Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Rafał Zawierucha: Pierwszy krok w chmurach

Dostawałeś lanie?

Reklama

- No pewnie, nie raz! W tamtych czasach lanie było normalnym środkiem wychowawczym. Ale miałem sposób: wkładałem w spodnie gazetę. Muszę przyznać, że nie byłem grzecznym chłopcem. Choć nie brakowało mi nigdy uroku osobistego. Kiedyś po rekolekcjach zamiast wrócić przykładnie do domu, poszedłem z kolegami włóczyć się po placu budowy. Wydawało nam się, że to męska przygoda. Do domu dotarłem uświniony od stóp do głów, ale dumny, bo jako łup przyniosłem stare żelazko, z duszą. Mama chciała mnie zlać, tak była na mnie zła. "Ksiądz mówił, że po rekolekcjach powinniśmy wrócić do rodziców zmienieni" - broniłem się. Księdzu oczywiście chodziło o rewolucję mentalną, ja potraktowałem to... bardziej dosłownie. Ale na mamę to zadziałało. Roześmiała się i cała złość jej minęła. Pępowinę odciąłem z momentem wyjazdu do Krakowa na studia. A potem już była Warszawa.

Skąd właściwie wiara, że będziesz dobrym aktorem?

- Zadatki miałem od małego. Potrafiłem w żywe oczy kłamać i nawet mi powieka nie drgnęła. Wszyscy mówili: umie udawać jak aktor. Mój zawód przecież trochę na tym polega. Ale kiedy powiedziałem rodzicom, że chcę zdawać do szkoły teatralnej, nie byli zachwyceni. Paradoksalnie mnie to motywowało. "Nawet jeśli miałbym zamiatać chodniki, to przynajmniej przed teatrem" - odpowiadałem. W trzeciej klasie liceum dołączyłem do kółka teatralnego. Prowadził je aktor Lech Sulimierski, w Kielcach znana postać. Zaraził mnie miłością do literatury. Wystawiliśmy miedzy innymi Zemstę, obsadzono mnie w roli Papkina. Może  to był znak?

U Wajdy Papkina grał... Roman Polański.

- Lubię doszukiwać się takich znaków, wierzyć, że wszystko, co nas spotyka, to część większego planu. Bo na przykład Polański chciał być kolarzem, a ja uwielbiam jeździć rowerem - w Los Angeles całe miasto tak zjeździłem. Sentyment do Francji też nas łączy. Mam teorię, że to, co kochamy, o czym marzymy, tworzy niepowtarzalną energię danego człowieka. Ona unosi się gdzieś nad głową i działa. Ściąga do nas konkretne zdarzenia i ludzi. Warto zadbać, by ta energia była pozytywna. Nazywam to "puszczaniem pragnień w eter". To, o czym śnimy, może się urzeczywistnić. Do egzaminów do Akademii Teatralnej podchodziło ponad tysiąc kandydatów, dostało się osiemnastu. W tym ja. Gdy zobaczyłem swoje nazwisko na liście przyjętych, już wiedziałem: jestem właściwą osobą na właściwym miejscu.

To może tę Amerykę też sobie wyśniłeś już dawno temu!

- Wiesz, że coś w tym jest! Dokładnie dziesięć lat przed telefonem od producentów z Sony Pictures byłem na pierwszym roku studiów, gdy do Warszawy przyjechał Robert Wilson, amerykański reżyser uważany za jedną z głównych postaci teatralnej awangardy XX wieku. Organizował warsztaty. Być na nich? Marzenie każdego studenta aktora! Starsi koledzy wyśmiali mnie, gdy im powiedziałem, że chciałbym się na te warsztaty dostać. O castingach u Wilsona krążyły legendy. "Pójdę i zobaczę", uznałem. I dostałem się! 

- Ale cud stał się pół roku później podczas kolejnej wizyty Wilsona w Warszawie. Wystawiał spektakl w teatrze Studio. Udało mi się zdobyć miejsce w pierwszym rzędzie, siedziałem koło Kasi Figury. I właśnie obok Roberta. Poznał mnie i mówi: "Halo, dzień dobry!". Byłem w szoku, przywitaliśmy się. "Chcę cię zaprosić na warsztaty do mnie, do Nowego Jorku na Long Island" - powiedział. Jakbym śnił! "Świetnie, ale nie mam pieniędzy" - musiałem zejść na ziemię. Za dwa miesiące Robert Wilson przysłał mi na adres Akademii Teatralnej zaproszenie, bilety i dokumenty potrzebne do wyrobienia wizy. Wszystko załatwione i opłacone na miesiąc pobytu w Nowym Jorku! Gdy wróciłem, spojrzałem innym okiem na Warszawę, która dotąd mnie przytłaczała, onieśmielała. Zrozumiałem, że wszystko jest w mojej głowie i powinienem zapomnieć o kompleksach.

Dziecko szczęścia. Nie miałeś okresów zawodowej posuchy, które uczą pokory?

- Dzięki teatrowi nie. Może też dlatego nie zabiegam o role za wszelką cenę,  w czymkolwiek, byle zarobić. Nie mam rozbuchanych potrzeb, dla mnie fajne wakacje to plecak, namiot i Mazury. Z domu chyba wyniosłem brak zachłanności. I przekonanie, że pieniądze nie są najważniejsze. Ale łatwo mi prawić morały, mam 32 lata, nie mam żony, dzieci, nie muszę się martwić, że za kogoś odpowiadam.

Za gażę u Tarantina możesz zaszaleć.

- Myślę przyszłościowo. Chcę w coś zainwestować. Lubię też kupować prezenty dla najbliższych. Z każdej podróży przywożę upominki dla rodziny. Nie jestem materialistą. Mam w Kielcach trabanta, którego uwielbiam, ten sam rocznik co ja - 1986. Dostałem go od wujka, gdy byłem na studiach. Nazywam go Niebieska Strzała. Śmialiśmy się, że mogłem nim popłynąć do Hollywood - utrzyma się na wodzie jak to trabant, czyli mydelniczka.

Byłeś w Hollywood, pewnie napatrzyłeś się na luksus. Nie kusi cię takie życie?

- Mój luksus jest wtedy, kiedy wsiadam do auta - nie do trabanta, mam też inny wóz - i jadę samotnie przed siebie. Uczę się tekstu, przepowiadam sobie przyszłość albo nie myślę o niczym, cieszę się drogą.

Przepowiadasz sobie przyszłość?

- Taki prywatny żart, tak naprawdę po prostu robię plany. I "puszczam w eter pragnienia", co czasem - jak dowodzi moje życie - jest równoznaczne z przepowiadaniem przyszłości. Moja siostra, która na uniwersytecie w Kielcach zajmuje się projektami europejskimi, zawsze mówi: "Zapisuj cele". I zapisuję. Pod koniec roku robię bilans, sprawdzam, co mi wyszło. I stawiam sobie nowe cele: "Być dobrym dla innych, uśmiechać się, dbać o zdrowie, kochać rodzinę, dobrze zarabiać...". Pewnie nie jestem w tym oryginalny.

Zgadnijmy: na liście celów masz też pewnie "wrócić do Hollywood"?

- Fajnie by było. Moja znajoma układa horoskopy i twierdzi, że pisana mi jest światowa kariera. Nie nakręcam się, ale... Mam sporo zdjęć z LA, na które uwielbiam patrzeć i myślę sobie: "Wow! Zawierucha, zrobiłeś to! Co dalej?".

No właśnie Zawierucha, co dalej?

- Warto marzyć. Dalej to robię. I każdemu polecam. Wymyślcie sobie kilka marzeń na nowy rok. Zapiszcie. Przyjrzyjcie im się. To pierwszy krok do ich realizacji.

Rozmawiała BEATA BIAŁY

Twój STYL 1/2018

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje