Przejdź na stronę główną Interia.pl

Przezroczyste

Nie zostawiają wizytówek, rzadko się fotografują, znajomi mało o nich wiedzą. Dziewczyny z Fundacji La Strada ratują kobiety porywane, zmuszane do prostytucji albo pracy za darmo. Wywożone za granicę, poniżane, bite. Lena, Karolina, Dorota. Codziennie dotykają najciemniejszej strony życia, często ryzykują. Czy potrafią w tym wszystkim ocalić siebie?

- "Jezu, nie wiem, gdzie jestem, nie znam miasta, nie mówię po arabsku, zamknęli mnie, oni zaraz tu będą! - młoda kobieta, szlochając, krzyczy w słuchawkę. Dziewczyna po drugiej stronie pyta: - Czy pani może stanąć przy oknie, opowiedzieć, co widzi. Słyszy: - Pięć identycznych odrapanych bloków, jakaś ulica, sklep". Prosi o szczegóły: kolor szyldu sklepu, może reklama, ławka, piaskownica, budka telefoniczna. Tamta szuka charakterystycznych detali. Potem się rozłączają.

Reklama

Pracownica La Strady telefonuje do Maroka, uruchamia lokalną policję - z detali funkcjonariusze znający rejon układają mapę potencjalnej lokalizacji mieszkania, w którym przetrzymywana jest Polka. Trafiają bezbłędnie. Po kilku dniach kobieta, która wyjechała zarobić na spłatę kredytu, a wpadła w ręce sutenera, wróci bezpiecznie do domu. - Zafascynowało mnie, że z Warszawy da się szybko i z sukcesem zorganizować akcję tysiące kilometrów stąd - opowiada Karolina, jedna z pięciu kobiet w zespole interwencyjnym La Strady. Nie poda swojego nazwiska, prosi o oszczędność w opisie wyglądu. Powiedzmy: ładna niewysoka brunetka.

Skończyła pedagogikę, postarała się o praktykę w La Stradzie. Została. Dziś pracuje w parze z Dorotą. Jej partnerka, wysoka szczupła szatynka, jest z wykształcenia psychologiem. Kiedy przyszła na rozmowę kwalifikacyjną, Irena, prezeska i koordynatorka prac zespołów, zadała jej m.in. pytanie: "Co byś zrobiła, gdyby chciała się do ciebie przytulić prostytutka, która przed chwilą uprawiała seks oralny? - Zapytałbym, jak można jej pomóc" - powiedziała wtedy Dorota. Irena mówi: - Szukamy ludzi wyjątkowych. Muszą być wrażliwi i odporni jednocześnie. Żadnych uprzedzeń co do rasy, orientacji seksualnej, religii. Ktoś, kto uważa, że jest lepszy od niepiśmiennej Turczynki, odpadnie. A także osoba, która nie ma pokory wobec życia, uważa, że musi zbawić świat za wszelką cenę. Tu się trzeba pogodzić, że jest okrucieństwo, poniżanie, traktowanie ludzi jak towar. Pisząc ten artykuł, wkracza pani w zły świat.

To nie film

Handel ludźmi to "werbowanie, transport, dostarczanie, przekazywanie, przechowywanie lub przyjmowanie osoby z zastosowaniem: przemocy lub groźby bezprawnej, uprowadzenia, podstępu (...), wykorzystania krytycznego położenia lub stanu bezradności, udzielenia albo przyjęcia korzyści majątkowej..." - tak mówi art. 115 § 22 k.k. - Jest XXI wiek, ale handel ludźmi, zmuszanie do pracy bez wynagrodzenia, do prostytucji, niewolnictwo to wciąż rzeczywistość, także polska - mówi Lena. Ma najdłuższy staż w zespole: 16 lat. Ładna blondynka, córka Polaka i moskwianki. Zatrudniono ją także ze względu na znajomość języka - zajmuje się Rosjankami, Białorusinkami, Ukrainkami, Bułgarkami. Kiedy zaczynała, ruszał rosyjskojęzyczny telefon zaufania. - Rozklejałam ulotki, robimy to do dziś. Na przejściach granicznych, w placówkach dyplomatycznych, ale przede wszystkim w toaletach. Tylko tam kobieta wchodzi bez sutenera, może zapisać albo nauczyć się numeru na pamięć. Ubikacje na Dworcu Centralnym, kiedyś na Stadionie Dziesięciolecia - mam ich topografię w paluszku - mówi Lena.

Jakie są jej klientki (tak w fundacji mówi się na podopieczne)? - Różne. Kiedy istniał stadion w starej postaci, kobiety ze Wschodu masowo jeździły tam handlować. Lepiej wykształcone miały obiecaną pracę kelnerki, pomocy w kuchni, opiekunki dzieci, nawet nauczycielki języka. Jechały w dobrej wierze. Bo to nieprawda, że nasze podopieczne to wyłącznie prostytutki - tłumaczy. - Na przykład w Rosji jest wiele samotnych matek. Zrobią bardzo dużo, żeby zarobić na wykształcenie dzieci. Kiedy trafiają na kogoś, kto oferuje pracę za granicą, organizuje transport i zakwaterowanie, wchodzą w to. Na granicy odbiera im się paszport i okazuje się, że praca nie jest w knajpce, tylko w agencji towarzyskiej. Mam wrażenie, że im najtrudniej do nas zadzwonić. Wstyd blokuje. Jak mogły tak się nabrać? I z czym wrócą do domu? Czasami wolą pozostać przy prostytucji, żeby zarobić cokolwiek... - opowiada Lena.

Irena, prezeska, tłumaczy: - Rocznie pomagamy ok. 200 ofiarom. Są okresy, kiedy telefonów jest więcej, np. gdy robi się zimno. Wtedy dziewczyny na ulicy zarabiają mniej. Za to są częściej bite. Bicie raz w miesiącu wytrzymują. Gwałtowniejsza przemoc rodzi bunt. Z kolei okres przed świętami albo Nowym Rokiem to czas, kiedy bardziej refleksyjne kobiety podejmują próbę zmiany życia. Wtedy dzwonią do nas... Lena: - Samo to, że dzwonią, to już sukces. W krajach byłego ZSRR telefon zaufania to rzecz nieznana. Reżim oduczył zaufania do instytucji - mówi. Sytuacja sprzed kilku miesięcy. Na szerokich schodach przed kościołem na warszawskim Mokotowie siada dziewczyna w kusej spódniczce. Kuli się, plecy drżą jej w spazmatycznym płaczu. Podchodzi zakonnica. Po kwadransie siostra wybiera numer La Strady. - Czasami dzwonią osoby trzecie. Wiedzą o nas, ufają. Następnym krokiem jest zaproszenie na rozmowę do fundacji - opowiada Lena.

Wyjmijcie ten implant

Przytulny pokój w dużym mieszkaniu. W siedzibie La Strady są takie dwa, służą do spotkań. Adresu nie ma na stronie Fundacji, pracownice proszą, żeby w taksówce nie zdradzić, dokąd się jedzie. Względy bezpieczeństwa. Na drzwiach brak tabliczki. W pokoju fotele, niski stolik z pudełkiem chusteczek. Granatowa kanapa. - To świadek setek opowiedzianych historii, z których wiele wydaje się zbyt okrutnych, żeby mogły być prawdziwe. Ale już się nauczyłam, że nie wolno niczemu się dziwić - mówi Lena. Na kanapie siadają kobiety, które chcą od razu wylać cały żal, albo takie, które boją się powiedzieć słowo. Zdarzają się też wyjątkowo spokojne, wydaje się wszystko rozumiejące. - Niedawno przyszła dziewczyna, mówiła pięknym, niemal literackim rosyjskim, miała mądre oczy, orientowała się w przepisach prawa. Kiwała głową, nie płakała. Tylko cały czas siedziała w kurtce, choć było ciepło. Nie chciała jej zdjąć, obsesyjnie. Czułam, że nosi jakąś wielką traumę. Czasami do jej źródeł dochodzimy miesiącami - opowiada Lena.

- Ale najpierw mówię klientce, w jakiej sytuacji prawnej się znajduje. Bardzo często osoby zmuszane do prostytucji albo niewolniczej pracy nie rozumieją, że są ofiarami przestępstwa handlu ludźmi. Że sprawców można ścigać i karać, jeśli one zdecydują się zeznawać. To jednak potem, na razie trzeba im pomóc wrócić do formy. Ośrodek dla ofiar jest tajny. Tu mieszkają cudzoziemcy, którzy jeszcze nie wracają do kraju (trzeba wyrobić im dokumenty, zalegalizować pobyt, pomóc w znalezieniu pracy), i Polki, które są w trakcie "rekonwalescencji". Polki ofiarami handlu ludźmi? Irena wyjaśnia: - Nierzadko to kobiety na poziomie, wykształcone. Wyjeżdżają do Londynu, Amsterdamu, chcą zarobić na rozkręcenie biznesu albo spłatę pożyczki. A trafiają do domu publicznego albo do rodziny, w której przykładny tatuś i mąż wykorzystuje seksualnie pomoc domową, grożąc jej nożem, jeśli komukolwiek piśnie słowo...

Bez względu na to, czy ofiara zatrzymuje się w schronisku, czy w którymś z zaprzyjaźnionych z fundacją prywatnych mieszkań, dziewczyny z zespołu interwencji zaczynają od oprowadzenia jej po lekarzach. Dorota opowiada: - Kiedy stres odpuszcza, a ciało nie musi "pracować", upomina się o swoje. Kobieta uświadamia sobie, że nieznośny ból brzucha, który teraz czuje tak wyraźnie, trwa właściwie od pół roku. Tylko nie było szansy, żeby się tym zająć. Idziemy więc do ginekologa, do internisty. Jeśli to ktoś znający naszą pracę, nie dziwi się. Ale czasem słyszę: "Kogo mi tu pani przyprowadziła? Gdzie dokumentacja?". Tłumaczę: "Znam tę osobę, proszę ją przyjąć", patrzę głęboko w oczy - opowiada Dorota.

Karolina mówi: - Dziewczyny do ginekologa idą bez oporów. Ale boją się wizyty u psychiatry. Niedawno miałam klientkę, która nie mogła spać w nocy. Zaproponowałam: "Chodźmy do lekarza, uregulujemy to, da ci jakieś tabletki". A ona przestraszona: "Chcesz ze mnie zrobić wariatkę, prawda? Zamknąć u czubków?!". Trzeba dużo cierpliwości, na zaufanie pracujemy tygodniami. Poznajemy siebie nawzajem - opowiada Karolina. Kilka tygodni temu pod opiekę Doroty trafia czarnoskóra Miriam, zmuszana w Polsce do świadczenia usług seksualnych. Dodajmy w "dobrym" domu, w którym pracowała jako gosposia. - Przy pierwszym spotkaniu, płacząc, opowiada, że wszczepiono jej "implant" w ramię. W słabym znieczuleniu, bardzo bolało.

Jaki implant, do licha? Znamy wiele niezwykłych historii wymyślonych po to, żeby uwiarygodnić swoją sytuację, uzyskać azyl. Wiesz, że są ludzie, którzy zarabiają, pisząc takie "dzieje"? Historię można sobie kupić za konkretne pieniądze - tłumaczy Dorota. - A Miriam wciąż swoje o implancie. Zawiozłam ją do lekarza, USG nic nie wykazało. Ale uwierzyłam, że mówi prawdę. Badanie RTG, jedno, drugie. W końcu kolejny radiolog zauważył w ramieniu zarośnięte mięśniem ciało obce wielkości zapałki.Okazało się - nowoczesny środek antykoncepcyjny, "pałeczka" powoli uwalniająca hormon. Czyli Miriam nie kłamała. Rozpłakała się z ulgą, kiedy lekarz potwierdził jej słowa. A ja... płakałam razem z nią. Choć w pracy staram się pilnować granicy. Nie jestem przyjaciółką - mówi Dorota.

Chili i różowa szminka

W jednym z pomieszczeń fundacji jest składzik - ubrania, środki czystości. Jego pierwsza funkcja: natychmiastowa pomoc klientkom. - Nie ma co ukrywać, że kobiety trafiają do nas czasami brudne, bardzo zaniedbane - mówi Karolina. Ona i Dorota działają wtedy delikatnie. - Zachęcamy: mamy tu świeże ubrania, może coś sobie wybierzesz. Jest też prysznic, jeśli masz ochotę skorzystać, proszę bardzo... Jestem zawsze dobrze nastawiona, ale w tyle głowy dzwoni mi, że obok siedzi potencjalna nosicielka wirusa HIV, chora na gruźlicę, na kiłę - to się zdarza. Raczej nie dopuszczam do tego, by ktoś się do mnie spontanicznie przytulał, ale oczywiście nie bronię się panicznie - mówi Karolina.

- Ja też nigdy nie cofam ręki na powitanie, ale jestem ostrożna. To się przenosi na zachowania "życiowe", chorego można spotkać także w sklepie - dodaje Dorota. Ma swój sposób na czujność, pamięta, żeby po powitaniu nie dotykać śluzówki oka. Wtedy wyobraża sobie, że ma na palcu nasiona papryczki chili. Kiedy dziewczyny są ze swoimi klientkami dłuższy czas, przesuwają granicę prywatności. - Mam teraz pod opieką Rumunki, które idąc ulicą, czują się bezpieczniej, trzymając mnie pod rękę. Niech będzie. Wracamy z sądu i wygłupiamy się, żeby rozładować napięcie - opowiada Dorota. - Dla tych kobiet przeciągający się pobyt w Polsce jest trudny do zniesienia, tęsknią do bliskich, stresują je przesłuchania. Nie radzą sobie w urzędach, w sklepach, wszędzie pomagamy my. Rozumiemy ich potrzebę zbliżenia się do kogoś zaufanego, wypłakania - opowiada Dorota.

Karolina o wizytach w sklepach: - To forma wypełnienia im czasu, ale także terapia. Idziemy kupować ciuchy. Wchodzimy do sklepu, stajemy przed wieszakami. Nigdy nie sugeruję: ta spódnica będzie dla ciebie fajna. Czekam, aż ona coś znajdzie, wybierze. W ten sposób odzyskuje poczucie decydowania o sobie - mówi. - Za pieniądze fundacji nie możemy kupować w drogerii, szkoda. Wyjątkiem farba do włosów. To element zmiany wizerunku, ważny, kiedy klientka jest jednocześnie świadkiem, więc trzeba ją chronić. Dobre i to. Czasem kolorowe lakiery, cienie, szminki dajemy dziewczynom od siebie w prezencie - uśmiecha się. Kilka dni temu: pukanie do drzwi fundacji. Na progu staje młoda kobieta. Przyszła na spotkanie, umalowała się pięknie kosmetykami od Doroty. Migają kolory: błękit, zieleń, róż. Trudno poznać, że to Olga. - I to cudowne, że ona ma już ochotę się stroić, to znaczy, że wraca do spokojnego życia - kwituje Karolina.

Wróćmy do składziku. Przeznaczenie numer dwa - przebieralnia dla zespołu w sytuacji alarmowej. Lena mówi: - Zdarza się, że zaczynam dzień w Warszawie, a kończę w Szczecinie. Bo trzeba spotkać się z dziewczyną, która jakimś cudem może się wyrwać na godzinę spod skrzydeł sutenera i pogadać ze mną. Jadę natychmiast. I nie wiadomo, jak długo tam zostanę. Nie mam w fundacji walizki na taką okazję, ale jestem mistrzynią pakowania w kwadrans - opowiada. - Korzystam czasem właśnie z rzeczy przygotowanych dla klientek. Biorę szampon, szczoteczkę do zębów i w drogę - mówi Karolina. - Fakt, w pracy powinnyśmy być przygotowane na każdą ewentualność. Płaskie buty, wygodne spodnie - może trzeba będzie biec, uciekać - mówi Dorota. Biec, uciekać? Mylić tropy? Tak, bo czasem okazuje się, że masz kogoś za plecami... 

Dowiedz się więcej na temat: fundacja | pomoc | porwanie | więziona

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje