Przejdź na stronę główną Interia.pl

Razem, ale jak?

Imigranci. Czy to jest temat dla „Twojego STYLU”? Tak, bo to problem nas wszystkich. Takiego moralnego dylematu nie mieliśmy od czasu wojny. Trudno sobie z nim poradzić, strach miesza się z poczuciem obowiązku. Co można robić? Nie zamykać się. Słuchać mądrych ludzi. Poszliśmy po radę do dwóch kobiet, które wiedzą więcej.

Nie tacy "inni"

Przyjadą do Polski. Będą uczyć się języka. Otworzą knajpki, sklepy - jak w Londynie czy Sztokholmie. Niepokoi nas to, jak wszystko co nowe. Ale może nawet nie zauważymy zmiany. Z Janiną Ochojską z Polskiej Akcji Humanitarnej rozmawia Jacek Szmidt.

Reklama

Czy gdybyś miała duży dom, przyjęłabyś do niego syryjską rodzinę?

Janina Ochojska: - Tak. Zrobiłabym to, żeby pokazać innym, że to nie jest nic strasznego. Chciałabym też sprawdzić na sobie, jakie problemy się z tym wiążą. Bo problemy będą na pewno. Imigranci przyjeżdżają do Europy z traumą, którą nam trudno sobie wyobrazić, mają za sobą doświadczenia wojny, ucieczki ze swojego domu, często straty bliskich. Wiem to, bo nie na jednej wojnie i w niejednym obozie dla uchodźców byłam.

A mając już u siebie gości z Syrii... co byś zrobiła, wiedząc, że w twoim domu mężczyzna żyje z 14-latką, która na gruncie ich prawa i religii jest jego żoną, albo stosuje kary cielesne wobec dzieci?

- To trudne pytania, ale odpowiedź jest prosta. Takie zachowania są w Polsce przestępstwem. Syryjska czy somalijska rodzina, która chce u nas dostać status uchodźców, powinna wcześniej, w swoim języku, zostać poinformowana, jakie prawo obowiązuje w Polsce. Z podkreśleniem wrażliwych spraw kulturowych: obrzezania kobiet, współżycia z nieletnimi, bicia kobiet i dzieci... Imigrant powinien podpisywać zobowiązanie do przestrzegania prawa kraju, w którym chce zamieszkać.

Wierzysz, że to będzie skuteczne, że przybysze nagle wyrzekną się swojej tradycji?

- Nie ma takiej gwarancji, ale jeśli prawo będzie łamane, stanie się to sprawą dla policji. Jest jednak dobre doświadczenie. W Polsce od lat żyje prawie 80 tysięcy Czeczenów. Miałam z nimi kontakt, wielu przeszło przez program integracyjny PAH, dostawali podręczniki, gdzie w ich języku były opisane polskie zwyczaje, ważne akty prawne... To są muzułmanie, w ich kraju 16-letnie dziewczyny też są wydawane za mąż i rodzą dzieci, a jednak nie słyszałam o podobnych przypadkach tu, w Polsce. Oni spokojnie żyją, pracują. Nie wprowadzili do nas terroryzmu ani prawa szariatu, przed którym ostrzegają politycy. Mają swoje gminy muzułmańskie, ale jedynym przypadkiem konfliktu było... podpalenie meczetu w Trójmieście.

Mówisz o procedurach: informacji, podpisywaniu oświadczeń. A przecież teraz imigranci tysiącami wlewają się do Europy, jednego dnia z promu w Pireusie schodzi dwa i pół tysiąca ludzi, nie wiemy, kim są, nie ma możliwości, by ich rejestrować.

- Powoli. Do Polski będą sprowadzone wybrane grupy uchodźców. Część mamy wziąć z Libanu, gdzie oni przebywają już rok, dwa i zostali sprawdzeni przez tamtejsze władze i przedstawicieli UNHCR (Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ) i libańskie władze.

To nie jest fikcja?

- Nie, to profesjonalne procedury. Do Libanu pojadą też polscy urzędnicy. Osoby, które zechcą osiąść u nas, będą przebadane, między innymi przez ABW. Drugą część imigrantów przejmiemy z Grecji i Włoch. Ci, którzy dostają tam prawo pobytu, również są przez władze kontrolowani i badani, także przez lekarzy. Ja więc proszę tych, którzy nas straszą terrorystami, o trochę rozsądku. Terrorysta nie wsiądzie do łodzi, która może zatonąć, żeby przepłynąć Morze Śródziemne, nie będzie z reklamówką koczował i śmierdział na dworcu Keleti. Terroryści podróżują samolotem z dobrymi paszportami i sporą gotówką. Zgoda, tam w obozach są różni ludzie: emigranci ekonomiczni i ci, co uciekli przed wojną i prześladowaniami religijnymi. Ale już wiadomo, że Polska przyjmie tylko tę drugą grupę.

Są dane, że utrzymanie uciekiniera z Syrii w obozach np. w Libanie kosztuje około 50 dolarów miesięcznie. A w Polsce 400 dolarów. Czy jest sens sprowadzać tych ludzi do nas? Może rację mają ci, którzy chcą pomagać na odległość... płacąc.

- Nie mają racji. Liban przyjął ponad milion uchodźców. Oni żyją tam w fatalnych warunkach, gdzie się da: w garażach, w piwnicach. Bez szansy na pracę, na naukę dla dzieci. W Polsce są dla nich perspektywy. Są wsie, które się wyludniają, gdzie stoją puste domy...

Niedawno przedstawiciel rządu Niemiec powiedział, że duża część ludzi przybyłych do Europy z różnych powodów nie nadaje się do pracy. A ty wierzysz w asymilację człowieka, który przyjechał z Somalii, z Erytrei? Ile trzeba na to czasu? Co się musi stać, żeby zaczął w Polsce normalnie żyć?

- Powinien jak najszybciej nauczyć się języka w takim stopniu, żeby się móc porozumieć. Dzieci uczą się szybko, często potem pomagają rodzicom. Powinien poznać polskie zwyczaje i kulturę, żeby móc funkcjonować wśród ludzi, a nie na marginesie. Z tego powodu jak najszybciej musi opuścić ośrodek dla uchodźców, znaleźć mieszkanie i pracę. Ważne jest też, by mógł uczyć dzieci w swoim rodzimym języku i kultywować swoją wiarę.

A kto to ma zapewnić? Bo ludzie pytają, czy państwo zacznie budować meczety.

- Muzułmanin ma swój dywanik i gdy wie, w którym kierunku jest Mekka, sam się pomodli. Poza tym w Polsce są meczety i dobrze byłoby, żeby czasem pojechał tam i porozmawiał z imamem.

Jak długo imigrant może przebywać w obozie, żeby nie zwariować, nie popaść w apatię?

- Jak najkrócej, miesiąc, dwa.

Fikcja?

- Nie wiem. Zależy od tego, jak się do ich przyjęcia przygotujemy. W Polsce jest 11 ośrodków dla uchodźców, w nich około tysiąca wolnych miejsc. Ale mogą też powstać nowe. Jednak oczekiwanie, że imigrant nauczy się w takim miejscu języka i przygotuje do nowego życia, to duży optymizm. W tej chwili działania integracyjne w ośrodkach są zawieszone, bo wstrzymano finansowanie organizacji pozarządowych. Jest apel do rządu, by tę działalność znów uruchomić, pani premier coś obiecała, czekamy. Moim zdaniem uchodźca najszybciej zadomowi się w Polsce, gdy zacznie żyć między ludźmi, dostanie mieszkanie socjalne albo zaproszenie od jakiejś rodziny.

To mnie niepokoi. Mam wrażenie, że państwo nie ma pomysłu, co zrobić z tymi tysiącami przyjezdnych, więc zrzuca odpowiedzialność na gminy, parafie... Może to jest powód, że ludzie boją się chaosu, nie wierzą w asymilację przyjezdnych.

- Ja nie bardzo liczę na rząd i urzędy. Źle się stało, że problem pojawił się w czasie kampanii wyborczej, bo to paraliżuje działania. Uważam, że czas szkolić urzędników, stworzyć dla szkół program lekcji o uchodźcach, przygotować nauczycieli polskiego, podręczniki dla osób, które nie znają innego języka niż rodzimy, zorganizować bank miejsc pracy i mieszkań.

Wierzysz, że te mieszkania, ta praca się znajdzie? W kraju, gdzie jest duże bezrobocie? I jak wytłumaczyć ludziom, którzy w jakimś mieście latami czekają na komunalne mieszkanie, że dostaje je rodzina z Syrii poza kolejnością?

- Na te pytania też odpowiedź jest łatwa: imigranci podejmują się w krajach europejskich zajęć, których miejscowi nie chcą wykonywać: w budownictwie, przy pracach porządkowych... Z drugiej strony ci, którzy przedarli się do Europy, to często ludzie wykształceni, przedsiębiorczy, pełni energii i niebiedni. Mogą założyć własny biznes, knajpkę, sklep. Tylko trzeba im pomóc. A co do mieszkań... Nie może być tak, że przyjezdni zajmują mieszkania kosztem tych, którzy na nie czekają. Ale w Polsce są wolne lokale w miejscowościach, z których ludzie wyjeżdżają. Są budynki po likwidowanych szkołach. Do PAH zgłosiła się firma farmaceutyczna z Łodzi. Chcą zatrudnić 60 uchodźców, bo nie mogą znaleźć pracowników, zapewniają im mieszkania. Znam przypadek biznesmena z Wrocławia, który przyjął dwie rodziny, dał im pracę i nawet nie chce tych pieniędzy, które należą mu się od państwa. Wiem, że kilkanaście rodzin gotowe są przyjąć władze Gdańska.

Pachnie pospolitym ruszeniem.

- Tu się nie zgadzamy. Bo ja wierzę w solidarność zwykłych ludzi. Uczestniczyłam we Francji w programie przyjęcia tysiąca dzieci z Bośni. Wiesz, że zgłosiło się 30 tysięcy chętnych rodzin, mimo że nie dostawały za to pieniędzy? Brałam udział w selekcji tych rodzin, ich ankiety były potwierdzane w szkołach, w opiece społecznej. Uważasz, że jeśli do gminy przyjedzie Syryjczyk z dziećmi i może jeszcze ze starą matką, to nikt im nie pomoże?

Jeśli ktoś przekona ludzi, że grozi nam islamizacja, to nie wiem.

- Bądź optymistą. Może powinno się też mówić, że Polska dostanie na każdego imigranta spoza Unii 10 tysięcy euro. Że osoba, która opuści ośrodek, czekając na status uchodźcy, otrzymuje 1300 złotych i dodatki na rodzinę. Jeśli ma socjalne mieszkanie, może się z tego utrzymać. Ucząc się języka i szukając pracy, nie będzie ciężarem dla innych.

A nie będzie tak, że gminy udzielą przyjezdnym pomocy, a oni przy pierwszej okazji wyjadą po cichu do Niemiec, jak wiele rodzin sprowadzonych z Syrii przez Fundację Estera? Może rzeczywiście Polska powinna raczej przyjmować ludzi z Ukrainy? Łatwo się asymilują, bariery językowej prawie nie ma.

- My ich przyjmujemy. Tylko że oni nie chcą statusu uchodźcy, nie zamierzają w Polsce zostawać. Chcą tylko zarabiać. W tym roku wydano w Polsce 400 tysięcy pozwoleń na pracę, w większości Ukraińcom. Ale oni się u nas nie osiedlają, pieniądze wysyłają do swojego kraju. A przecież europejskim krajom potrzebni są imigranci, bo się starzejemy, zabraknie ludzi do pracy. Szwedzi, Niemcy świetnie to rozumieją. A czy "nasi" uchodźcy uciekną do Niemiec? Osoby, które zadeklarują chęć przyjazdu do Polski, będą podpisywały deklarację, że chcą tu zostać. Potem oczywiście mogą podróżować po krajach Unii, ale nie dostaną tam legalnej pracy ani prawa pobytu.

Pytanie, czy będą szczęśliwi w kraju, w którym od lat nie mogą się zasymilować nawet Romowie - żyją w swoich enklawach, ich dzieci często nie chodzą do szkoły.

- Jesteśmy społeczeństwem bardzo homogenicznym. Mało otwartym na innych. Ale w Polsce znalazły dom tysiące Czeczenów, Ukraińców, Wietnamczyków. Nie ma z tego powodu żadnych problemów. Lęk przez obcymi najlepiej pokonać, poznając prawdę o nich. Zobaczysz, jakim ciekawym doświadczeniem dla dzieci będzie to, że do klasy przyjdzie dziewczynka, która z rodzicami uciekła z Syrii.

Ciekawe, czy szkoła pozwoli jej nosić chustę.

- Powinna. Bo to pokaże uczniom, że są na świecie różne obyczaje, a jej da komfort intymności. Jesteśmy coraz bliżej świata. Nie da się przed nim zamknąć drzwi. I nie warto.

Rozmawiał Jacek Szmidt

-----------------

Spójrz, tam są ludzie

Nie znam ich, ale się boję. Może zamieszkają w domu obok? Ich dzieci będą chodziły do szkoły z moimi? Czy będziemy umieli żyć w zgodzie? Wstydzę się tego strachu. Jak się go pozbyć? Z prof. Krystyną Skarżyńską, psychologiem, rozmawia Jagna Kaczanowska.

Dlaczego boimy się uchodźców?

Krystyna Skarżyńska: - Nie wszyscy. Tezę, że jesteśmy najbardziej ksenofobicznym narodem Europy, można włożyć między bajki. Dane tego nie potwierdzają. Jesteśmy natomiast jednym z najbardziej jednolitych etnicznie i religijnie społeczeństw: mało jest wśród nas obcokrajowców, osób o odmiennym kolorze skóry, innej religii. A im mniej jest kontaktu z odmiennością, tym większy lęk przed "obcym".

Ale wyjeżdżamy do pracy za granicę, kupujemy wycieczki do egzotycznych krajów...

- To wcale nie znaczy, że naprawdę znamy te kraje! Rzadko wykorzystujemy podróże jako okazję do poszerzenia horyzontów. Lecimy kilka tysięcy kilometrów tylko po to, by dać się zamknąć w hotelu zapełnionym przez Europejczyków. Tracimy szansę, by z bliska poznać, jak wygląda życie ludzi, którzy mieszkają wokoło: Turków, Tajów, Marokańczyków. Nie próbujemy z nimi rozmawiać, zapytać, co jest dla nich ważne, w co wierzą, popatrzeć, jak bawią się ze swoimi dziećmi. Nie dostrzegamy więc żadnych podobieństw i wracamy do Polski przekonani o dziwności i egzotyce miejsca, w którym spędziliśmy wakacje. A stereotypy i uprzedzenia pozostają te same co przed wyjazdem.

Skąd się w nas to bierze?

- Tak nas wychowano. Badania, które prowadziłam niedawno na ogólnopolskiej próbie osób dorosłych, pokazały, że ponad połowa Polaków pamiętała z dzieciństwa powtarzany przez rodziców przekaz: "Bądź ostrożny, nie zadawaj się z nieznajomymi, bo to jest niebezpieczne". W nieodległej przeszłości przybysz z innego świata rzadziej był w Polsce przyjacielem, częściej wrogiem. Sporo z nas sądzi, że byliśmy i wciąż jesteśmy jako naród wyjątkowo krzywdzeni przez jakichś obcych, ciągle ktoś dybie na naszą godność, zagraża tradycji czy wierze. Kiedyś uważałam, że to kwestia pokoleniowa: starsi, którzy przeżyli wojnę, tak sądzą, ale młodsi nie. Okazuje się jednak, że wśród młodych ludzi jest podobny procent przekonanych, że Polska jest zagrożona przez zewnętrznych wrogów, jest "oblężoną twierdzą". A z tym przekonaniem związana jest negatywna postawa wobec imigrantów i uchodźców. Mówimy: "Nie wpuszczać ich, będzie bezpieczniej". Nie będzie, bo świat nie jest w pełni bezpieczny. Zmieniają się zagrożenia, atakują nie tylko "obcy", ale i "swoi", budowanie murów na granicach jest stratą pieniędzy, a często też prowokacją do ataku.

Co robić?

- Dbać o przyjaciół w życiu prywatnym i w międzynarodowych relacjach. Zachowywać się przyzwoicie wobec innych ludzi, starać się ich poznać i zrozumieć. To buduje także naszą pozycję. W rezultacie - podnosi samoocenę. A badania pokazują, że wyższa samoocena skutecznie obniża poziom lęku. W codziennej gonitwie utraciliśmy chęć i umiejętności zawierania i podtrzymywania przyjaźni. I nie chodzi mi tu o przyjaźnie z obcokrajowcami. Chodzi mi o codzienne kontakty z sąsiadami, kolegami, dalszą rodziną. Gdy polska rzeczywistość była trudniejsza, byliśmy bardziej towarzyscy, zorientowani na relacje z ludźmi. Pomagaliśmy sobie wzajemnie. A teraz jesteśmy skoncentrowani na "ja" i "moje": moja kariera, mój samochód, mój sukces. Inni to częściej przeszkody na drodze naszego życia niż pomocnicy w realizacji celów. Tak nie zdobywa się przyjaciół.

Uchodźcy nam o tym przypominają?

- Zobaczyliśmy się w lustrze. Być może rzeczywiście dzięki nim dotrze do nas, że zapomnieliśmy o kluczowej regule życia społecznego: wzajemności. Wielokrotnie korzystaliśmy i korzystamy z gościnności i wsparcia naszych potrzeb przez różne państwa i ich społeczeństwa. Dzięki temu wielu z nas ratowało swoje życie, wolność albo polepszało swój byt. Budowaliśmy mosty i bliskie więzi. Dzisiejsi uchodźcy to też ludzie w potrzebie. Zostawili wszystko, często stracili bliskich, nie mają gdzie wracać. Chyba to rozumiemy. Ale ze strachu lub egoizmu mówimy im: "Nie!". Nie tylko im odmawiamy wsparcia. Od dłuższego czasu, jeśli organizujemy jakieś manifestacje, to jedynie w obronie własnych interesów, bywa, że tylko i wyłącznie finansowych. Pielęgniarki walczą o siebie, nauczyciele także. Inteligenci pytają, dlaczego rolnikom ma być lepiej z niższą składką na ubezpieczenie. Ci, którzy mają kredyt w złotówkach, denerwują się, że rząd chce zrobić prezent "frankowiczom". Potrzeby innych bagatelizujemy.

W 1980 roku kobiety uratowały strajk w Stoczni Gdańskiej. Alina Pienkowska powiedziała: "Ogłaszamy strajk solidarnościowy". Walczymy za innych. Dziś tego nie umiemy?

- Rzadko jesteśmy już solidarni nawet wewnątrz naszej grupy zawodowej czy sąsiedzkiej, a co dopiero poza nimi. Nie wspieramy innych: zaabsorbowani własnymi sprawami i potrzebą świętego spokoju, stajemy się niewrażliwi na cudzą krzywdę. Nie budujemy w ten sposób własnego kapitału społecznego. To niebezpieczne i dla nas jako jednostek, i dla nas jako społeczeństwa. Pozostajemy samotni ze swoimi problemami. W kontaktach międzynarodowych jest podobnie jak w międzyludzkich. Zasada wzajemności obowiązuje. Jeżeli dla własnej wygody odwracamy się od innych europejskich społeczeństw, które mają problemy z uchodźcami, nie zdziwmy się, gdy zostaniemy zupełnie sami wtedy, gdy będziemy tego najbardziej potrzebowali.

Bo "kto nie był ni razu człowiekiem, temu człowiek nic nie pomoże".

- Może tak być. Muszę też powiedzieć o jeszcze jednej ważnej przyczynie naszej niechęci do przyjmowania uchodźców. O braku zaufania. Nie ufamy sobie nawzajem - już o tym mówiłam, wolimy mieć drzwi zamknięte na cztery spusty. Ale nie ufamy też państwu. Niestety, to uzasadnione, bo wciąż różne instytucje nas zawodzą: źle funkcjonują sądy, zmieniają się przepisy, wiele z nich jest bezdusznych. Jako obywatele czujemy, że rządzący są "po drugiej stronie barykady". Polacy - w skali Europy - są najmniej dumni z państwa i jego instytucji. Chwalimy się odwagą, opowiadamy o powstaniach, o tym, jak piękna jest nasza przyroda, zabytki. Ale już z prezydenta, premiera, posłów, urzędników dumni nie jesteśmy. To nie pomaga nam w redukcji lęku przed obcymi. Mamy poczucie, że państwo nie poradzi sobie z problemem uchodźców.

A co by mogło pomóc? Jak możemy zmniejszyć własny strach przed uchodźcami?

- Przede wszystkim poprzez poszerzenie wiedzy o nich i krajach, z których pochodzą. Postawy wobec różnych problemów zależą od tego, jak dużo i co mówi się o danej sprawie w telewizji, radiu, prasie... Kłopot polega na tym, że niektórzy robią karierę na podsycaniu naszego lęku. W związku z tym podsuwają nam wiadomości, opisy i analizy, które straszą.

Czyli lepiej nie czytać takich opisów. Nie słuchać informacji z drugiej ręki, tylko osobiście przekonać się, jak sprawy stoją?

- Wspaniale byłoby spotkać się z muzułmaninem i chrześcijaninem z Syrii, Iraku, uchodźcą z Afganistanu. Porozmawiać, poznać ich zwyczaje i marzenia. Barierą bywa język, ale głównie brak zainteresowania. Bywa, że takie spotkania rozczarowują czy potwierdzają stereotypy, częściej jednak przynoszą konkluzję: on/ona jest podobny do mnie! Zresztą z tym podobieństwem to zabawna sprawa, bo w badaniach wychodzi, że ludzie wcale nie chcą, żeby uchodźcy i imigranci byli do nich bardzo podobni. Fajnie, jeśli nauczą się języka, poznają obyczaje. Ale muzułmanin w Zaduszki na cmentarzu czy czarnoskóry, który gra w jasełkach św. Józefa i maluje jajka na Wielkanoc, sprawiają, że czujemy się nieswojo, stajemy się podejrzliwi. Są dwa możliwe wytłumaczenia. Po pierwsze taki widok budzi w nas lęk, że stracimy swoją tożsamość, rozmyjemy się w tłumie "innych". Po drugie lubimy kierować się w życiu schematami, stereotypami, bo tak jest szybciej i wygodniej. Gdy ktoś był widziany tylko jako stereotypowy przedstawiciel obcej grupy, a nagle okazuje się, że nie pasuje do tego obrazu - musimy spojrzeć na niego bardziej analitycznie, zainwestować w to czas i energię.

Mariusz Szczygieł w swoim felietonie opisuje kolegę, czeskiego reportera, który powiedział do dzieci: niech każde wybierze jedną zabawkę. Pojedziemy z tym na granicę austriacko- węgierską, bo tam są takie dzieci jak wy.

- Czytałam ten felieton z uwagą i ze wzruszeniem. Tam był jeszcze inny bohater: macedoński policjant, który miał za zadanie nie przepuścić uchodźców przez granicę. W pewnym momencie spojrzał na tłum i zobaczył w nim konkretnych ludzi. Zdesperowane kobiety i mężczyzn chroniących przed nim swoje dzieci. To dotknęło go głęboko, dostrzegł w obcych to, co wspólne wszystkim ludziom: troskę o najbliższych. Krzyknął: "Idźcie!", i przepuścił ich.

Nie każdy z nas ma możliwości i chęci, żeby jechać na granicę, przekonać się, że tam są ludzie, i przestać się bać. Co wtedy?

- Czytajmy dzieciom arabskie baśnie, pokazujmy filmy o życiu ludzi z różnych kultur. Ćwiczmy ich wyobraźnię i empatię. Pokażmy też, że i one mogą pomóc w sprawie uchodźców, ale nie tylko. Wie pani, o wiele łatwiej jest z kimś się zidentyfikować, gdy zrobimy coś dla niego razem z grupą osób, które cieszą się, że wspierają tego innego. Dziecko może wyjąć ze skarbonki 5 zł i przeznaczyć je na pomoc uchodźcom, a mama zrobi przelew albo, jeszcze lepiej, zabierze je do siedziby fundacji zajmującej się na przykład sprawą Syryjczyków. I maluch sam wpłaci te pieniądze, a ktoś dorosły uściśnie mu dłoń i pogratuluje dobrej decyzji. Albo zachęćmy dziecko, by oddało swojego ukochanego misia rówieśnikowi, który stracił nie tylko wszystkie zabawki, ale także dziadków i dom. Może ten gest pozwoli małemu uchodźcy na chwilę radości? To daje najmłodszym wspaniałe poczucie: że oni też mogą mieć wpływ. Sprawiają, że czyjeś życie - a więc cały świat - na chwilę staje się lepszy. Poczucie wpływu na rzeczywistość jest kluczowym elementem zadowolenia z życia.

Proszę mi tylko powiedzieć, po co mam to robić. Może lepiej jednak zajmę się swoją rodziną, zamiast zbawiać ludzkość?

- Ależ w ten właśnie sposób zajmie się pani swoją rodziną! Wskazuje pani dzieciom drogę do sensownego i przez to szczęśliwszego życia, rozwija ich kapitał społeczny. A poza tym uchodźcy będą przyjeżdżać do Europy, to jest pewne. Będą tu mieszkać i pracować. To leży w moim, w pani interesie, w interesie nas wszystkich, żeby się czuli tu bezpiecznie i żeby chcieli się zintegrować. Przybysze traktowani gościnnie będą czuli się akceptowani - nie będą zamykać się w gettach. Poznamy ich, nauczymy się, jak się z nimi porozumiewać, jak otworzyć się na kogoś, kto się od nas różni poglądami. To nam się wszystkim ogromnie przyda. Patrzmy więc na obecną sytuację jak na szansę, a nie na zagrożenie.

A gdy spotkam już tego uchodźcę? Jak mam się zachować?

- A niech się pani uśmiechnie. To zwykle dobry początek znajomości.

Rozmawiała Jagna Kaczanowska

Twój Styl 11/2015

Dowiedz się więcej na temat: imigracja

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje