Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pięćset sukienek i czerwony pająk Katarzyny Bondy

W mieszkaniu Katarzyny Bondy sukienki mają osobny pokój. "Każdy, kto do mnie przychodzi, sądzi pewnie, że jestem kompletną dewiantką. Chyba tak jest, bo sukienek mam pięćset! To jest ewidentne uzależnienie" - mówi pisarka.

Przeczytaj fragment książki "Pod podszewką":

Sukienki lubiła zawsze. Każda kobieta w sukience wygląda dobrze i po prostu kobieco. Nawet luźniejsza uwydatnia talię, dekolt albo nogi. Dobrze dobrany krój sukienki narzuca określoną strukturę ciała. Wszystkie służbowe sukienki Katarzyny Bondy mają jeden fason. Różnią się jedynie detalami, wykończeniem i materiałem. Są szyte z różnych dziwnych tkanin - jest sukienka w puzzle i w krówki, jest też wieczorowa w wiosenne kwiatki. Kiedy zimą pisarka założyła sukienkę wieczorową w bratki, na Pudelku pojawiły się komentarze, że nie zna się na modzie. Bonda komentuje otwarcie: nie obchodzi jej, że jest zima - lubi łamać zasady i tyle!

Reklama

Niektóre sukienki założyłam raz. Niektórych jeszcze nigdy nie założyłam, bo niedawno odebrałam dwanaście nowych (szyję hurtowo dla oszczędności czasu). Wszystkie są w bardzo dobrym stanie, bo prawie w ogóle ich nie używam. Większość życia spędzam w piżamie. Pisząc. Jednak jako typowy obsesyjny dewiant nie pożyczam rzeczy. Muszę mieć własne. Albo jest moje, albo nie muszę tego mieć wcale.

Wszystkie jej sukienki są długie i mocno zabudowane. Na podszewce. Sztywne i twarde. Z klosza albo z półklosza. Nie mogą nic odsłaniać, bo sukienka jest rodzajem pancerza. Dlatego kiedy zaproponowałyśmy zaprojektowanie sukienki w naszej kolekcji literackiej, nie wiedziałyśmy, czy pisarka zaakceptuje zmiany. Ale była bardzo otwarta na nowy krój! Jak sama przyznała - chyba pierwszy raz w życiu. W atelier Justyny Ołtarzewskiej powstała więc długa, czerwona suknia z pajęczyną na plecach i pęknięciem, z którego wyłania się czerwony pająk. "To jedna z najpiękniejszych czerwonych sukni, jakie stworzyłam - mówi Ołtarzewska. - Najbardziej ekstrawagancka i zgodna z charakterem autorki. Jak Bonda założyła tę suknię, wyglądała idealnie".

To jest kostium z niespodzianką

Ta sukienka jest oszałamiająca. Kiedy szłam w niej pasażem na targach książki, ludzie mnie zaczepiali albo szli za mną, żeby oglądać pająka na plecach. Czytelnicy robili sobie ze mną zdjęcia, ale przede wszystkim chodziło o sukienkę. Na początku bałam się, czy nie będę za bardzo przebrana, bo spotkanie odbywało się w ciągu dnia, ale jak premiera to premiera! Nie pokazywałam nogi, choć rozporek sięga aż po udo, ale pająki na podszewce naturalnie się odsłaniały, to był taki dodatkowy smaczek. Lubię też ten ciepły karminowy kolor. Nie bije po oczach, tylko jest taki miło czerwony.

To, że kreacja ma gołe plecy, w ogóle mi nie przeszkadzało, bo dzięki tej pajęczynie niby są gołe, ale ubrane. To jest kostium z niespodzianką: kiedy stoisz przodem, wyglądasz grzecznie, elegancko, klasycznie, ale gdy się odwrócisz, efekt wow jest zapewniony! Tylko na tę pajęczynę poszło strasznie dużo materiału. Gdybym o tym wcześniej wiedziała, zbuntowałabym się przeciwko takiemu marnotrawstwu. Moja gospodarność by na to nie pozwoliła.

Następnego dnia po premierze pojechałem w sukni do Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku. Trójmiejscy czytelnicy mnie o to poprosili. "Jak to! Przecież na jutro mam inną kreację!" - broniłam się, a oni uparcie: "Nie, musi pani koniecznie przyjechać w sukience pająku!". Był taki moment, że chodziłam w niej właściwie codziennie.

Katarzyna Bonda lubi personalizować swoje rzeczy: książki, stroje, bibeloty. Piosenki kojarzą się jej z konkretnymi przeżyciami, uosabiają określone relacje z ludźmi. Uważa, że miejsca mają swój nerw. Nawet jej samochód ma swoje imię. Czerwona sukienka z pająkiem jest symbolem ostatniego tomu serii o Saszy i zawsze już będzie sukienką Czerwonego pająka.

Bonda bardzo lubi też rzeczy, które w ciągu kilku minut przeistaczają ją w inną osobę. Nasza sukienka właśnie taka jest: "Chodzisz w piżamie po domu, zakładasz taką sukienkę i natychmiast się prostujesz". Nie pierwszy raz w naszych rozmowach okazuje się, że strój nocny jest też strojem roboczym. Bonda przyznaje, że to jej kolejny odzieżowy fetysz.

Mam w szafie piżamy w pingwiny, w mikołaje i w motylki. Jak piszę, to siedzę, krzywię się, mam garb. Siadam rano do pracy, idę spać, wstaję, idę spać. Czasami po dwóch dniach zamiast się kąpać, zmieniam piżamę, bo szkoda mi czasu na toalety, jak fabuła żre. Skupiam się na robocie, obsługuję rodzinę, dziecko, a potem muszę szybko wyjść, więc zakładam sukienkę i obcas, prostuję się i gotowe.

Były takie sytuacje, że szliśmy do teatru, a ja do ostatniej chwili poprawiałam tekst i byłam pewna, że nie zdążę. Mój facet chodził w tę i z powrotem, widząc, że sytuacja jest tragiczna. Po czym kończyłam pracę i w ciągu pięciu minut następowało przeistoczenie. To jest możliwe tylko z sukienką! Biorę sukienkę z wieszaka, zakładam pończochy, szpilki i jestem gotowa do wyjścia. To mi zajmuje góra pięć minut. Ekonomiczne racjonowanie energii.

Wszystkie buty Bondy są takie same.

Mają identyczny fason, czyli są klasycznymi czółenkami. Kupuję jeden model i dobieram tylko kolor do sukienki. Niektórych mam po trzy pary, bo mi się podobają i boję się, że zostaną wycofane z produkcji. Czerwonych to może nawet cztery pary. To nie są drogie buty, zwykłe Ryłko. Odpowiadają mi - mają obcas na osiem centymetrów. Nie mogę nosić wyższych, bo mam defekt kręgosłupa, po porodzie ortopeda zakazał mi chodzić "na szczudłach". Oczywiście do sesji fotograficznej czy do siedzenia w studiu telewizyjnym mogę założyć dłuższe, ale jeśli mam w nich stanąć, to się koślawię, odczuwam dyskomfort. A w ośmiocentymetrowych mogę nawet biegać. (...)

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje