Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Piętno czy posag?

Pierwszy mężczyzna w życiu kobiety. Ważny zwłaszcza teraz, gdy ojcowie są bardziej obecni w życiu dzieci. Od relacji z nim, od tego, jaki był, czego uczył, zależą nasze dorosłe związki i nawet to, jak radzimy sobie w pracy czy w roli rodzica. Dorosłe córki mówią: „Wiem, że mnie kochał, ale...”. Był nadopiekuńczy, wymagający, surowy. Jak tata cię ukształtował? Za co jesteś wdzięczna, a o czym chcesz zapomnieć, by iść naprzód?

Wielki nieobecny

Zuzanna, 38 lat, prawniczka z Wrocławia.

Reklama

Mój ojciec. Duch, enigma. Właściwie mało go znam. Niedawno skończył 67 lat. Zaproponował, że zajmie się moimi dziećmi. Mówił: "Mam mnóstwo czasu, a ty przecież pracujesz". Nie rozumiałam.

Nie pamiętam ojca, który bawiłby się ze mną, odpowiadał na moje dziecięce pytania.  "Idź z tym do matki", słyszałam za każdym razem. Jazdy na rowerze nauczył mnie sąsiad. Pływania wujek. Tata był zajęty. Profesor na uczelni, wiele godzin spędzał w bibliotekach, a wolne chwile poświęcał doktorantom, nie córce. 

Nie krzyczał, nie krytykował, ale i nie przytulał. W weekendy siedział w swoim pokoju przy biurku zawalonym książkami. Mama zanosiła mu obiad, rzadko jadł z nami. Mieliśmy jeden wspólny rytuał: raz w tygodniu przed snem czytał mi bajki Tajemniczy ogród i Opowieści z Narnii. To było jak audiencja u podziwianego władcy, słuchałam go oczarowana.

Miałam chyba 10 lat, gdy usłyszałam rozmowę mamy z babcią: "Janusz wdał się w romans". Przez następne dni matka płakała. Przeżywałam to, panikowałam: zostaniemy same, bez niego! A przecież go kochałam. Wybiegłam w piżamie na mróz i położyłam się na śniegu. Myślałam, że gdy zachoruję, ojciec nie odejdzie. W nocy wiózł mnie do szpitala. Zapalenie płuc. Leżałam dwa tygodnie na pediatrii z gorączką, przy łóżku siedziała przerażona mama, a ja wyobrażałam sobie, że w drzwiach staje tata, ma czerwone od płaczu oczy i obiecuje, że nas nie zostawi. Nie przyjechał. Kupił mi za to narty, o których marzyłam.

Tata nigdy się z domu nie wyprowadził, ale co jakiś czas wyjeżdżał na "sympozja". Wiem, choć pojęcia nie mam skąd, że zawsze towarzyszyła  mu ta sama kobieta. 

Wracał z prezentami: Barbie, magnetofon, pierwszy w klasie komputer. Czekałam na te prezenty, ale nie na niego. W dzień, w który zamierzałam przedstawić rodzicom chłopaka, miałam 16 lat, on wyszedł, twierdząc, że ma ważne sprawy na uczelni. Udawałam, że nie robi to na mnie wrażenia. Nie czułam się samotna, z mamą trzymałyśmy się razem, blisko. Wieczorami rozmawiałyśmy o wszystkim. Ojciec chyba był zazdrosny, bo wchodził do kuchni pod byle pretekstem, robił sobie kawę, odgrzewał kolację, zmywał, podejrzanie długo wycierał blat. Nie włączał się do naszych dyskusji, ale słuchał.

Konwersacje z tatą? Przypominały nieudolne próby porozumienia się ludzi, którzy posługują się odmiennymi językami. "Co u ciebie? - Dobrze. - Jesteś zdrowa? - Tak. - Jakie studia wybierzesz? - Prawo. - Aha, słusznie". 

Gdy z akademika dzwoniłam do domu i odbierał on, rzucałam automatycznie: "Cześć. Zawołaj mamę". Czy czułam, że mnie kocha? Były takie momenty. Odprowadzał mnie na peron, żebym nie musiała dźwigać plecaka. Kiedy dziadkowie zmarli, zostawili dom. Mama chciała go sprzedać, żeby mieć pieniądze na remont mieszkania, a za resztę kupić mi kawalerkę. Ojciec powiedział, że dom będzie mój w całości. "Nie ma dyskusji",  zakończył swoją tyradę. To były plusy. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje