, potrząsnęłam ramieniem i pomyślałam: "P**rdol się, dziwko, walczę dalej".

Bosch zdobyła punkt mniej więcej w połowie pięciominutowego pojedynku i wyszła na prowadzenie. Przez kolejne dwie minuty próbowała uniknąć kontaktu w nadziei, że przetrzyma mnie do końca walki. Jej plan się sprawdzał.

Zostało mi 30 sekund. Odmówiłam jakieś 19 milionów modlitw. Spojrzałam do góry i odbyłam chyba bardzo długą rozmowę z Bogiem.

"Proszę, Boże, pomóż mi - błagałam. - Proszę, pomóż mi w tej jednej walce".

Zegar tykał.

29 sekund. "Proszę, Boże". Spróbowałam zastosować chwyt.

28. "Proszę, Boże". Bosch mnie odepchnęła.

27. "Proszę, Boże". Spróbowałam raz jeszcze.

26. "Proszę, Boże". Bosch poruszyła się, jakby chciała mnie przewrócić.

25. "Proszę, Boże". Nie było mowy, żeby mnie przewróciła.

24. "Proszę, Boże". Wykonałam ruch. Trafiłam w idealny moment.

23. "Proszę, Boże". Chwyciłam Bosch ręką, którą mi zwichnęła.

22. "Proszę, Boże". Odwróciłam się, podnosząc Bosch i przerzucając ją sobie nad głową. Frunęła w powietrzu, przed Bogiem i wszystkimi innymi.

21. "Proszę, Boże". Bam! Wylądowała na macie plecami, a ja zdobyłam ippon. Wygrałam.

20. "Dziękuję, Boże!"

Przez chwilę Bosch leżała na macie twarzą w dół, jakby nie mogła uwierzyć, że przegrała.

Na widowni zawrzało. Wszyscy obserwowali moją walkę i kiedy wygrałam jak Dawid w pojedynku z Goliatem, zaczęli odchodzić od zmysłów. Cała hala eksplodowała oklaskami.

Aplauz nie miał nic wspólnego z tym, kim byłam ani skąd pochodziłam. W tamtej chwili ludzi to nie interesowało - byli po prostu świadkami czegoś niesamowitego.

Mistrzostwo przeszło mi koło nosa

Jako zawodniczka judo tylko wtedy, po walce z Bosch, dostałam wiwaty. Był to najbardziej ekscytujący moment w mojej karierze w tym sporcie, ale radość nie trwała długo, ponieważ musiałam skupić się na finałowej walce i unieruchomieniu bolącego ramienia.

W pojedynku o mistrzostwo świata zmierzyłam się z Gévrise Émane i już w pierwszej minucie ukarano mnie idiotycznym upomnieniem, przez co moja rywalka natychmiast zyskała przewagę. Kilka sekund później zdobyła punkt rzutem, który był co najmniej wątpliwy, a tak naprawdę nawet niedozwolony.

W połowie walki zrewanżowałam się innym rzutem i zniwelowałam przewagę, ale tylko do momentu, kiedy sędziowie naradzili się i jednak uznali, że przyznają ten punkt Émane. Wiedząc, że zdecydowanie wygrywa na punkty, przez resztę pojedynku moja rywalka mnie unikała. Niecałą minutę przed końcem dostała upomnienie za unikanie walki, a w ostatnich sekundach już jawnie mi uciekała.

Mistrzostwo świata przeszło mi koło nosa. Za każdym razem, kiedy zamykałam oczy - nawet podczas zwykłego mrugania - widziałam Émane unoszącą ręce w geście zwycięstwa. Mogłam obwiniać tylko siebie. Pozwoliłam, żeby o wyniku walki rozstrzygnęły punkty. Przegrałam. Z trudem chwytałam powietrze.

Po zakończeniu tamtego dnia zawodów weszłam na trybuny, z których kilka godzin wcześniej tłum tak gorąco mnie dopingował. Musiałam zadzwonić do mamy, ale nie potrafiłam jeszcze tego zrobić. Wykonanie tego telefonu oznaczałoby konieczność wypowiedzenia słowa "przegrałam". Skręcało mnie w brzuchu.

Weszłam na szczyt trybuny. Hala była prawie pusta. Usiadłam w ostatnim rzędzie, w narożniku, podciągnęłam kolana do piersi i płakałam tak długo, jak jeszcze nigdy od czasu śmierci taty.(...)

Zaplanuj pierwszą wymianę

Ludzie ciągle pytają mnie o moją strategię dotyczącą danej rywalki. Nigdy nie mam dokładnej taktyki. Planuję pierwszą wymianę, a potem improwizuję w oparciu o to, co dzieje się w klatce. Wtedy też opracowuję różne możliwe scenariusze. Jeśli przeciwniczka zaatakuje, przerzucę ją do przodu. Jeśli zacznie się wycofywać, rzucę ją w tył.

Musisz być elastyczny. Musisz być gotów na wszystko. Zawsze planuj jednak pierwszą wymianę. Wykonując pierwszy ruch, kontroluję otwierającą akcję, która wywołuje wszystkie kolejne reakcje.

Najpierw nie miał mnie kto trenować, a potem nie miał kto ze mną walczyć.

Gdy zaczynałam karierę w MMA, najtrudniejsze było zorganizowanie walk. Darin dzwonił do mnie i mówił, że ustawił mi pojedynek. Kilka dni później odzywał się znowu i dowiadywałam się, że trener tej drugiej dziewczyny uznał ją za niewystarczająco przygotowaną albo stwierdził, że nie jestem dla niej właściwą rywalką.

Na początku byłam tym rozczarowana. Za piątym razem już się wkurzyłam. Te dziewczyny chciały niby walczyć, ale odrzucały pojedynki, które nie dawały im absolutnej pewności, że zwyciężą. Miałam wrażenie, że nikt nigdy nie zdecyduje się ze mną zmierzyć.

Wyładowywałam frustrację na worku treningowym, który bez końca wściekle obijałam.

Chciałam walczyć.

Chciałam wygrywać.

Chciałam kogoś pobić.

Tłumaczyłam sobie, że to tylko kwestia czasu i że kiedy nadejdzie ten moment, będę gotowa. W końcu te dziewczyny będą musiały się ze mną zmierzyć, a ja zadbam o to, aby pożałowały, że dały mi tyle czasu na doskonalenie umiejętności.

Darin zadzwonił ponownie. Zaplanował kolejną walkę.

- Jest tylko jeden szkopuł - stwierdził. - Dziewczyna zgodzi się wyłącznie na limit 67,5.

Ważyłam wtedy w okolicach 65 kilogramów.

- Powiedz jej, że się zgadzamy - odparłam.

Do walki pozostawały dwa tygodnie. Z każdym dniem byłam coraz bardziej podekscytowana, ale bałam się też, że zawiodę się tak samo jak już tyle razy przedtem.

Dzień przed walką Edmond wziął mnie na tarcze w GFC. Nie podchodził entuzjastycznie do treningów ze mną, ale dotrzymywał słowa i pomagał mi w przygotowaniach.

- Coraz lepiej - powiedział.

Kiwnęłam głową.

- Jesteś gotowa?

- Urodziłam się gotowa - odparłam, uderzając w tarcze.

Popatrzył na mnie trochę zagubiony, nie rozumiejąc, co mówię. Od kiedy zaczął mnie trenować, jego angielski bardzo się poprawił, ale podobnie jak moim uderzeniom wciąż dużo mu jeszcze brakowało.

- Nie idź na wymianę - powiedział. - Walcz za pomocą judo. Wykorzystaj judo, aby pokonać tę dziewczynę.

Poczułam przypływ adrenaliny.

- Myślisz, że wygram? - zapytałam. Byłam pewna, że wygram, ale poczułabym się dumna, wiedząc, że Edmond we mnie wierzy.

- Walka z dziewczynami? To nie takie trudne - odparł, wzruszając ramionami.

Edmond wypowiadał się na mój temat niezobowiązująco. Darin powiedział, że do niego zadzwoni.

Darin i ja opuściliśmy Los Angeles późnym rankiem 6 sierpnia 2010 roku i po godzinie jazdy dotarliśmy do Oxnard. Edmond też zgodził się przyjechać, ale miał dotrzeć na miejsce później.

Podczas jazdy Darin próbował mnie zagadywać, ale wolałam wyciszyć się przed walką. Przez całą drogę przygotowywałam się psychicznie do pojedynku.

Wjechaliśmy na parking przed salą treningową, gdzie miała odbyć się walka. Był to jakiś zwyczajny klub w Oxnard. Ponieważ pojedynek odbywał się na poziomie amatorskim, ważenie zorganizowano tego samego dnia. Zarejestrowaliśmy się i czekaliśmy. Moja rywalka jeszcze nie przyjechała.

"Po prostu bądź gotowa" - powtarzałam sobie.

Będę walczyć

Wtedy na salę weszła Hayden Munoz. Ważenie przed walkami amatorskimi odbywa się bez zbędnych ceremonii, dlatego po prostu kazano nam wskoczyć na wagę. Ona weszła pierwsza.

- 69 kilogramów 300 gramów - powiedział organizator.

Wszyscy spojrzeli na mnie. W tym momencie wszystko zależało ode mnie. Mogłam nie rezygnować z walki albo ona przegrałaby z powodu niedotrzymania limitu wagowego. Spodziewałam się, że będzie zawiedziona, ale w jej oczach dostrzegłam ulgę. Nie miała trwać długo.

- Będę walczyć - stwierdziłam.

Nigdy nie byłam na nic tak bardzo gotowa jak wtedy. Przebrałam się w szatni i poszłam na miejsce przeznaczone na rozgrzewkę; było po prostu wydzieloną częścią sali z położonymi na podłodze matami. Inni zawodnicy rozgrzewali się, rozciągali i zaczynali lekkie sparingi. Ja położyłam się i zamknęłam oczy. W klubie pojawiały się kolejne osoby, najczęściej przyjaciele lub krewni zawodników. Gdy tak odpoczywałam, podszedł Gokor, który zgodził się stanąć w moim narożniku. Nigdzie nie widziałam Edmonda.

Po sali przechadzało się kilku chłopaków z Hayastan. Pochlebiało mi to. Przyjechali też moja mama, Jennifer i mój dawny trener Blinky. Mama się upewniła, że ją zauważyłam, ale trzymała się na dystans, bo wiedziała, jak to jest w dniu walki. Edmonda wciąż nie było. Pogodziłam się z tym, że może nie dotrzeć. Nie potrzebowałam go tam. Dziewczyna mogła mieć nade mną 20 kilogramów przewagi, ale i tak zamierzałam ją pokonać. W końcu, jakąś godzinę przed walką, na sali pojawił się Edmond.

Poczułam przypływ radości. Edmondowi zależało na mnie na tyle, że przyjechał tam, by stanąć w moim narożniku. Niechętnie brał mnie na tarcze, a i trenował ze mną bez specjalnego entuzjazmu, ale widział we mnie coś, co skłoniło go do poświęcenia czasu na przyjazd.

- Rozgrzałaś się? - zapytał.

Wzruszyłam ramionami. Nie musiałam się rozgrzewać. Mogłam być gotowa w każdej chwili.

Edmond zaprowadził mnie w narożnik strefy do rozgrzewki, gdzie owinął mi dłonie i kazał uderzać ciosy proste.

Moja ciało przepełniała energia. Byłam podekscytowana i spokojna.

- Rozluźnij się - powiedział Edmond.

Chciałam ćwiczyć dalej.

- Posłuchaj, ta dziewczyna to kickbokserka - tłumaczył Edmond. - Będzie próbowała trzymać cię na dystans kopnięciami. Skróć dystans, złap ją za nogę i sprowadź do parteru. Wykorzystaj swoje judo, nic więcej. Tylko judo.

Skinęłam głową.

- Munoz, Rousey, jesteście następne - wywołali nas organizatorzy.

Weszłam do klatki. Poczułam, jakby coś się we mnie przełączyło, a świat za siatką zniknął. Skupiłam się na rywalce.

Tupnęłam, podskoczyłam i poklepałam się po ramionach. Sędzia spojrzał na Hayden.

- Gotowa? - zapytał. Dziewczyna skinęła głową. Sędzia przeniósł wzrok na mnie.

- Gotowa? - zapytał raz jeszcze. Potwierdziłam kiwnięciem.

Dał sygnał do walki.

Zbliżyłyśmy się do siebie na środku klatki. Hayden wyprowadziła kopnięcie. Złapałam jej nogę i sprowadziłam ją do parteru. Rzuciłam się na nią i chwyciłam za ramię. Próbowała mi się wyrwać, ale nie miała szans. Obróciłam się, trzymając ją za rękę. Odklepała. Cała walka trwała 23 sekundy.

Sędzia krzyknął: "Stop!" i nagle cały świat wrócił na swoje miejsce. Tylko że był to już lepszy świat. Tłum wiwatował, krzyczał i gwizdał, a cały ten doping przeznaczony był dla mnie. Uniosłam pięść w powietrze, wykonując zwycięskie okrążenie wokół klatki.

Poczułam przypływ radości, jakiego nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Nie chodziło tylko o zwycięstwo; to uczucie płynęło z jakiegoś głębszego miejsca i było związane z faktem, że to dopiero początek.

W drodze do domu słuchałam na pełen regulator Don’t Slow Down Matt and Kim.

Dwie kolejne walki amatorskie, które stoczyłam, odbywały się w ramach dobrze zorganizowanej imprezy o nazwie Tuff-N-Uff. Miały miejsce w hotelu Orleans w Las Vegas, około półtora kilometra od Strip. Moje pojedynki były tak mało znaczące, że nie wspomniano o nich nawet w promującej całe wydarzenie ulotce. Patrząc na nią, pomyślałam: "Pewnego dnia będzie tutaj moje nazwisko". Żaden z tych dwóch pojedynków nie trwał pełnej minuty.

Pięć miesięcy po moim amatorskim debiucie, posiadając bilans walk 3:0, ogłosiłam przejście na zawodowstwo. Ponieważ miałam już za sobą karierę amatorską, byłam o krok bliżej mojego celu, czyli zdobycia mistrzostwa świata. Właśnie zaczynał się następny etap podróży.

Ludzie często pytają mnie, czy wchodząc tamtego wieczoru do klatki po raz pierwszy w życiu, wyobrażałam sobie, że wszystko to osiągnę. Wiele osób się dziwi, że odpowiedź na to pytanie brzmi: zdecydowanie tak. Wszystko, co wydarzyło się później, miałam już dokładnie zaplanowane podczas pierwszej wymiany ciosów.

Fragment książki "Moja walka/Twoja walka", Ronda Rousey. Wydawnictwo SQN. Premiera: 3 sierpnia 2016.

Tytuł, wstęp, śródtytuły i gwiazdki pochodzą od redakcji.


Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama