Reklama

Reklama

Polka w czasach wolności

A są jakieś zjawiska w naszym "nowym wspaniałym świecie", które panią jako psychologa szokują? Na przykład pojawia się pacjentka i opowiada o tym, że żyje w poliamorii?

Reklama

- (śmiech) A co by tu mnie miało szokować? Chyba tylko to, że zjawisko wywołuje ostatnio tyle ekscytacji. Pojawiają się wywiady, w których młoda osoba zawiadamia, że ma narzeczonego oraz kochanka, narzeczony ma żonę, a kochanek partnera i trzy córki z poprzednich związków. I wszyscy są, proszę sobie wyobrazić, bardzo szczęśliwi. Mnie to trochę śmieszy, trochę wzrusza, gdy widzę, jak młodzi odkrywają swoją Amerykę, przeżywając zjawiska stare jak świat. No i wiem, będąc bardzo już dorosła, że zbyt długo w tym układzie szczęśliwi nie będą, a w każdym razie nie wszyscy z nich. Poprzednią odsłoną tego, co dziś nazwano poliamorią, była hipisowska wolna miłość w komunach.

Pani przeżyła okres hipisowskich szaleństw? Znani psychoterapeuci z pani środowiska opowiadali o komunach, w których żyli itp.

- To oczywiście istniało wokół mnie. Moi starsi o kilka lat koledzy i koleżanki testowali na sobie układy, w których było kilkoro partnerów, a potem wspólnie wychowywało się dzieci z tych związków, choć nie zawsze było jasne, kto jest ojcem. Ja jednak raczej nie byłam podatna na ideologiczne uwiedzenia. Zdawało mi się, że o ile mężczyźni mają tu może jakieś doraźne korzyści, to dla większości kobiet taki układ musi być szkodliwy, bo wbrew pozorom utwierdza je w tradycyjnej roli - służyć innym. Tyle że ta służba na czym innym wówczas polegała. Czas potwierdził, że miałam rację.

W młodości nie było w pani potrzeby eksperymentowania z rzeczywistością, buntu?

- Była, ogromna. Ale ja nie miałam potrzeby, żeby buntować się obyczajowo, bo wszystko, co trzeba, w tym względzie zrobiła za mnie moja matka. Będąc dziewczyną z konserwatywnej mieszczańskiej rodziny, żyła w nieślubnym związku jeszcze przed wojną. Ja również urodziłam się "nieślubnie", na czym o tyle skorzystałam, że miałam dwóch ojców, biologicznego i formalnego. I obaj mieli swoje ojcowskie zalety. Przypuszczam, że gdybym nawet chciała się w komunie hipisowskiej znaleźć, matka by ze mną nie walczyła. Pewnie zatroszczyłaby się o to, czy czuję się kochana i czy nikt mnie nie krzywdzi. No i czy pamiętam o antykoncepcji. Może dlatego buntowałam się inaczej.

 Jak?

- Dość kłopotliwie dla otoczenia i nie zawsze mądrze. Nie znosiłam nieuzasadnionych reguł czy przymusu. Atakowałam dogmaty i konwencje. Nie mogłam zaakceptować autorytetów formalnych, jeśli nie wzbudzały mojego szacunku. Wchodziłam więc w ciągłe konfrontacje. Od najmłodszych lat byłam awanturnicą. Nie bałam się sporu, walki, ostrej dyskusji, kompromis przeżywałam jak porażkę. Wytykałam nauczycielom niekonsekwencję. Z powodu "pyskowania i bezczelności" przeniesiono mnie raz karnie do innej klasy, a potem do innej szkoły. Myślę, że musiałam być dość nieznośną i przemądrzałą smarkulą. I coś z tego ducha niezgody zostało mi na stałe.

Jest jakieś wydarzenie pozazawodowe z ostatnich 25 lat szczególnie dla pani ważne?

- Jest ich wiele. Jedna z moich córek, która w trudnych latach 80. urodziła się z zaawansowanym niedosłuchem, zamieszkała z mężem za granicą, gdzie bez problemu porozumiewa się w obcym języku, wychowuje dwie córeczki, prowadzi samochód w ruchu lewostronnym i nieprzerwanie rozwija się w wielu dziedzinach. Jestem z tego dumna, bo wbrew krytyce specjalistów zdecydowaliśmy się z mężem wychowywać ją jak resztę rodzeństwa i teraz to procentuje. Urodziłam też w tym czasie czwarte dziecko, moją najmłodszą córkę, teraz już dość dorosłą wspaniałą dziewczynę, która zajmuje się z pasją niemal zupełnie obcymi mi dziedzinami: studiuje neurokognitywistykę i uprawia zawodniczo ultimate frisbee, cokolwiek to oznacza.

W ciągu tych 25 lat rodziły się też pani wnuki.

- Mam ich siedmioro. Gdy najstarszy, szesnastoletni, złożył mi życzenia z okazji Dnia Babci, poczułam się nieswojo, bo to masywny bejsbolista o jakieś 30 cm i 50 kg większy ode mnie. W ciągu tych lat odbyły się też śluby trojga z moich czworga dzieci, w tym syna - na plaży w Dębkach. Dziś nie brzmi to niezwykle, ale wtedy, na początku nowego tysiąclecia, skłonienie gminy, by jeden z urzędników udał się na plażę i poprowadził ceremonię, graniczyło z cudem. Godło, które okazało się na tej plaży dla urzędnika konieczne, wypożyczył nam mój były zięć, wówczas prezydent miasta.

Zamiast sukna na stole położyliśmy płótno żaglowe, a urzędnik i tak narzekał, że nie ma kwiatów. Sytuację uratowała zaprzyjaźniona pani scenograf, która pobiegła na wydmy i z jakichś nielicznie rosnących tam mikrych roślinek zrobiła artystyczny bukiet. Cała ta sytuacja też jest jakąś ilustracją wolności, którą dostaliśmy po ’89 roku, bo wcześniej taka "fanaberia" przecież w ogóle nie byłaby możliwa. Inny ważny prywatny moment to rozwód najstarszej córki i wspólna decyzja jej i byłego męża, by trzech synów objąć tzw. opieką naprzemienną: tydzień u matki, tydzień u ojca. To wystawiło na próbę mój liberalizm i idee równościowe - nie było mi łatwo uznać, że co drugi tydzień chłopcy będą w zasadzie bez matki.

Mówiąc o ważnych momentach, opowiada pani o dzieciach, wnukach. A wzięła pani coś z tej wolności dla siebie?

- Ja ze względu na mój buntowniczy temperament czułam się w miarę wolna i przedtem. Owszem, "paszport w szufladzie" dał mi swobodę podróżowania. Jeżdżę dużo prywatnie i służbowo, z mężem, z dziećmi, z wnukami. Wnuki tradycyjnie zabieram po kolei do Paryża, gdy tylko któreś skończy sześć lat. Mam sentyment do Francji, bo bywałam tam w dzieciństwie. Od kilkunastu lat mogę też wreszcie lubić moje miasto, Warszawę. Nie tylko kochać ją za to, że tyle wycierpiała podczas wojny, ale i cieszyć się, że jest dziś atrakcyjna, barwna i ekscytująca. Z drugiej strony martwi mnie, że wspaniali ludzie, którzy jeszcze 25 lat temu zdawali mi się nieśmiertelni, dziś odchodzą.

W ciągu tych 25 lat zaszła w pani jakaś radykalna zmiana?

- Radykalna raczej nie. Może stałam się bardziej konserwatywna, więcej słucham muzyki poważnej. Do opery, kiedyś przeze mnie lekceważonej, chodzę z upodobaniem. Teatr też wolę wystawiony z uczuciem i myślą, nie z manierą. Nużą mnie i śmieszą powtarzające się teatralne czy operowe interpretacje w duchu uproszczonej teorii psychoanalitycznej. Moja awangarda za czasów studenckich to był Swinarski, Axer, Krasowscy, Grzegorzewski, może ujawnia się we mnie jakiś estetyczny konserwatyzm? Może to symptomy zmian starczych? (śmiech)

A jest coś, co pani zrobiłaby dziś inaczej niż kiedyś, bogatsza o doświadczenie ostatnich 25 lat?

- Teraz to mi się zdaje, że mogłam urodzić jeszcze tak z dwójkę dzieci, postudiować medycynę albo literaturę, napisać kilka książek. A bardziej realistycznie: pewnie mniej walczyłabym z dziećmi o takie rzeczy jak porządek w pokoju czy papierosy, które jedna z córek zaczęła palić w wieku 15 lat. Po latach widzę, że były to sprawy niewarte sporów. Co więcej, mam wrażenie, że gdybym walczyła mniej, to córka, obecnie trzydziestoparoletnia, może by sobie to palenie odpuściła. A tak w ramach oporu wobec mojej stanowczości pali i jeszcze mówi, że to przeze mnie. Odpowiadam jej wtedy, żeby mnie nie obciążała swoimi łatwymi wyborami. (śmiech)

Slang psychologiczny w pani domu był stale obecny? Rodzic niepsycholog nie użyłby zwrotu o "obciążaniu łatwymi wyborami" w rozmowie z dzieckiem.

- Trochę obecny był, ale raczej na zasadzie autoironicznej gry. Dzieci zresztą szybko ten slang podchwyciły i przerzucały się nim ze mną z wprawą. Ale nie byłam psychoterapeutką swoich dzieci w życiu codziennym.

A męża?

- Mąż twierdzi, że nie rozumie, jak kobieta, która zajmuje się psychoterapią par, może czasem być tak trudną żoną. No cóż, on jest operatorem filmowym, a nie kręci filmów z naszych uroczystości rodzinnych.

Gdzie pani chciałaby być za pięć, dziesięć lat?

- Trochę tutaj, trochę w różnych miejscach na świecie. Jak większość ludzi potrzebuję dużego miasta, ale ono czasem mnie męczy. Chyba ważniejsze od tego "gdzie" jest dla mnie: w jakiej kondycji. Zaczęłam szanować banalne życzenie: "no i zdrowia, zdrowia przede wszystkim". Może chciałabym mieć trochę więcej czasu, żeby częściej podróżować po świecie, oglądać wystawy, spotykać przyjaciół albo napisać coś o moich doświadczeniach zawodowych. Dużych zmian nie planuję, bo wydaje mi się, że i tak miałam wiele szczęścia w życiu, różne rzeczy mi się udały, chciałabym móc teraz z tego spokojnie korzystać.

A jest jakaś rada, którą dałaby pani kobietom na kolejne 25 lat? Żeby łatwiej było im iść przez życie i radzić sobie z trudnymi emocjami?

- Tylko jedną. Warto rozwijać odwagę do walki, gdy trzeba, i gust do przyjemności, gdy można.

Anna Jasińska

 Twój Styl 3/2015

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje