Reklama

Reklama

Patrycja Markowska: Mój spacer po linie

Kryzysowe momenty to także plotki o twoim romansie z Leszkiem Możdżerem.

Reklama

- To była nieprawda. Ale ludzie i tak wiedzą swoje, nie da się z tym walczyć. I nie da się do końca uodpornić na to, co piszą w internecie. Wiesz, kiedy przeżyłam najgorsze? Gdy tata i ja pokazaliśmy się w koszulkach z napisem Konstytucja. Wylała się fala pomyj: "Palimy wszystkie płyty Perfectu", "Jesteście śmieciami". Były i wymierne konsekwencje. Nie wystąpiłam w sylwestra w Zakopanem - okazało się, że nie pasuję do programu, choć miałam już podpisaną umowę.

Jak sobie radzisz w takich momentach?

- Dobre wino, telefon do rodziców. Czasem wyję w poduszkę. Ale nie chcę narzekać, bo odruchów ciepła i miłości dostaję więcej. Mam oddany fanklub, ludzi, którzy za mną jeżdżą. Gramy trasę Zakopane-Sopot i oni są. Niedawno przyszła dziewczyna: "Patrycja, miałam 14 lat, kiedy zaczęłam chodzić na twoje koncerty, dziś mam 24". To daje poczucie sensu.

Także zobowiązuje? 

- Bywa trudno. Przyjeżdżam do hotelu po sześciu godzinach podróży, jestem głodna, nieumalowana. I słyszę: czy można zdjęcie? Spinam się, chociaż na twarzy mam odciśnięty ślad po poduszce, na której drzemałam w busie. Ostatnio wracając z tatą z koncertu, zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Nie spaliśmy całą noc, on był przeziębiony. Podeszli ludzie: "O, Markowski! Dawaj, robimy zdjęcie!". Nikt nie zapytał, czy tata chce, czy pozwala. Szukam metody, jak reagować w takich sytuacjach. Jeśli zachowam się chłodno, mam wyrzuty sumienia. Powoli uczę się mówić: przepraszam, nie teraz. Tak samo w pracy. Myślę: mam dziecko, dom, nie mogę dać się zajechać. A ekipa czeka, chce grać jak najwięcej. Nigdy nie odwołałam koncertu, i to był błąd. Jechałam chora, w złej kondycji. Myślałam: nie mogę zawieść. Brałam steryd i wychodziłam na scenę. A lepiej powiedzieć: sorry, ja też mam prawo być chora.

Przekonałaś się, że nie ma nic złego w zdrowym egoizmie?

- Dojrzewam do niego. Sama wybieram, co chcę robić. Jestem dla siebie lepsza. Przeprowadziłam się z centrum miasta na obrzeża. Rano wychodzę z kawą do ogródka, patrzę na drzewa. To przywilej wieku, zmarszczki bolą mniej. Dopiero niedawno zaakceptowałam swoje ciało. W liceum byłam korpulentną dziewczynką z trwałą ondulacją. Chodziłam w beznadziejnych ciuchach z miejscowego sklepu. W domu nigdy nie było etosu metek. W Aninie, gdzie chodziłam do szkoły, miałam kompleksy, bo dziewczyny były świetnie ubrane. Czułam się brzydsza. Kobiecość, przyjemność z tego, że dobrze wyglądam, odkryłam, gdy zaczęłam zarabiać i mogłam kupować fajne ciuchy, gdy odnalazłam swój styl. Nie wiem, czybym się tak cieszyła, gdybym to wszystko miała od trzynastego roku życia.

Wrażliwość to także uważność, radość z drobnych rzeczy. Czujesz ją?

- Wiesz, kiedy na koncercie osiąga się gigantyczny poziom adrenaliny, wylądowanie w normalności jest trudne. Nie jesteś w stanie zachwycić się faktem, że biedronka idzie po firance. Mnie na ziemię sprowadza rodzina. Muszę wyjść po papier toaletowy, załatwić wizytę u lekarza, pomóc Filipowi przy lekcjach. A gdybym nie miała rodziny, to co? Alkohol, imprezy, może dragi? Dlatego się cieszę, że nie jestem sama. Na pewno ważna jest także moja wiara. Czuję obecność Boga wszędzie, w promieniach słońca, w muzyce, w dobrym filmie. Współczuję ludziom, którzy myślą, że po tym życiu nic nie ma, idziemy do piachu i koniec. Ale przyjemności tego świata też doceniam! Przyjemne jest obcowanie z psem, którego wzięliśmy ze schroniska. Chodzi za mną, kładzie pysk na stopach. Ważne jest pielęgnowanie przyjaźni. Teraz mam przyjaciółkę, na którą czekałam całe życie. Karina jest kompanem do tańca i do różańca. Dowcipna, pomocna, z pogodą ducha i zdrowym spojrzeniem na świat. Takich cech teraz szukam. Dystansu i mądrości. Nie chcę już tracić czasu na ludzi, z którymi źle się czuję.

Jaką kobietą chciałabyś być za 10 lat?

- Spokojniejszą. Kiedyś się wyciszę. Widziałaś serial Grace i Frankie? Grają tam Jane Fonda i Lily Tomlin. Dojrzałe babki, które rozstają się z mężami i zamieszkują razem w domku na plaży. Jedna jest totalną hipiską, druga elegancką panią. Obydwie kochasz od razu. Może to ja i Karina za ileś tam lat? (śmiech)

Ale bez mężów? Co prawda, plotkowano o kryzysie w twoim związku z Jackiem... To prowokacja oczywiście.

- A ja odpowiem serio: uważam, że o relacje w kryzysie trzeba walczyć do końca. Kiedyś usłyszałam mądre słowa: czego nie przepracujesz w tym związku, to ci przejdzie na następny. Wierzę w to. W naszym związku mamy wiele trudności, to prawda. Ale mamy też spoiwo, które bierze się z wrażliwości. Czułość, potrzebę dotyku, fizycznej bliskości. Uschłabym, gdybym miała tkwić w relacji obok, a nie z partnerem, spać osobno. Nie żyję na różowej chmurce, wiem, że bywa ciężko. Ale jestem optymistką.

Rozmawiała: Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój STYL 3/2020

***Zobacz także***

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje