Reklama

Reklama

Robert Lewandowski: Trzeba czasem zdjąć zbroję

Ma 17 milionów obserwatorów na Instagramie. Półtora miliarda ludzi oglądało, jak strzelał karnego Realowi. Chłopak z Leszna, który długo był najdrobniejszy na boisku i wcześnie stracił ojca, sięgnął szczytu kariery. Robert Lewandowski wydaje się ideałem: przystojny, bogaty, zdrowo je, jest supertatą, nie klnie. I podczas naszej rozmowy widać, że niełatwo złapać go na spalonym.

Kiedy wchodzi do hotelu Kempinski, w foyer cichną rozmowy. Ktoś prosi o autograf, ale dyskretnie, bo w Monachium piłkarzy traktuje się z atencją. W tym hotelu latem 2014 roku Robert spędził pierwszą noc po tym, jak dostał najwyższy kontrakt w Bundeslidze i przyznano mu wymarzoną koszulkę z numerem 9.

Reklama

Taki chudziutki? Trenerzy sceptycznie patrzyli na małego chłopca. W Varsovii, która przyjęła go do drużyny, gdy miał osiem lat, był najdrobniejszy, ale zyskał uznanie: okazał się zwrotny i ambitny. Ojciec Krzysztof Lewandowski, nauczyciel WF-u z Leszna, zabierał syna na lekcje starszych klas, żeby prezentował, jak wykonuje się trudne ćwiczenia. Chłopak długo jednak miał kompleksy, a jeszcze zamknął się w sobie, gdy w wieku 16 lat stracił tatę. Leo Beenhakker, który wziął go do reprezentacji Polski, dziwił się, że znany piłkarz może być tak cichy i nieśmiały.

Dla Znicza Pruszków w 2006 roku wart był pięć tysięcy złotych, parę lat później Borussia Dortmund wyceniła go na 4,5 miliona euro. Wtedy gwiazdor Nuri Şahin, widząc w szatni sylwetkę Lewego, dał mu pseudonim The Body. Robert miał opinię tytana, godzinami cisnął na siłowni, często pod okiem Ani, mistrzyni świata w karate, ekspertki od sportowej diety i fizykoterapii.

Styl życia Lewandowskich to legenda internetu. Miliony ludzi obserwują, jak trenują, co jedzą: bez glutenu, bez laktozy... Para idealna: żadnych skandali, lojalność. Ich córka Klara zyskała miano "royal baby" i rzeczywiście dla taty jest księżniczką.

Podczas meczu z Atletico Madryt chciał zdobyć bramkę. W 28. minucie udało mu się z wolnego, chwycił piłkę i włożył pod koszulkę. Obwieścił, że będzie ojcem. A jednak nie wszystko idzie idealnie. Kilka lat temu, gdy Ania chorowała, Lewy przeżył kryzys: grał gorzej, gazety pisały o nim "Lewandoofski", występ w reprezentacji Polski na Euro 2016 też nie wyszedł. Przeszli przez to razem.

Pytana o odporność męża Anna mówi: "Robert ma nad sobą klosz". I też uważa, że zawsze można coś zrobić lepiej. Po pięciu bramkach, które zdobył w dziewięć minut w meczu z Wolfsburgiem, żałował, że nie było... sześciu. Zmienia się jednak, żona mówi, że na imprezie umie wskoczyć na stół, zaśpiewać.

Rozmawiam więc z człowiekiem, nie z awatarem. PS: Autoryzacja tej rozmowy odbyła się w innej atmosferze. Wybuchła epidemia. Sesja zdjęciowa została odwołana. Nie będzie Euro 2020. Robert wystąpił na Instagramie do fanów, by przestrzegali zasad, nie gromadzili się przed stadionami. Media podały, że Ania i Robert przeznaczyli milion euro na potrzeby polskich szpitali zakaźnych.

Twój STYL: Masz opinię sportowca totalnego: zdyscyplinowany, zdrowo je, żadnych skandali... Co musiałeś w sobie zmienić, żeby odnaleźć taką równowagę?

Robert Lewandowski: - Była taka cecha... Kiedyś chciałem wszystko wiedzieć i kontrolować. Doszedłem do wniosku, że nie powinienem, bo to mnie rozprasza, zajmuje głowę, czas. Trzeba skupić się na tym, co ważne: rodzina, zdrowie, trening, przyjaciele. Reszta może poczekać albo w ogóle nie jest istotna.

Twój perfekcjonizm w skali od 1 do 10?

- Kiedyś 10 na 10, teraz... 9.

Zasypiasz i nagle widzisz, że w kącie sypialni leży ogryzek od jabłka. Wstajesz czy odwracasz się na drugi bok?

- Wstanę jeszcze. Stąd to 9. Na 10 razy wstałbym 9, a raz nie. Nieład mnie męczy. Ale wiem już, że wszystkim nie zarządzę, muszę oddać wiele spraw innym osobom, by rozwijać się nie tylko jako piłkarz, ale człowiek. Robert Lewandowski kilka lat temu i dzisiaj to inne osoby.

Czy to efekt pracy z psychologiem sportowym?

- Pierwszą osobą, przed którą się otworzyłem, była Ania. Ja długo byłem zamkniętym człowiekiem, nie potrafiłem zaufać innym. Wydawało mi się, że z każdym problemem poradzę sobie sam. Teraz wiem, że jeżeli coś zduszę w sobie, to jednak zostaje i uwiera. Gdy pojawia się w życiu partnerka, która też jest sportowcem i umie słuchać, nawet podczas rozmowy uświadamiasz sobie ważne rzeczy.

- Nauczyłem się wyrzucać z siebie złe emocje. Zyskałem pokorę, umiem dzielić się odpowiedzialnością. Oczywiście psycholog, jak u innych sportowców, też był, ale pojawił się późno, gdy już grałem w Dortmundzie.

Wszystkie problemy mają swoje źródło. Jakie wspomnienia chłopaka z małego Leszna są z tobą do dzisiaj?

- Na pewno ta chwila z 2007 roku. Miałem 16 lat, byłem w pierwszej klasie liceum, wróciłem po lekcjach, mama i siostra czekały. Ja ten obraz mam wciąż przed oczami: siostra płacze na kanapie, a mama stara się być twarda i mówi, że... tata nie żyje. To był szok, cios, którego się nie spodziewałem. Wchodziłem w dorosłość, moje tematy z tatą dopiero się zaczynały. Żałuję, że nie mam ojca, z którym mógłbym rozmawiać o grze, i tego, że nie mógł zobaczyć mojego meczu w wielkim klubie, a ja w jego oczach... dumy - mam nadzieję - z tego, co osiągnąłem.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje