Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pogoda na miłość

Czasem porywa nas na chwilę, czasem zostaje z nami przez całe życie. Wakacyjny romans, czyli miłosne uniesienie z latem w tle.

Ateny. Upał, lotnisko. Ona: dojrzała, ale ciągle młoda. On: doświadczony globtroter. Polka i Australijczyk. Spotkali się dzień wcześniej na promie płynącym z jednej z greckich wysp. Przegadali wiele godzin. Właśnie kończy się ich nieoczekiwane spotkanie. Ona poleci do Polski. On ruszy w dalszą podróż po Europie. 

Reklama

- Na pożegnanie powiedziałam mu, że jestem w takim momencie życia, w którym zastanawiam się: co teraz? A ten przystojny, umięśniony mężczyzna z rozwianymi szpakowatymi włosami popatrzył na mnie zielonymi oczami i powiedział: "Teraz ja". Roześmiałam się i poszłam do samolotu - wspomina swoją wakacyjną miłość dziennikarka i pisarka Paulina Młynarska. Coś wam mówi, że to nie koniec tej historii? Słusznie. 

"Jesteśmy na wczasach...", wystarczy zanucić początek piosenki jej ojca Wojciecha Młynarskiego, żeby wpaść w romantyczny nastrój i zacząć sobie przypominać własne wakacyjne flirty, romanse, miłości. Bohaterowie piosenki: panna Krysia i pan Waldek, nie są fikcją literacką. Para, która już na zawsze pozostała symbolem wczasowych uniesień, jest wzorowana na prawdziwych osobach, które autor piosenki wraz z kompozytorem Januszem Sentem zaobserwowali pewnego lata w restauracji w Karpaczu podczas swojej trasy koncertowej. Emocje tej pary to doświadczenie znane większości z nas. Latem, uwolnieni od codzienności, w atmosferze swobody i niezobowiązującej tymczasowości, dużo chętniej wysyłamy i zauważamy sygnały świadczące o zainteresowaniu. Ta wakacyjna tendencja do emocjonalnych porywów serca jest uzasadniona naukowo.

- Słynny Instytut Kinseya przy Uniwersytecie Indiana w USA potwierdza to konkretnymi danymi. Na wykresach liczba osób, które deklarują zakochanie, pnie się w górę w maju, a następnie w lipcu i sierpniu. To ewolucyjnie uzasadniony atawizm. Wiosną jest to czkawka po zimowym przebudzeniu i związanym z nim początkiem rui (to tylko mimikra, bo ludzie podobnie jak muchy i szympansy miniaturowe, czyli Bonobo, czują pożądanie cały rok), latem - wynik wzajemnej stymulacji - wyjaśnia pisarz i naukowiec Janusz Leon Wiśniewski. 

Dlatego nadejście lata kojarzy się nam z obietnicą romantycznych przeżyć. Bez względu na to, czy spędzamy je na obozach, festiwalach muzycznych, wczasach, czy w urokliwym sanatorium. Nie ma też znaczenia, czy będziemy stosować tradycyjną sztukę flirtu, czy umawiać się na spotkanie za pomocą Tindera. Uwodzimy i dajemy się uwieść. Co nas pociąga w wakacyjnych romansach? 

- To, co w każdej przygodzie: odmiana. Nagle lato i zupełnie obce, tajemnicze, nie całkiem nagie w dzień, kuszące obietnicą całkowitej nagości nocą, ciało. Bez groźby zobowiązań. Bo to przecież wakacje, z których wróci się bezpiecznie do domu. To jak wizyta w emocjonalnym McDonaldzie. Lubimy sprawdzoną domową kuchnię, ale latem fast food staje się przyjemną odmianą... - twierdzi Janusz Leon Wiśniewski. 

Taka okazja się nie powtórzy

Ale nigdy nie wiadomo, jakie będą miały skutki wakacyjne spotkania. Czasem potrafią zmienić nasze życie. Pisarka Krystyna Kofta mówi, że w pewnym sensie ma męża z letniego romansu. Pojechali na wakacje jako przyjaciele rozmawiający o książkach, a wrócili zakochani w sobie po uszy. 

- To był Borowy Młyn. Cudowne lasy. Po miesiącu gadania i namiętności dotarło do mnie, że to jest coś ważniejszego niż przygoda. Że z tej przyjaźni zrodziła się miłość - wspomina. 

Okoliczności zapewne miały wpływ na zmianę statusu ich relacji, niemniej ich związek pozostał trwały do dzisiaj. Spotkanie stałego partnera wcale nie musi być najcenniejszym rezultatem letniej przygody. Zdarzają się znajomości, które wpływają na nasze życie w zupełnie inny sposób. 

Niedługo po pożegnaniu Pauliny Młynarskiej i Australijczyka Simona na ateńskim lotnisku dziennikarka dostała e-maila. Podróżnik napisał, że chciałby odwiedzić ją w Polsce. Przyjechał, rezygnując z kolejnych miesięcy zaplanowanej podróży. Tak zaczął się ich romans. 

- Spotkała się dwójka dorosłych, wolnych ludzi i mogliśmy podążyć za tą historią. Niedługo potem wydałam swoje oszczędności, żeby pojechać do niego, do Australii. Rozważałam, czy powinnam. Myślałam sobie: kiedy jeszcze w życiu będziesz miała okazję pojechać do zabójczo przystojnego australijskiego rangera? - śmieje się Paulina Młynarska. Potem umawiali się w połowie drogi, czyli w Azji. To dzięki niemu stała się podróżniczką, która dzisiaj robi to zawodowo - zabiera grupy na wyprawy po Azji i właśnie wydaje książkę o sztuce podróżowania. Przyznaje, że ten związek zmienił jej życie bardziej, niż się spodziewała. Każde z nich dało drugiemu to, co miało najlepszego. 

- Jestem molem książkowym i nieustannie czytam, dzięki mnie Simon odkrył literaturę. On jest znawcą przyrody, więc oprócz doświadczenia globtrotera podzielił się ze mną wiedzą o naturze. Czy była szansa, żeby ten związek przetrwał? Ja miałam wtedy 40, a on 50 lat. Każde z nas miało swój świat, bliskich, przyjaciół, swoje życie. Ani ja nie byłam w stanie rzucić wszystkiego i pojechać do Australii, ani on nie zamierzał opuścić swojego parku, żeby zamieszkać w Kościelisku. Ale i tak wszystko, co się wydarzyło, było tego warte - przyznaje pisarka. 

Podobnie zupełnie nieoczekiwany letni romans zmienił kiedyś życie Michaliny Wisłockiej. Na wczasach w Lubniewicach poznała marynarza Jerzego, który pełnił tam funkcję kaowca. Nazwie go w swoich wspomnieniach Małpoludem. Dotychczas nieczerpiąca specjalnej przyjemności z seksu pani seksuolog trafiła na wytrawnego kochanka, który nie tylko nauczył ją na nowo miłości, ale także sprawił, że będąc po trzydziestce, przeżyła swój pierwszy orgazm. 

W dzienniku pisała, że czuła się przy nim piękna, pożądana i szczęśliwa. Zakochała się bez pamięci. Dzięki temu związkowi poznała o wiele głębszy wymiar seksu, co zmieniło ją zarówno jako kobietę, jak i propagatorkę wiedzy o relacjach intymnych. W konsekwencji właśnie romans z Małpoludem przyczynił się do tego, że jej słynny poradnik "Sztuka kochania" ma taki charakter, jaki ma, a kolejne pokolenia Polaków uczyły się z niego sztuki miłosnej. Pisała w nim też o wakacyjnych romansach - podkreślała, że nie powinny być powodem zniszczenia czyjegoś życia prywatnego. Tak wakacyjny romans Wisłockiej zmienił życie... (!) nie tylko jej. 

Ten pierwszy raz

- Urok pierwszej miłości polega na naszej niewiedzy, że ona się kiedyś skończy. Tak jak wakacyjna przygoda. Żadna świadomość nie ma szans z emocjami - przekonuje Janusz Leon Wiśniewski. 

Sam przeżył pierwsze wakacyjne zauroczenie, kiedy miał 11 lat. Na koloniach w Gronowie, niedaleko jego rodzinnego Torunia. Obiektem jego westchnień była wychowawczyni, studentka, która wieczorami opowiadała im przeróżne historie. 

- Nie wiem dlaczego, ale siadała przy moim łóżku i głaskała moje włosy, dotykała mojej twarzy. Czasami całowałem jej palce. Też nie wiem dlaczego. Potem przychodziły jej pocztówki wysyłane na mój adres w Toruniu.  Zdyszany wracałem ze szkoły... Tak jak w piosence Niemena - opowiada pisarz. 

Właściwie nic się nie wydarzyło. Pozostały wrażenia, nastrój i emocje. Bywa, że młode dziewczyny zakochują się w mężczyznach sporo starszych od siebie. Krystyna Kofta przeżyła taką wakacyjną fascynację, kiedy była w liceum plastycznym. 

- Wszystko działo się w czasach PRL-u, na obozie plenerowym - mówi pisarka. Jej adorator nosił białe garnitury, był przystojny i bardzo jej się podobał. - Handlował dobrami wtedy niedostępnymi. Kiedy przychodził, zawsze miał papierosy, czekoladę, grejpfruty. Potem, gdy już nie chciałam się z nim spotykać i przed nim uciekałam, moje koleżanki czasem zdradzały mu, gdzie jestem, bo ulegały jego urokowi - uśmiecha się na wspomnienie przygody z młodości. 

Są sytuacje, w których emocje znaczą więcej niż słowa. I wystarczają, żeby się zrozumieć. Kucharz Pascal Brodnicki w czasach młodości spotkał we Francji dziewczynę, która przyjechała na wakacje z rodziną z Niemiec. - Olga miała piękne, długie, kręcone, rude włosy. Była śliczna. Ja nie znałem niemieckiego, ona francuskiego. Porozumiewaliśmy się na migi, ale to nam nie przeszkadzało doskonale się rozumieć. Po jej wyjeździe pisaliśmy do siebie listy, które głównie składały się z rysunków, zdjęć i nazw zespołów - wspomina. 

Historia pierwszej miłości aktorki Ady Fijał pokazuje, jak długo takie uczucie potrafi w nas tkwić jako niespełniony potencjał i obietnica. Henrika, chłopaka ze Szwecji, poznała w Anglii, gdzie jako 15-latka pojechała na kurs językowy. Miłość od pierwszego wejrzenia. 

- Spędziliśmy w Londynie cudowny miesiąc. A potem każde z nas wróciło do domu. Pisaliśmy do siebie przez rok. Czekałam na jego listy. Pamiętam te emocje, kiedy przychodziły... - opowiada. Uczucie minęło, ale nie zapomniałam o nim. - Po 15 latach napisałam do Henrika kartkę. Odpowiedź przyszła e-mailem dokładnie w walentynki. Coś obudziło się na nowo. Zaczęliśmy znowu korespondować. Zastanawialiśmy się nad spotkaniem, ale właśnie wtedy poznałam mojego przyszłego męża Piotra. I zakochałam się na zabój - mówi aktorka, ale przyznaje, że przystojny szwedzki chłopak na zawsze zdefiniował jej typ mężczyzny: musi być blondynem. 

Czego nie widać na plaży?

Czasem jednak pierwsze, nawet fantastyczne wrażenie może być złudne. Przekonała się o tym aktorka Zofia Czerwińska pewnego lata w Sopocie. Były lata 50. Mieszkała wtedy w Gdańsku-Oliwie. Jeździła do Sopotu na plażę przy Łazienkach Północnych. Był to doskonały sposób na poznawanie młodych ludzi, którzy przyjeżdżali tam na wczasy. 17-letnia wtedy Zofia nie narzekała na brak zainteresowania. Tego dnia na kocu obok leżał wybitnie przystojny i pięknie zbudowany młodzieniec. 

- Niestety, w tamtych czasach nie było plażowych slipek. Mężczyźni występowali w okropnych "dynamówach" - długich, rozciągliwych szortach nazywanych tak dlatego, że w podobnych występowała drużyna piłkarska Dynamo Moskwa. Dzisiaj nikt by nawet nie spojrzał na chłopaka w czymś takim - żartuje aktorka. 

Po kilku godzinach flirt się rozwinął - oranżada, lody. Po południu byli już dobrymi znajomymi. - Wtedy w Sopocie, jak się poznało mężczyznę, zwieńczeniem dnia był dansing w Grand Hotelu. Grała tam orkiestra i śpiewał nawet Mieczysław Fogg. Mój nowy znajomy zapytał: "Zosiu, czy poszłabyś ze mną na dansing?". Oczywiście się zgodziłam - opowiada Czerwińska. 

Wieczorem stanęła przed Grand Hotelem dumna i zadowolona. W końcu umówiła się z prześlicznym chłopakiem na randkę. Tymczasem w holu podszedł do niej młody człowiek... w mundurze OHP (Ochotniczy Hufiec Pracy, który został powołany do życia w latach 50., był wtedy tworem militarno-politycznym - red.). 

- Nogi się pode mną ugięły. W tamtym czasie był to największy obciach z możliwych. Weszliśmy na salę. Byłam zielona mimo opalenizny. Pojawienie się z "ohapowcem" w tak snobistycznym miejscu było towarzyskim samobójstwem. W końcu wykręciłam się bólem głowy i wyszliśmy odprowadzani pogardliwymi spojrzeniami. Przez jakiś czas nie pokazywałam się w Sopocie - śmieje się aktorka. I dodaje: - Pamiętam, że kiedyś Barbara Hoff w "Przekroju" napisała, że plażowe znajomości wymagają dodatkowych zabiegów. Najlepiej zza węgła sprawdzić, jak prezentuje się kawaler już ubrany. Miała absolutną rację. 

Zdarza się nam tak przywiązać do pierwszej fascynacji, że nawet nie zauważamy, kiedy to uczucie uleciało. Piosenkarka Kasia Moś przez całe dzieciństwo podkochiwała się w przyjacielu swojego starszego brata. Razem jeździli na obozy i wakacje z rodzicami. 

- Pamiętam, że był miły i pomocny, co nie zawsze zdarza się kolegom starszego brata. A ja zapatrzona w niego. Uważałam, że jest najprzystojniejszy, najmądrzejszy, najodważniejszy - wspomina. Jednak kiedy pewnego lata jej marzenie się spełniło i doszło między nimi do pocałunku, nic nie zaiskrzyło! Okazało się, że uczucie już dawno znikło. - Byliśmy jak brat i siostra, przyjaciele. Zero romantyzmu - mówi Kasia. Te pierwsze porywy serca odciskają na nas piętno. I pozostają z nami przez lata, ukryte w zakamarkach pamięci. Bo to nie tylko wspomnienie o uczuciach, ale także o nas samych. 

Poluzowany gorsecik

Skłonność do letnich przygód miłosnych nie interesuje się metryką. Z podobnym zapałem wkraczamy w nowe wakacyjne znajomości, czy jesteśmy młodzi, czy dojrzali. Może tylko osoby dojrzalsze, dzięki doświadczeniu, mniej się po nich spodziewają. Czasem niesłusznie. 

- Mam nadzieję, że panie, które przeczytają moją nową książkę "Trzymaj się, Mańka", romans bohaterów 50 i 60 plus, znajdą w niej inspirację. Czasem warto poluzować gorsecik. Wystarczy pojechać gdzieś do Europy, żeby się przekonać, jak pewne siebie potrafią być te nie najmłodsze kobiety. Ile jest pięknych, dojrzałych pań wysoko noszących głowy i swoje zmarszczki. Ile można zaobserwować starszych szczęśliwych par trzymających się za ręce. Wszyscy, którzy wątpią, czy jeszcze im się coś od życia należy, powinni to zobaczyć. I traktować jak inspirację - przekonuje pisarka Małgorzata Kalicińska. 

Przynajmniej część bywalców sanatoriów takiej zachęty nie potrzebuje. W miejscowościach uzdrowiskowych można z przyjemnością obserwować, jak pełni życia potrafią być seniorzy. I jak skorzy do rozrywki i przygody. Królują fajfy - zabawy taneczne o godz. 17, dansingi, spacery i spotkania w parkach zdrojowych. Czasem to tylko sposób na spędzenie razem urlopu, czasem coś poważniejszego. 

- Takie wyjazdy stają się dla niektórych odskocznią od poważnych problemów. Pamiętam świetną, oczytaną i kochającą muzykę kosmetyczkę, do której chodziłam. Miała męża alkoholika. Wyjazdy do Ciechocinka "po przygodę" pozwalały jej przetrwać. Wracała odmieniona. Wybierała się z koleżankami na deptak. A tam kawki, lody, tańce. Potem można było iść z kimś do pokoju lub nie. Jak kto woli. A gdy została wdową, wyszła za mężczyznę poznanego właśnie w Ciechocinku - podkreśla Krystyna Kofta. 

Nic tak nie pobudza do życia jak flirt i uwodzenie. W każdym wieku. - Kiedyś, zbierając materiały do scenariusza filmowego o śmierci, pojechałam do domu późnej starości w Górze Kalwarii. Pracujące w nim pielęgniarki opowiadały mi, że trafiają tam osoby, które tylko czekają na śmierć, ale też takie, które są ciągle nastawione na życie towarzyskie. Panie robią sobie manikiur, makijaż, ładnie się ubierają i spacerują z eleganckimi panami po ogrodzie. A emocje takie same jak w liceum: zazdrość, obrażanie się, godzenie, liściki - opowiada Krystyna Kofta. 

A Małgorzata Kalicińska zaznacza: - Myślę, że człowiek powinien zawsze próbować. Pozwolić innym zbliżyć się do siebie. Inaczej Bóg nam powie: nie dałaś mi szansy, kochana. Nic nie wiadomo na temat późniejszych losów bohaterów piosenki Wojciecha Młynarskiego. Czy skończyło się na tęsknych spojrzeniach pana Waldka? A może jednak panna Krysia odpowiedziała na jego nieśmiałe zaloty i przeżyli romans, który skończył się (lub nie) razem z ostatnim turnusem? 

ANITA ZUCHORA
TWÓJ STYL 8/2017

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje