Przejdź na stronę główną Interia.pl

Piotr Paulo: Wariantów było wiele, ale trzeba było podjąć decyzję

Tajlandia to jego drugi dom. Właśnie tam szkoli adeptów nurkowania w jaskiniach. Bardzo dobrze zna okolicę, w której przez ponad dwa tygodnie ratowano uwiezioną pod ziemią piłkarską drużynę. Operacja, w której udział brali jego przyjaciele, niosła ze sobą wiele zagrożeń. O kulisach akcji ratunkowej w jaskini Tham Luang nurek i przewodnik Piotr Paulo mówi krótko: "Nazywamy tę akcję precedensową".

Lidia Ostólska, Styl.pl: Cały czas miał pan kontakt z kolegami, którzy byli na miejscu i walczyli o uwięzionych.

Reklama

Piotr Paulo: - W grupie cywilnej byli moi znajomi: Belg, Rosjanin, Ukrainiec i Fin. Znamy się z nurkowań. To doświadczeni instruktorzy nurkowania jaskiniowego oraz nurkowie komercyjni, którzy wykonują różne prace na głębokościach.

Co było dla nich najtrudniejsze, kiedy przyjechali na miejsce?

- Strategia. Wymyślenie, jak to zrobić, żeby obyło się bez ofiar. Wariantów było wiele, ale trzeba było podjąć decyzję. Nie było to łatwe. Międzynarodowe środowisko, akcja dowodzona przez wojsko, stres, niepewność co zastaną na miejscu.

- Zegar tykał. Z jednej strony chciano czekać. Liczono na to, że woda opadnie. I trochę opadła. Trzeba wziąć pod uwagę, że nurkowanie w jaskiniach różni się od rekreacyjnego. Jest niebezpieczne, bardziej stresogenne, ponieważ w jakiejkolwiek sytuacji awaryjnej nie możemy wypłynąć na powierzchnię.

Do tego dochodzi ciemność...

- Tak. I jeszcze jeden problem, który tam występował. Brak widoczności. Jak nurkujemy w jaskiniach, to pomimo ciemności w niektórych miejscach mamy wspaniałą widoczność nawet do 40 metrów. Tu było inaczej.

Światło latarki było widoczne? Bo o kontakt wzrokowy nie pytam.

- Sytuacja się zmieniała. Na początku akcji ratunkowej, kiedy było świeżo po deszczach, woda wyglądała jak w górskich potokach po powodzi. Mętna kawa z mlekiem. Nie było absolutnie niczego widać. Dodatkowo był niekorzystny nurt, bo woda wypływała z jaskini niczym ze studzienki kanalizacyjnej. Widziałem film kolegów. Mieli trudności z wejściem do jaskini, bo siła wody wyrzucała ich z powrotem. To była pulsująca dziura, którą trudno było pokonać.

Bezradność w walce z żywiołem...

- Wiedzieli, że muszą dotrzeć do chłopców i zobaczyć, czy ich nie zalało, bo tego nikt nie wiedział.

- Z czasem woda opadła i przejrzystość się nieco poprawiła. W niektórych miejscach był już kontakt wzrokowy z ratownikiem. To w zasadniczy sposób zmienia jakość odczuć. Musimy wziąć pod uwagę, że początkowy odcinek miał długość dwóch kilometrów, które trzeba było pokonać pod wodą. To jest 50 minut płynięcia. Niemal godzina stresu dla dziecka.

- Pod wodą, gdzie nic nie widać, czas zaczyna płynąć inaczej. Dlatego cieszono się, kiedy  woda nieco opadła. W pionowym przekroju ta jaskinia wygląda jak rozciągnięta litera U. Gdy woda opadnie o metr, to odcinek do pokonania z dwóch kilometrów skraca się do 500 m. Nawet niewielkie obniżenie się poziomu wody ma znaczenie. Do tego nurt ustępuje i przejrzystość jest lepsza. W slangu nurków mówimy, że warunki poprawiły się zasadniczo.

Czy tajskie jaskinie są specyficzne? Ratownicy mierzyli się ze szczególnymi warunkami?

- Tak. To są jaskinie krasowe w wapiennej skale. Mają specyficzną topografię. Znam bardzo dobrze tę okolicę i wiele podobnych jaskiń, bo nurkuję tam od lat i prowadzę szkolenia w Tajlandii.

Czy informacje dotyczące topografii  jaskini przekładają się na konkretne rozwiązania podczas akcji ratunkowej?

- Oczywiście. Właśnie na ich podstawie szuka się rozwiązań. Tu rozważane były następujące warianty: czekać, aż woda opadnie samoczynnie lub wypompować ją częściowo, a dzieci przeszkolić i przygotować do ewakuacji. Innym pomysłem było szukanie dróg alternatywnych, czyli wywiercenie otworu lub szukanie szczeliny. Specjaliści byli za tym, aby  wiercić dziurę. Takie rzeczy miały już miejsce podczas akcji ratunkowych na świecie. W ten sposób ratowano ludzi w Meksyku, czy zasypanych górników w kopalniach.  Natomiast w Tajlandii było to niemożliwe.

Dlaczego?

- Jaskinie w Tajlandii są bardzo słabo zmapowane. Na mapach internetowych i w aplikacjach jest oznaczone wejście do jaskini. Natomiast sam rozkład korytarzy nie jest rozrysowany tak, jak w Meksyku, czy Polsce. Żeby taki odwiert miał sens, istotne jest trafienie w komorę. Po kilku dniach okazało się, że od miejsca, gdzie są uwięzieni chłopcy do powierzchni  jest 1000 metrów skały. Zrobienie odwiertów na taką głębokość i trafienie w dziurę to wyzwanie.

Ukształtowanie terenu na powierzchni też do łatwych nie należy.

- Tajskie góry nie są zbyt wysokie, ale są strome i porośnięte bardzo gęstą dżunglą. Na wapiennej skale rosną drzewa, które głęboko zapuszczają korzenie. To jest bardzo gesty drzewostan. Dlatego już samo dotarcie tam jest problematyczne, a co dopiero wniesienie sprzętu do odwiertów.

- W moim odczuciu to rozwiązanie było nierealne. Można było liczyć na cud i znaleźć naturalne pęknięcia, które prowadziłyby do uwiezionych, ale tak się nie stało.

Liczył się czas. Przecież chodziło o dzieci. We wspomnianych przez pana katastrofach ratowano dorosłych.

- Dlatego nazywamy tę akcję precedensową. Nigdy w historii nie było takiej akcji ratunkowej jak ta. 

Zobacz także:

Dowiedz się więcej na temat: Tajlandia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje