Reklama

Reklama

Patrycja Markowska: Teraz się buntuję

- To Krystyna, mama Patrycji, jest w tym domu ostoją spokoju i studzi wybuchy emocji - mówi Anna Cieplicka, menedżerka piosenkarki. I dodaje, że Grzegorz Markowski to obok syna Filipa najważniejszy mężczyzna w życiu wokalistki. - Jeśli ma jakiś problem, dzwoni właśnie do niego. Codziennie mają z sobą kontakt. Oni są ulepieni z tej samej gliny. Oboje otwarci na ludzi i ufni, we wszystkich widzą same dobre cechy. I czasem przez to cierpią, przeżywają różne rozczarowania - opowiada. Po czym dodaje ze śmiechem: - Nawet ruchy na scenie mają podobne.

Reklama

Przez dom w Józefowie przewijało się mnóstwo artystów i muzyków. Kilkudniowe imprezy nie należały do rzadkości. - Kochałam tę atmosferę, choć czasem tęskniłam za "normalnym" domem, poukładanymi rodzicami i poczuciem bezpieczeństwa. Taką małą stabilizacją. Bo chyba każde dziecko, jak wraca ze szkoły do domu, chciałoby zobaczyć mamę w kraciastej spódnicy lepiącą pierogi i ojca koszącego trawnik. A ja tego nie miałam. Było sporo bolesnych momentów. Przeżywałam każdy wyjazd mamy i taty, kazałam im potem obiecywać, że nie uciekną w nocy, gdy będę spała. Ale było też wiele pięknych chwil, które wszystko wynagradzały - opowiada wokalistka.

Mimo szalonego trybu życia rodziców ona zawsze twardo stąpała po ziemi. Kiedy jej rówieśnice bawiły się w najlepsze na podwórku, Markowska biegała na chór i lekcje śpiewu, udzielała się w miejscowym domu kultury, zakładała własny zespół. - Patrycja zawsze była poukładana i perfekcyjnie zorganizowana, wszystko musiało być według planu. Gdy wsiadałyśmy w Józefowie w pociąg i jechałyśmy do szkoły, wyciągała notes, w którym miała zapisane, co ma zrobić i o której godzinie - wspomina Alicja Maliszewska.

- Choć była typową nastolatką, lubiła się bawić i nie stroniła od imprez, to nigdy nie sprawiała rodzicom większych problemów. - Jako młoda dziewczyna nie miałam przeciw czemu się buntować. W moim domu nie było tematów tabu, zwierzałam się rodzicom ze wszystkiego, nie bałam im się nawet powiedzieć, że zapaliłam trawkę. Ja ten okres buntu przechodzę dopiero teraz. Jako osobę dorosłą wkurza mnie znacznie więcej rzeczy. Banki, kredyty, plotkarskie portale, wieczny pęd świata, to, że musi lać się krew, a ludzie wolą wrzucać na Facebooka swoje "słitfocie", zamiast się spotkać przy piwie i porozmawiać. Ja się w tym wszystkim nie odnajduję. Mam w sobie złość i niezgodę na otaczającą rzeczywistość - twierdzi Markowska.

Apetyt na życie

Miała szaloną rodzinę, w iście hipisowskim stylu, więc własną, z Jackiem Kopczyńskim, stworzyła na zasadzie przeciwieństwa.

- Patrycja to wulkan energii, ale gdy wraca do swojego mieszkania, wkłada kapcie, dresik i się wycisza. Nie prowadzi rockandrollowego domu, nie sprasza tam tłumu gości, nie urządza imprez. To jej oaza spokoju - relacjonuje Anna Cieplicka.

Ale związkowi piosenkarki ze starszym o osiem lat aktorem na początku nie dawano szans. Sama Patrycja też była sceptyczna. Gdy poznała Jacka, on miał rodzinę. Przyznaje, że to była miłość od pierwszego wejrzenia i uczucie uderzyło w nią jak piorun, jednak walczyła z nim. Nie potrafiła zaakceptować faktu, że Jacek ma żonę, choć już od dawna z nią nie mieszkał. Nie dała mu nawet swojego numeru telefonu. Minęło sporo czasu, zanim zdecydowała się na ten związek.

- Jacek jest bardzo opiekuńczy, Patrycja znalazła w nim oparcie, bo wcześniej wiązała się z lekkoduchami. No i jest zaradny, nauczył ją wielu praktycznych rzeczy. Ona wcześniej nie umiała gotować, nie wiedziała nawet, jak włączyć pralkę, a teraz jest fantastyczną gospodynią - mówi Maliszewska.

- Nasz związek nie jest łatwy czy usłany różami. Bo w dzisiejszych czasach w ogóle jest kryzys bycia razem. Ale my o siebie walczymy. I jak na razie udaje się nam przetrwać - dodaje piosenkarka.

To Kopczyński obudził w Patrycji instynkt macierzyński. Wzruszały ją małe dzieci, które widziała na ulicy, i to był dla niej sygnał, że pora założyć rodzinę. - Wcześniej to nie wchodziło w grę, bo zawsze spotykałam się z kompletnymi "freakami", takimi niebieskimi ptakami. Bywałam zakochana po uszy, chciałam się nawet ciąć z miłości, ale dziecko? Bałabym się podjąć taką decyzję z którymkolwiek z moich poprzednich partnerów. Dopiero Jacek dał mi poczucie stabilizacji i zapewnił spokój ducha. Wiedziałam, że nie pójdzie się upić, naćpać ani poderwać panienki na koncercie - opowiada wokalistka.

Chociaż przyznaje, że gdy zobaczyła dwie kreski na teście ciążowym, radość walczyła w niej ze strachem. - Na początku bałam się macierzyństwa jak cholera, bo to niesamowita odpowiedzialność. Myślałam, że sobie nie poradzę. Ale przychodzi moment, kiedy musisz sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcesz żyć asekuracyjnie, czy zaryzykować i dać sobie szansę na coś pięknego. Mnie syn pomógł dojrzeć, stać się kobietą - wyznaje.

Nie zawsze miała poczucie, że jest dobrą matką. Czasem dręczyły ją wyrzuty sumienia, gdy wychodziła do studia i zostawiała syna w domu - tak jak jej rodzice ją, kiedy była mała.

- Wiem, że Filipowi może brakować stabilizacji. Często wracam do domu wykończona i nie mam cierpliwości do syna, potrafię na niego huknąć, a potem mam o to do siebie pretensje. Wyrzucam sobie, że jestem matką, która ma dla swojego dziecka zbyt mało czasu, że często, nawet kiedy jestem w domu, moje myśli krążą gdzie indziej. Ale taka jest cena tego zawodu - mówi. - Na pierwszy koncert pojechałam już pięć miesięcy po porodzie. Było kilka trudnych momentów, kiedyś synek biegł za busem i płakał, gdy wyjeżdżałam w trasę. Ale zawsze tłumaczę mu, że mama wróci, i staram się swoją nieobecność wynagradzać. Moją życiową misją jest wychować syna na fajnego faceta. Dzisiaj napisał swoje pierwsze w życiu zdanie: "Filip focha mamę" i zostawił w liście. Miało być "kocha", ale się pomylił. Dla takich chwil warto żyć - podkreśla.

- Nie znam drugiej matki tak skupionej na swoim dziecku. Kiedy Filip jest w pobliżu, ciężko z nią porozmawiać - stwierdza Maliszewska. I dodaje, że Patrycja razem z Jackiem starają się zarazić syna miłością do książek. - Mamy to szczęście, że Jacek świetnie czyta. I to nie tylko Fredrę w Ogrodzie Saskim podczas Światowego Dnia Czytania, ale też w domu, pod kołdrą, naszemu synkowi (śmiech). Dzięki temu Filip stał się takim małym poetą. Gdy zakochał się w Vanessie, która chodzi z nim do przedszkola, rozbroił mnie tekstem: "Mamo, wiesz dlaczego na świecie jest noc? Bo Vanessa rozpuszcza swoje piękne włosy" (śmiech). Teraz jego sercem zawładnęła Lenka i ostatnio zastanawiał się, jak wytłumaczy swoim dzieciom, że poznał ich matkę już w przedszkolu - opowiada Patrycja.

Mówi, że macierzyństwo wyhamowało niebezpieczny pociąg, którym jechała. Bo bycie muzykiem to wyniszczający emocjonalnie zawód, czasem trzeba odreagować, nie brakuje używek i szalonych pomysłów.

- Nie mam łatwego charakteru. Bywam emocjonalna, często miewam huśtawki nastroju, jestem niczym otwarta rana. Na wiele rzeczy nie potrafię spojrzeć z dystansem. A rodzina sprowadza mnie na ziemię - podkreśla. I twierdzi, że choć ma coraz więcej na głowie, to dopiero od niedawna czuje, że niczego jej nie brakuje.

- Po trzydziestce moje życie nabrało szalonego tempa. Jestem wiecznie zakręcona i nawet przed naszym spotkaniem najpierw potknęłam się o framugę drzwi, a potem wisiorkiem zaplątałam w stolik (śmiech). Ale w tym szaleństwie jest metoda. Mam coraz większy apetyt na życie - mówi Patrycja.

To już nie ta sama dziewczyna co 13 lat temu, która potrafiła wyjść na scenę w zbyt mocnym makijażu i podartej, przezroczystej sukience, spod której wyraźnie było widać bieliznę. Przestała śpiewać banalne piosenki dla nastolatek i zdobyła nową, bardziej wymagającą publiczność. Markowska wreszcie znalazła pomysł na siebie i udało jej się pozbyć etykietki mniej zdolnej córki utalentowanego ojca. 

Iga Nyc

PANI 2/2014

Zobacz teledyski Patrycji Markowskiej w serwisie Muzyka!

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Markowska Patrycja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje