Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Piotr Machalica: Nikt nie jest doskonały

Jak trafiłeś do izby wytrzeźwień? 

Reklama

- Miałem kumpla, był dowcipny, nosił długie pióra, ja też nosiłem i tak żeśmy się kolegowali. Wynajmowałem wtedy pokój na placu Wilsona i on od czasu do czasu u mnie nocował. Miał dziewczynę, która pracowała w izbie wytrzeźwień, w finansach. To był taki moment, gdy pokłóciłem się z moim poprzednim pracodawcą, artystą fotografem Renardem Leonardem Dudleyem, i nie miałem roboty. W tamtych czasach to powodowało, że nie można było chodzić do szkoły wieczorowej, więc szukałem pracy, aby móc dalej się uczyć. Ona mówi: "Słuchaj, jest stanowisko portiera", ja na to: "Dobra". Siedziałem na portierni, aż któregoś dnia zacząłem pracować jako opiekun zmianowy, co drugą noc. Tam była afera za aferą. Delikwentów woziło się windą. I właśnie w windzie jeden gość urwał drugiemu genitalia. W któregoś sylwestra działy się dantejskie sceny, ale nie wśród pacjentów, tylko personelu. Tak się wszyscy upili, włącznie z lekarzami, którzy przyjmowali delikwentów, że była wielka zadyma, bo niektórzy sanitariusze też byli psycholami. Muszę jednak powiedzieć, że dzielnie to zniosłem. 

Długo tam wytrzymałeś? 

- Rok, bo musiałem dojechać do matury. To doświadczenie z pracy w izbie wytrzeźwień przydało mi się, gdy robiliśmy na drugim roku w szkole teatralnej z Andrzejem Łapickim "Gdy obudzą się rankiem" Wasilija Szukszyna, bo rzecz się dzieje w izbie wytrzeźwień. Pożyczyłem wtedy koszule ze stemplem "Izba wytrzeźwień", a przed samym egzaminem powiedziałem: "Panie profesorze, może dalibyśmy tu na wejściu taki napis: »Stany ciężkie?«". A profesor Andrzej Łapicki na to: "Co ty wiesz o stanach ciężkich?". No trochę wiedziałem... 

Dziwne, że nie zostałeś abstynentem  po takich doświadczeniach. 

- Myślę, że to w ogóle tak nie działa. Gdyby było inaczej, nikt nie spożywałby już alkoholu. Jeśli o mnie chodzi, to powiem tylko tyle: nie tak jak kiedyś, bo zdrowie już nie pozwala. 

Myślałam, że skończyłeś ten rozdział. 

- Abstynentem nie zostałem, ale nie chce mi się o tym gadać. Jeśli cokolwiek miałbym powiedzieć, to to, że każdy z nas jest inny, każdy ma inny charakter, inne słabości, inne skłonności do nałogów, choć nie wszystkich to dotyczy. I myślę tutaj o różnych rzeczach. Nałóg karmi nałóg. Nikt nie jest doskonały. Gdybym miał teraz przywołać w pamięci sytuację, w której naprawdę dałem ciała, to było raz, ale solidnie. Wyszedłem na scenę po prostu nieprzytomny, nie miałem prawa tego zrobić. To było już niemal 10 lat temu, kompletne nieporozumienie... Od tamtej pory koncerty gram na trzeźwo, a było ich w tym czasie kilkaset. 

Może to była depresja? 

- Nie, to jest chyba kwestia wrażliwości po prostu. Przy okazji mogę ci opowiedzieć, jak raz w życiu poszedłem do psychiatry, na Sobieskiego. Byłem dojrzewającym chłopcem i jak wiele osób w tym wieku czułem, że mam jakiś problem ze sobą. Gadka szmatka i nagle on mnie pyta: "A co ty chciałbyś robić w życiu?". Po tym długim wywiadzie, który ze mną zrobił, nie wiem dlaczego, odpowiedziałem: "Chcę być aktorem". A on mi na to: "Nie ma takiej opcji w ogóle, ty nigdy nie będziesz aktorem". To było bardzo dziwne doświadczenie. Nie pomógł mi. I do dzisiaj nie wiem, dlaczego tak uważał. 

Miałeś swoich mistrzów? 

- Wielu. Jednym z nich był mój profesor ze szkoły, Tadeusz Łomnicki - wspaniały, wybitny aktor, który fascynował mnie tym, że w każdej roli używał pewnej formy. Ale to nie była tylko forma, dochodziła do tego prawda, którą miał w sobie. Nie zapomnę, jak w Teatrze Powszechnym żartował przez telefon: "Zaraz wchodzę na scenę, bardzo zazdroszczę, że będą mnie oglądali, bardzo im tego zazdroszczę". Pamiętam taką jego uwagę, to było na pierwszym roku. Robiliśmy fragmenty sztuki "Jacques Noir i Henri Zagoubi, czyli Zagubiony paszport". Powiedział mi wtedy: "To, co robisz, jest w porządku, ale to nie jest tak jak w życiu. Teatr to nie jest rzeczywistość. To jest podwojenie, a nawet potrojenie rzeczywistości". Teraz wiem, o co mu chodziło. Opowiadał też, jak uwielbia sobie usiąść i obserwować ludzi. Nie ma już takich gości, po prostu nie ma. 

Po studiach udało ci się dostać do Teatru Powszechnego? 

- To był fantastyczny czas. Przeżyłem tam 25 lat, wszystkie były wspaniałe. Ale kiedy odszedł dyrektor Zygmunt Hübner, nic nie było już takie samo. Pierwszym dyrektorem po Zygmuncie Hübnerze był Andrzej Wajda. Był zupełnie inny. Swój gabinet odwiedził może trzy razy - gdy tylko przychodził do teatru, wieszał płaszcz w portierni i szedł prosto na scenę. Kiedy reżyserował "Dwoje na huśtawce" Williama Gibsona, w którym graliśmy razem z Krystyną Jandą, nie dostałem od niego żadnej uwagi. Żadnej. Przed próbą generalną przysiadł się do mnie w bufecie i powiedział: "Panie Piotrze, pan jest takim dużym aktorem, pan musi głośniej mówić". To była jedyna uwaga, jaką od niego dostałem. To było cudne. Ale mijały lata, zmieniał się zespół, czasy się zmieniały, nigdy nie wrócił już tamten duch pierwszych lat w Powszechnym. Kiedy więc dostałem propozycję z Częstochowy, żeby zostać dyrektorem artystycznym, powiedziałem: "Ahoj, przygodo!". Trwała 12 lat. 

>>> Jak aktor ułożył sobie życie? Czytaj na kolejnej stronie <<<

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje