Reklama

Reklama

Poprawka z marzeń

Kieszonkowe dla 30-latki

Reklama

Maj 2009, Szczecin, dom rodzinny. Tata, właściciel restauracji, nie umie pocieszać: "Tyle się uczyłaś i pół roku szukasz pracy?! To po co te studia?". Mama: "Kupiłaś za duże mieszkanie! Wystarczyłaby kawalerka, przecież jesteś sama". Wreszcie decyzja: "Będziemy ci wysyłać co miesiąc dwa tysiące".

-Jak się z tym czułam? Podle. Od drugiego roku studiów utrzymuję się sama. Teraz byłam trzydziestolatką, która prosi rodziców o kieszonkowe - mówi gorzko Maria. - Żeby oszczędzić sobie upokorzeń wśród znajomych, udawałam, że daję radę i szukam nowej pracy, bo mało zarabiam. Nie rozumieli, co znaczy "mało". Przyjaciółka proponowała wycieczkę do Genui, wykręciłam się, że jestem zawalona pracą. W dniu ślubu przyjaciółki Maria symuluje zapalenie oskrzeli. Zostaje w domu, bo nie ma na prezent. Gdy choruje naprawdę, brakuje jej na antybiotyk. Pożycza 30 złotych od sąsiadki. Mówi, że zapomniała PIN-u do karty. Telefon z banku: "Pani Mario, zalega pani ze zobowiązaniami. Zadłużenie: 10 300. Prosimy o przelew w ciągu pięciu dni". Tydzień później Maria przestaje odbierać telefony. - Zdecydowałam sprzedać mieszkanie. Nie było mi nawet żal, poczułam ulgę - mówi. Zgłasza je do pięciu agencji. Chętnych nie ma. "Na rynku jest przestój, nie sprzeda pani szybko", słyszy.

Symptomy prosperity

"60 złotych za dobę i samochód jest twój", tłumaczy Maria przez telefon. Dzień później oddaje koledze kluczyki do swojego clio. - Wypożyczam mu auto, płaci mniej niż w wypożyczalni, a ja uzbieram na kawę i kosmetyki - wylicza. - Teraz jeżdżę rowerem, to darmowy środek komunikacji. Ale samochodu nie sprzedam. Jeszcze mi się przyda, kiedyś sytuacja się polepszy. Na razie Maria odkryła, że Lidl jest tani. W koszyku: ryż biały, chociaż kiedyś kupowała basmati, ocet jabłkowy zamiast balsamicznego, trzy jogurty po 89 groszy, szampon z białej rzodkwi za 3,90 - już nie stać jej na Kérastase. - Mój dzienny budżet to 35 złotych. Do supermarketów chodzę z kalkulatorem. Ciuchów nie kupuję, wystarczająco dużo nagromadziłam przez lata. Kolejny sposób na przetrwanie: Allegro. Maria sprzedała dwie pary butów z Barcelony za 500 złotych, lustrzankę Nikona za 1500, sukienkę Tary Jarmon za 200, dwa krzesła z Wiednia - 300 zł za każde. Żal mi tych rzeczy, ale za to spędzę tydzień na Helu. - A co potem? - Byłam na rozmowie w tygodniku. Jesienią obiecują etat. Wtedy się odkuję. Pożyczę na wykończenie mieszkania. Wciąż jest moje. Bank wstrzymał windykację, bo straciło na wartości. Wolałabym, żeby je zabrali i przestali straszyć, bo czuję się jak bohaterka filmu Dług. Nie wiem, co mi grozi za niepłacenie rat, chyba nie więzienie? - Co jest najgorsze, gdy bankrutujesz? - Wstydzisz się przyznać, więc zostajesz z problemami sama. Niedawno przyjechała do mnie kuzynka ze Szczecina, lekarka. Tydzień żyła na mój koszt, "bogatej dziennikarki". Opowiedziałam jej, co się stało. Nie uwierzyła: "Gdybyś naprawdę mało zarabiała, tobyś nie miała dwóch mieszkań".

- Czego się nauczyłaś? - Że nie ma sensu oszczędzać. Gdy ma się pieniądze, trzeba żyć, bawić się, podróżować. Ja kupiłam sporo ciuchów, butów, gadżetów. Umiałam się nimi cieszyć. Kolega przed kryzysem niby rozsądnie zainwestował w fundusze. Stracił ponad połowę. Ja przynajmniej mam co sprzedawać. Tydzień temu zadzwonił Tomek, były chłopak, ten, który nie miał czasu pojechać z nią na urlop. W banku redukcje, szef zmniejszył mu pensję i zabrał część obowiązków. "Może pójdziemy w południe na spacer?", zaproponował. Miała czas. Nie odmówiła.

Natasza: będzie dobrze

Kolejka do okienka rejestrującego bezrobotnych: kobiety z dziećmi na rękach, kasjerki, pielęgniarki. Natasza stoi czternasta. Wbija wzrok w tygodnik "Forum". Wygląda jak zwykle: krótkie włosy ą la Edie Sedgwick, proste dżinsy, jasny T-shirt. I jeszcze: okulary z dyskretnym napisem Gucci, kupione rok temu, gdy jej pensja netto wynosiła osiem tysięcy. - "Ostatnie miejsce pracy? - pyta pani w okienku. - Firma produkująca seriale - odpowiada. - Jestem producentką". W kolejce wrze: "Bezczelna! - Przyszłam tu, bo nie mam żadnych oszczędności" - tłumaczy. Natasza, 29 lat, absolwentka romanistyki i socjologii. Bez pracy pięć miesięcy. Przed kryzysem miała plan, kupno mieszkania na raty. Nie zdążyła. Ostatni ważny zakup: koń. Trzyma go w stadninie pod Warszawą. - Po odejściu z pracy skończyło mi się ubezpieczenie. Zarejestrowałam się jako bezrobotna, żeby w razie choroby mieć za darmo lekarza. Mówi się, że kryzys szybko się nie skończy.

Jestem dobra, nie mam stresu

Pokłóciła się z szefem. Seksistowskie odzywki, praca po godzinach. Złożyła wymówienie. Bez stresu, była pewna, że szybko coś znajdzie. Miała oszczędności: sześć tysięcy. Chciała odpocząć, wyjechali z chłopakiem na Mazury, jedli węgorze, pili mleko od kozy. Po powrocie Nataszy zostało 3,5 tysiąca. - Nie wydałam dużo, zostało na przetrwanie - mówi. - Napisałam CV. Pierwsze w życiu, bo do tej pory firmy szukały mnie. Wybrałam dziesięć miejsc, w których chciałam pracować. Czekałam. Żyłam oszczędnie: mała kawa, gazeta, sukienka z wyprzedaży, bilet miejski, obiad u mamy, tańszy abonament za komórkę. Po miesiącu na koncie miałam 1500. Były też wiadomości od potencjalnych pracodawców: "W najbliższym czasie nie zatrudniamy. Będziemy o pani pamiętać". - Szok - wyznaje. - Czytałam, że ma być źle. Ale kryzys był takim samym newsem jak informacje o tarczy antyrakietowej. Nie sądziłam, że dotknie mnie bezpośrednio... Dziesięć dni później: 700 złotych na koncie, Natasza wysyła CV do kolejnych 20 firm, czeka. Pieniądze topnieją.

Sinusoida

Ocknęła się w szpitalu. Kilka godzin wcześniej wsiadła do samochodu przyjaciółki. Było zderzenie. Na ostrym dyżurze zapytali o ubezpieczenie. Skłamała, że dowiezie. - Założyli mi szwy na twarzy, ale ze złamanymi dwoma zębami musiałam poradzić sobie poza szpitalem. Koszt w prywatnym gabinecie: 1800 zł. Od rodziców brać nie wypadało: tata był na emeryturze, mama po pięćdziesiątce bała się redukcji w pracy. Zadzwoniłam do banku, żeby powiększyć debet na koncie. "Od kilku miesięcy nie ma pani wpływów. Przykro mi", usłyszałam od doradczyni, która prowadziła moje złote wciąż konto. Chłopaka nie chciałam prosić. Byłam zbyt dumna. Ukrywałam przed nim, że nie mogę znaleźć pracy. Jest ratunek. Telefon do babci. - Miała oszczędności. Przyjechała z dwoma tysiącami i walizką na kółkach pełną konfitur z jagód i malin. Na koncie debet 1300 zł, ale Natasza go nie widzi. "Dzień dobry, tu instytut Harmonia Spa, mamy ofertę dla stałych klientek: maseczka chłodząca i ajurwedyjski masaż ciała za pół ceny, 250 zamiast 500, tylko do końca tygodnia". Natasza zapisuje się na następny dzień. Należy się jej, potrzebuje relaksu. A co z pieniędzmi? Na pewno coś wymyśli...

Natalia Kuc, Iwona El Tanbouli Jabłońska, Maciej Jabłoński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje