Przejdź na stronę główną Interia.pl

Powtórka z namiętności

A po tej nocy...? Zaczęliśmy się spotykać raz, dwa razy w tygodniu. Wyrywał się do mnie po pracy, wychodził przed północą. Nie chciałam, żeby się zadomawiał. Gdy zaproponował, że naprawi ekspres do kawy, zapewniłam, że wezwę fachowca. Czy myślałam, że moglibyśmy do siebie wrócić? Nie. A nawet jeśli - przez krótką chwilę - on swoim zachowaniem pozbawiał mnie złudzeń. Gdy poszliśmy na kolację, pouczał kelnerów, odsyłał jedzenie, na końcu wezwał szefa kuchni. Cały Marek. Choleryk, który psuje wieczór. 

Reklama

Narzekał na swoje życie. Przygniatała go codzienność, był znudzony małżeństwem. Nic nie powiedziałam. Nie wyobrażałam sobie, że znów mógłby ze mną zamieszkać, robić uwagi, że źle gotuję, że przytyłam. Nie chciałam jego rozrzuconych ubrań w łazience, zachlapanego lustra, rozliczania mnie z tego, na co wydaję własne pieniądze. Dzieci już były dorosłe, nie musiałam się dla nich poświęcać. Ale byłam mu wdzięczna. Nie musiałam szukać facetów w internecie. 

Gdy odwiedzałam córkę w Londynie, mogłam poprosić, żeby leciał ze mną, bo panikuję w samolotach. Dzieci czasem pytały: "Mamo, czy wy coś razem...?". "Kumplujemy się", odpowiadałam. Choć córka nie wierzyła. "Nie wyobrażam sobie, że można kolegować się z facetem w typie ojca". 

Po pół roku romansu eksmąż zapytał: "Nie myślisz, że moglibyśmy znowu...". "Maaareeek - odwróciłam wzrok - myślałam, że po prostu dobrze się bawimy". Wyszedł. Kilka dni później wysłałam mu e-mail. "Jest dobrze, nie miejmy oczekiwań". Nadal spotykamy się raz w tygodniu. Wino i seks. Czasem kolacja. Tylko tyle. Albo aż. 

W święta rodzina życzyła mi, żebym ułożyła sobie "sprawy prywatne". Ale ja myślę, że skoro mam pracę, pasje, przyjaciół i niezłe życie erotyczne, moje sprawy są poukładane. Nowy związek? Mam swój bagaż doświadczeń, na razie mi się nie spieszy. 

Zagrajmy to jeszcze raz

Nasz romans zaczął się w święta ubiegłego roku - wspomina Weronika, 45 lat, anglistka. - Wyprawiłam wigilię dla 12 osób. Przyszedł też mój były mąż ze swoją matką, bo tego chciały nasze dzieci. Prawie cały wieczór nasze matki próbowały nas swatać. "A Bartuś ma teraz dobrą pracę, nieźle zarabia, jest innym człowiekiem", porozumiewawczo kiwały głowami. Wiedziałam, że się zmienił. Gdy wpadał po dzieci, był bardziej pewny siebie, przysyłał alimenty w terminie. W wigilię piłam grzane wino i obserwowałam, jak siedzi w fotelu i czyta dzieciom bajki. 

"Nadal jest przystojny", szepnęłam siostrze. "Jak każdy w blasku tych wszystkich lampek, świec i magicznej scenografii! Wyluzuj! - poradziła. - I odśwież pamięć. Rozstaliście się bez powodu?!" Ale Bartek naprawdę wyglądał atrakcyjnie. Właściwie zawsze pociągała mnie w nim jego fizyczność. Duże dłonie, zawadiackie spojrzenie. Przed północą rodzina wybierała się na pasterkę. "Idźcie, a ja posprzątam", powiedziałam. "Zostanę i ci pomogę", zaproponował Bartek. 

To naprawdę był mój wybór?!

Nasze małżeństwo? Minęły lata, zanim zdałam sobie sprawę, że mąż nie był miłością mojego życia, ale zauroczeniem, a ja uległam presji naszych rodzin: "Ślub, ślub, dzieci, dzieci!". Przez osiem lat małżeństwa byłam matką, żoną, kucharką i bankomatem. Długo wmawiałam sobie, że jest nam dobrze. Może on zarabia mało, może to ja w tym związku "noszę spodnie", ale najważniejsze, że mam dom. Nie przyznawałam się sama przed sobą, że mam wątpliwości, czy warto być razem. 

Za mąż wyszłam "późno", miałam 35 lat. Pamiętam, że byłam zmęczona samotnością. Rodzinny Radom nie zapewniał tylu atrakcji co Warszawa. Przyszłego męża poznałam w pubie na urodzinach koleżanki. Wysoki, postawny, rehabilitant. Zaiskrzyło. Tej samej nocy kochaliśmy się w jego samochodzie. Seks był dobry. I na tym powinniśmy poprzestać. Na romansie, który sam by się wypalił. Brnęłam jednak dalej. Nie było ważne, że mój przyszły mąż nie miał własnego mieszkania, że o podziale obowiązków wiedział tyle, ile włożyła mu do głowy nadopiekuńcza matka. Pożądanie pomyliłam z miłością, szybko zaszłam w ciążę. 

Przez pierwsze lata starałam się nie dostrzegać jego wad, uznałam to za test swojej dojrzałości. Nie marudziłam, ale było mi coraz ciężej. Któregoś dnia po kolejnej awanturze krzyknęłam Bartkowi, że mam go dość. Wrzeszczałam, żeby się wyprowadził. Zrobił to. 

Miałam nadzieję, że wróci, obieca zmianę. Rozczarowanie. Przysłał SMS, że go upokarzam od lat. Zamieszkał z matką. Zanim wyjaśnię, dlaczego dwa lata po rozwodzie w wigilijny wieczór zaczął się nasz romans, opowiem, co przeżyłam po rozstaniu. 

Mieliśmy kredyt na dwupokojowe mieszkanie, więc gdy on wyprowadził się do matki, zostałam z ratami. Rozwódki opowiadają o odzyskanej wolności, ale ja tego nie przeżyłam. Co prawda pozbyłam się z domu mężczyzny, który działał mi na nerwy, jednak zamiast cieszyć się swobodą, musiałam brać dodatkowe zlecenia, żeby utrzymać siebie i dzieci. Nie opowiem też o celebrowaniu drobnych radości typu: wreszcie nikt nie zwraca mi uwagi, że jem sushi w pościeli, i nie pyta, co na obiad. Na sushi nie było mnie stać, a gotować musiałam dzieciom. 

Nowa miłość? Ciekawi mężczyźni w okolicy byli zajęci. Nieciekawi też. Mama, ciotki wciąż próbowały mnie z kimś swatać. Na przykład z wąsatym kościelnym organistą, bo "to dobry człowiek". Nie pojmowały, gdy mówiłam: "Może powinnam jakiś czas pobyć sama? Zrozumieć, dlaczego mi nie wyszło?". Od matki słyszałam: "O czym ty, dziecko, bredzisz?!". 

Nie wstydzę się tego powiedzieć, brakowało mi faceta, flirtu, no i seksu. Założyłam profil na portalu dla singli. Ale nic z tego nie wychodziło. Odzywali się podstarzali mężczyźni szukający żony albo młodzi pragnący szybkiego seksu. "Daj adres, wpadnę za 20 minut", pisali. Boże! Nie oczekiwałam zalotów jak z dworskiego romansu, ale odrobiny kultury. 

Dlatego gdy ktoś pyta, po co iść do łóżka z byłym mężem, odpowiadam: "Dlatego, że nie jest łatwo wejść w nowy związek. A biologia rządzi się swoimi prawami". 

I znów zimny prysznic

W zeszłoroczne święta zamiast sprzątać kuchnię, poszliśmy do sypialni. Czy się bałam, że seks skomplikuje nam życie? Tak, ale potrzeba bliskości i udowodnienia sobie, że jeszcze na kogoś działam, była silniejsza. Seks po latach sprawił nam taką przyjemność, że spędziliśmy razem sylwestra i Nowy Rok. Zawoziłam dzieci do siostry i kłamałam, że muszę pilnie biec do dentysty albo mam randkę z kimś z internetu. Córki bawiły się z kuzynkami, a ja jechałam do mieszkania, które wynajął ich ojciec. Do niedużego studia, którym chciał mi zaimponować. Imponował. Już nie mieszkał z matką. 

"To rozstanie dobrze mu zrobiło", myślałam. Przez kilka miesięcy mieliśmy czysty układ. Uprawiamy seks, on czasem naprawi mi coś w domu, przywiezie ciężkie zakupy, wyniesie z domu uschniętą choinkę. I nic więcej. Dyktowałam warunki i cieszyłam się, że na nie przystaje. Jego gotowość do kochania się ze mną, kiedy miałam czas, traktowałam jak rekompensatę za nieudane małżeństwo. Na początku nam wychodziło, aż Bartek zaczął popełniać błędy. Na imieninach teściowej ostentacyjnie szeptał mi do ucha. Wszyscy patrzyli podekscytowani, a ja spięta musiałam się odsuwać. Gdy córki pakowały się w pokoju, w kuchni próbował mnie całować. Musiałam się wyrywać. "Odbiło ci? - syczałam. - Dzieci to zobaczą i zrobisz im nadzieję! - Ja mam nadzieję... - wyszeptał. - Nie wrócę do ciebie, Bartek!", ucięłam. Twierdził, że rozumie. 

Pewnego dnia zaproponował dzieciom: "A może obejrzymy mecz razem, a potem tata tu przenocuje?! - Taaaaak", zaczęły piszczeć córki. "Mamo, zgódź się!". Odpuściłam. To go zachęciło. Zdarzało się, że gdy odbierał dziewczynki ze szkoły, wiózł je do mojego mieszkania i zostawał w nim na dłużej. Odgrzewał sobie zupę, odkrajał połowę tarty, wyjmował z lodówki piwo i rozsiadał się na kanapie. "Bartek, my nie mieszkamy razem", strofowałam, sprzątając po nim naczynia. Poprosiłam, żebyśmy zrobili sobie przerwę. 

Trzy tygodnie później zadzwoniła siostra: "Dobrze, że się z kimś spotykasz. Bo twój były już też kogoś ma". Poczułam, jakbym dostała w twarz. Zaczęłam wypytywać, co to za dziewczyna. Okazało się, że bardzo młoda! Pierwsza reakcja? Łzy. Druga? Prychnęłam z pogardą i nalałam sobie wina. W połowie butelki napisałam do Bartka: "ty świnio". 

Tak, to miało być bez oczekiwań. Nie, nie chciałam do niego wracać. Ale poczułam się zdradzona, mimo że to ja nie chciałam reaktywacji małżeństwa. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. "Może po prostu nie potrafisz iść z kimś do łóżka i nie mieć nadziei", mówiła koleżanka, jedyna, która wiedziała o naszym romansie. 

Dotarło do mnie, że gdybym spotykała się z kimś, kogo ledwie znam, byłoby łatwej wyrzucić mi go z głowy. Teraz miałam wrażenie, że na nowo przeżywam porozwodową żałobę. 

"Znowu mnie zawiódł! Ale właściwie dlaczego? Przecież nie byliśmy razem!", głowiłam się. Muszę zamknąć ten rozdział. "Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki" - to święte słowa! Kilka dni temu zadzwoniła kuzynka: "Wpadnij do nas. Przyjdzie kolega męża, jest w porządku i po rozwodzie". Pomyślałam: "Potrzebny mi ktoś w porządku i po rozwodzie, z kim mogłabym pójść do kina albo - czemu nie - do łóżka". Bo po raz drugi muszę wymazać z głowy byłego męża. 

Natalia Kuc  

TWÓJ STYL 12/2018
Zobacz także:


Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje