Reklama

Reklama

Przyciągam szczęście

Dlaczego slawistyka?

Reklama

Renata Przemyk: Bo na te studia było mało kandydatów na miejsce. Wiedziałam, że jak nie dostanę się za pierwszym razem, mogę nie mieć odwagi, by spróbować za rok. Ostatecznie trafiłam na bohemistykę. Nawet się ucieszyłam. Pomyślałam: „Czeski? Będą śmieszne studia”. Ale śmiesznie nie było.

Co ma pani na myśli?

Renata Przemyk: Wcześniej nie ruszałam się z Bielska, więc w obcym mieście czułam się jak Tarzan w Nowym Jorku. Paraliżował mnie strach. Wstydziłam się pójść sama do klubu. Żeby rodzice puścili mnie na studia, zadeklarowałam, że będę pracować i sama się utrzymam. Im się nie przelewało, dawali mi tylko na akademik. Więc pracowałam: w fabryce zapałek, w wytwórni pił, w stróżówkach. Zatrudniałam się też do mycia okien, robiłam koleżankom swetry na drutach. I jakoś starczało.

Miałam też swoją pierwszą pracę w teatrze – sprzątanie. W akademiku po raz pierwszy miałam swój pokój. Gdy go urządziłam, usiadłam na łóżku i nie wiedziałam, co dalej. Jak ktoś wypuszczony z niewoli, kto na wolności myśli: „nie dam sobie rady”. Ale wiedziałam jedno: nie wracam do Bielska. Na studiach zorientowałam się też, ile mam do nadrobienia. Przede wszystkim książki. Zaczynałam od literatury dziecięcej. Czytałam Muminki, Misia Paddingtona. Potem przyszła kolej na poważniejsze książki. Nie znałam autorów, ale patrzyłam, co czytają ci, których uważałam za mądrych. W taki sposób poznałam Cortázara, Márqueza, Whartona, Irvinga, Sartre’a. Był jeszcze jeden plus nowej sytuacji. W akademiku bez skrępowania mogłam grać na gitarze, zaczęłam komponować własne rzeczy. Na pierwszym roku zgłosiłam się na festiwal piosenki studenckiej w Krakowie. Śpiewałam na drżących nogach. Na drugim dostałam wyróżnienie. Rok później pojechałam już z Ya Hozną. Wygrałam.

To był życiowy przełom? Zyskała pani przyjaciół?

- Niewielu. Wolałam czytać i komponować, niż udzielać się towarzysko. W klubie studenckim Remedium chodziłam na pokazy filmów. To już był dla mnie wyczyn, przełamanie wstydu. Poznałam tam Annę Saraniecką, wówczas już poetkę, początkującą reżyserkę, która później została autorką moich tekstów, menedżerką. Pracujemy razem do dziś.

Zbliżyła nas podobna wrażliwość, specyficzne poczucie humoru i potrzeba tworzenia czegoś nietuzinkowego. Ale nadal przede wszystkim pogrążałam się w swoim wewnętrznym świecie. Ubierałam się na czarno, miałam mocny makijaż. Ta ostentacyjna powaga to była moja tarcza ochronna, komunikat: "jak chcesz się zbliżyć, musisz naprawdę się postarać".

To było ostrzeżenie skierowane również do mężczyzn?

- Głównie. Nie wybierałam zbyt dobrze. Oczekiwałam kogoś wrażliwego, a trafiali mi się słabi. Astrolog niedawno powiedział mi, że mam rzadko spotykaną charakterologiczną równowagę cech męskich i żeńskich. W moim przypadku sprawdziłby się tylko układ partnerski. Od zawsze, patrząc na życie mamy, babci, wiedziałam, kogo szukam. Chciałam mieć w ukochanym mężczyźnie przyjaciela, partnera. Kogoś, dla kogo będę piękna, ale także wartościowa jako człowiek, z kim związek nie będzie oznaczał rezygnacji z planów, marzeń.

I nie spotkała pani nikogo takiego?

- ... proszę o następne pytanie.

Umierała pani kiedyś z miłości?

- Nie należę do osób, które z powodu miłosnego zawodu myślałyby o śmierci. Najsilniejszy związek łączył mnie z muzyką. W nią uciekałam. To było połączenie pasji i terapii.

Jeszcze na studiach nagrała pani dwie płyty. W którym momencie rodzice zaczęli być z pani dumni?

- Długo uważali, że moje śpiewanie jest dziwaczne. I w dodatku mało zarabiam. Rzeczywiście, za pierwszą płytę dostałam parę groszy. Ale dla mnie ważniejsze było wtedy, że miała dobre recenzje. Tata nie mógł zrozumieć, czemu nie występuję w reklamach i nie śpiewam prostych piosenek, które nuciłaby potem cała Polska. Lubił Irenę Santor, moja muzyka nie mogła mu się podobać.

Myślę, że zaczął mnie doceniać dopiero, kiedy jego koledzy zaczęli mówić: "widziałem Renię w telewizji". Mamie podobały się moje ballady, była ze mnie dumna, kiedy odmówiłam udziału w sesji dla "Playboya". Dla mnie ta decyzja była oczywista. Gdyby artystyczną wystawę zrobił Newton albo Annie Leibovitz, to pewnie nie miałabym oporów. Ale perspektywa wylądowania na zdjęciach w męskiej toalecie nie kusiła mnie zupełnie. Nawet za duże pieniądze.

W pani tekstach jest dużo aluzji do feminizmu.

- Jestem feministką. Jak wiele kobiet w Polsce, ale wciąż jako jedna z nielicznych otwarcie się do tego przyznaję. Kobiety mówią, że nie są feministkami, bo w naszym kraju wciąż kojarzy się to z nienawiścią do mężczyzn. Rzeczywiście w mediach najbardziej widoczne są feministki radykalne, więc ginie to, co w feminizmie najważniejsze - żeby traktować kobietę jak człowieka, żeby miała równe szanse. To z czym się tu nie zgadzać?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje