Reklama

Reklama

Postawiły wszystko na jedną kartę, bo zapragnęły hodować pstrągi

Po latach ciężkiej pracy okazuje się, że  wasza innowacyjność została dostrzeżona i nagrodzona  w UE 

Reklama

- Nagrodę w konkursie Women Innovations Award for Women Farmer 2018 zdobyłyśmy dwa lata temu. Rok później otrzymałyśmy tytuł Ambasadora ds. Innowacji w Rolnictwie w ramach europejskiego projektu Horizon 2020 LIAISON i tę nagrodę też odbierałam w Brukseli. W tym projekcie społecznym byłyśmy jedynym gospodarstwem z Polski, które zostało zauważone. Głównym celem była wymiana doświadczeń z rolnikami z Europy, dzielenie się innowacyjnymi pomysłami i przyglądanie się całemu procesowi od kuchni. Niestety, pandemia pokrzyżowała te plany.

- Mimo to wciąż mamy wiele telefonów nie tylko od rolników, ale od osób, które marzą o założeniu własnej działalności opartej na zarybianiu prowadzeniu stawów.

W Polsce takich naturalnych hodowli jest niewiele. Pstrąg potokowy jest wymagającą rybą, dlatego to  zajęcie od wieków przypisywane jest mężczyznom. Macie satysfakcję, że wam się udało? 

- Uważamy z mamą, że nie ma podziału na męski i damski biznes. Natomiast ten zawód momentami wymaga siły, której nie miałyśmy. Dlatego podeszłyśmy do tego głową. Skupiłyśmy się na zarządzaniu, a zajęcia wymagające siły mięśni oddałyśmy naszym pracownikom. Choć nie ukrywam, że początki były trudne, poruszałyśmy się jak we mgle, ale teraz każdą czynność na stawach potrafimy wykonać same.

Wokół pstrąga udało wam się zbudować wyjątkowy klimat. Obok hodowli stworzyłyście miejsce  do wypoczynku. 

- Właśnie o to nam chodziło. Im częściej przebywałyśmy na stawach w Ojcowie, tym szybciej rosło w nas przekonanie, że tu jest cudowny klimat i należy z tego miejsca korzystać, delektować się nim. W Ojcowie brakuje takich miejsc na łonie natury.  

- Stolik w restauracji z wybrukowanym chodnikiem to nie to samo, chciałyśmy stworzyć coś innego - restaurację na zielonej trawce. W dzieciństwie dużo czasu spędziłam z mamą na górskich wycieczkach i każda kończyła się piknikiem. Dlatego takie miejsce do posiedzenia na szlaku uznałyśmy za strzał w dziesiątkę.

- Na początku oszczędności przeznaczone na moje mieszkanie poszły w błoto - dosłownie, bo należało oczyścić stawy z mułu, ich stan pozostawiał wiele do życzenia, a pracę ziemne były bardzo drogie. Poza tym, myśląc o gastronomii w miejscu objętym programem Natura 2000, musiałyśmy z szacunkiem podejść do tego terenu. Stad pomysł na foodtucka, przyczepa sprawdza się  idealnie i nie dominuje nad widokiem. 

 - Można sobie wyobrazić, co czuł Chopin, kiedy przyjeżdżał tu na pstrągi. Mieszkańcy opowiadali , że kiedyś w Dolinie Prądnika było tyle pstrągów, że można je było łowić rękami. Faktycznie, ludzie łowili i wędzili. Stąd pomysł, aby odnowić tę tradycję. W Małopolsce wędziło się wszystko: ser, wędliny i ryby. Do tych ostatnich musiałyśmy poszukać odpowiedniego grilla. Tu z pomocą przyszedł mistrz barbecue znad morza, który słysząc naszą historię, zadeklarował pomoc. Kiedy po latach przyjechał z drugim grillem, przyznał, że takiego pstrąga nie jadł nawet nad morzem. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje