Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ostatnie księżniczki

Ich życie i śmierć obrosły w legendy, które poruszają wyobraźnię do dziś. Helen Rappaport postanowiła opisać Olgę, Tatianę, Marię i Anastazję takimi, jakimi były naprawdę.

Izabela Grelowska, Styl.pl: Cztery dziewczyny urodziły się jedna po drugiej. W którym momencie car i caryca zaczęli postrzegać to jako kryzys dynastyczny?

Reklama

Helen F. Rappaport: - Bardzo szybko. Na pewno już po drugiej córce zaczęli się poważnie martwić. Właściwie jedynym celem Aleksandry było urodzenie syna, następcy tronu. Zanim to się jednak stało, urodziła cztery córki i ludzie zaczęli mówić o niej naprawdę okrutne rzeczy. Sugerowali, że car powinien się z nią rozwieść, znaleźć sobie nową żonę, ponieważ nie rozumieli, od czego zależy płeć dziecka i obwiniali ją.

- Caryca starała się. Cierpiała fizycznie rodząc jedno dziecko po drugim, przeżywając poronienie, a nawet ciążę urojoną. Była wyczerpana porodami i odbiło się to na jej zdrowiu.

 Ciąża urojona była spowodowana presją pod jaką znalazła się Aleksandra?

- Tak. Była carycą ogromnego imperium i po prostu musiała urodzić syna. W tym czasie jej siostra rodziła jednego syna po drugim, a ona nie była w stanie wydać na świat nawet jednego. Do tego dochodziła nieustanna obawa, że jeśli będzie miała syna przekaże mu wadę genetyczną.

- To była trudna sytuacja. Cały kraj czekał na carewicza. Im bardziej to oczekiwanie się przedłużało, tym więcej ludzi uważało, że Aleksandra sprowadziła klątwę na dynastię Romanowych, że przyniosła Rosji nieszczęście. To było związane z głęboko zakorzenionymi przesądami. Aleksandra nigdy nie została zaakceptowana. Pochodziła z małego księstwa Hesji i Renu, co nie pasowało do wielkiego imperium. Była postrzegana jak zły znak.

Taka sytuacja była z pewnością trudna dla dziewczynek.

- Kiedy carewicz w końcu się urodził, córki zostały całkowicie zepchnięte na dalszy plan. Były po prostu ładnymi dziewczynkami w białych sukienkach i dużych kapeluszach. Czarujące, słodkie, niekontrowersyjne. Może przesadą byłoby powiedzieć, że caryca porzuciła córki, ale centrum jej wszechświata stał się Aleksy. Życie całej rodziny zaczęło się kręcić wokół drogocennego carewicza.

 Czy to wpłynęło na osobowości dziewcząt?

- Bez względu na wszystko potrafiły one zaakceptować tę sytuację. Zdawały sobie sprawę, jaką pozycję zajmuje ich brat, a jaką one i nigdy tego nie kwestionowały. Pomagały opiekować się bratem i opiekowały się matką, kiedy ta była chora czyli niemal cały czas.

- Większość dzieciństwa spędziły jako opiekunki czy nawet pielęgniarki zajmujące się matką i bratem.

Z drugiej strony Romanowowie byli naprawdę rodzinni...

- Jeśli spojrzeć na konwencjonalne rodziny królewskie czy arystokratyczne w tamtych czasach zauważymy, że rodzice nie poświęcali dzieciom zbyt wiele czasu. Dziećmi zajmowali się guwernerzy i opiekunki, czasami były ładnie ubierane i sprowadzane na kolację. Romanowowie natomiast prowadzili prawdziwe życie rodzinne.

- Dzieci były wychowywane przez oboje rodziców, którzy naprawdę to lubili. Mikołaj był bardzo kochającym ojcem, który spędzał mnóstwo czasu z dziećmi, mimo że był przecież carem, miał ogrom obowiązków. Jednak kiedy tylko miał chwilę czasu, spędzał go z dziećmi, bawił się z mini, czytał im, zabierał na spacery. Był lepszym wzorem ojca niż większość mężczyzn w tamtych czasach. To była bardzo nowoczesna postawa.

Byli udaną rodziną, ale popełnili ogromną liczbę błędów jeżeli chodzi o kształtowanie wizerunku publicznego.

 - Tak. Wiele z tych błędów było związanych ze stanem zdrowia carewicza. Kiedy się urodził i kiedy okazało się, że ma hemofilię, rodzice natychmiast zdecydowali, że będą to utrzymywać w sekrecie. O chorobie nie informowano nawet najbliższej rodziny. Zarówno chronienie dziecka jak i utrzymywanie w sekrecie jego stanu było priorytetem. Dlatego w znacznym stopniu wycofali się z życia publicznego, stali się skryci, zamknięci i to nie było dobrze widziane.

Zaniedbali wprowadzenie dziewcząt do towarzystwa. To też wywołało plotki.

- Siostry Romanow bardzo na tym ucierpiały. Praktycznie nie miały żadnego kontaktu z rówieśnikami i bardzo im tego brakowało. Kiedy tylko miały okazję, wypytywały o to, jak wygląda życie na zewnątrz, jak ludzie się ubierają, jak wygląda ich życie towarzyskie. Czuły się niemal jak więźniowie.

- Aleksandra, zwlekała z wprowadzeniem córek do towarzystwa, bo nie lubiła rosyjskiej arystokracji. Uważała ją za dekadencką i zepsutą. Nie chciała, aby jej córki ulegały wpływom petersburskiego towarzystwa. Była bardzo kontrolującą osobowością i przy wielu okazjach zakazywała im uczestniczenia w balach czy przyjęciach. To było błędem.

 Z drugiej strony arystokracja też krytykowała wychowanie dziewcząt np. ich kontakty z oficerami.

- Oficerowie z carskiej eskorty byli praktycznie jedynymi ludźmi, z jakimi dziewczęta miały kontakt.  Wiele osób rzeczywiście uważało, że nie jest to odpowiednie towarzystwo.

- Kiedy dziewczyny dorosły, zaczęły się oczywiście zakochiwać w tych oficerach, a byli to mężczyźni, których nigdy nie mogłyby poślubić, bo nie pochodzili z odpowiedniej warstwy społecznej. To również było przykre.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że kiedy w czasie wojny siostry pracowały jako pielęgniarki to również nie wpłynęło pozytywnie na ich wizerunek.

-  Ich fotografie w strojach pielęgniarek były publikowane na Zachodzie i zbudziły podziw, nazywano je aniołami.

- Ale Rosjanie nie chcieli widzieć carskich córek ubranych tak pospolicie jak zwykłe pielęgniarki. Chcieli je widzieć w kreacjach odpowiadających imperialnej potędze. Tymczasem Aleksandra uważała, że ponieważ panuje wojna, powinni ubierać się jak inni ludzie, bez ostentacji. Rosjanom się to nie spodobało.

Spotkałam się z opinią, że Mikołaj II był idealnym materiałem na monarchę konstytucyjnego.

 - Wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, gdyby Mikołaj był skłonny zaakceptować zasadnicze polityczne zmiany i demokratyczny rząd konstytucyjny. Ale on był bardzo uparty, miał klapki na oczach. Był bardzo tradycyjnym autokratą, chciał kontynuować linię ojca i odmówił wprowadzenia jakichkolwiek zmian. Duży wpływ miała na niego również caryca, która była bardzo przeciwna jakimkolwiek zmianom. Chciała zachować system autokratyczny dla syna, aby mógł zostać kolejnym carem.

 Jedną z najsłynniejszych postaci tego czasu był Rasputin. Czy dzisiaj jesteśmy w ogóle w stanie oddzielić plotki na jego temat od faktów?

- Krąży o nim mnóstwo groteskowych i przerysowanych historii, które powodują, że tracimy możliwość zobaczenia, jakim naprawdę był człowiekiem. A myślę, że był postacią interesującą, złożoną i myślę, że rzeczywiście miał dar uzdrawiania.

- Potrafił też zyskać zaufanie rodziny. Dzieci go uwielbiały. Car i caryca traktowali go jak przyjaciela, a byli bardzo nieufni i oddaleni od społeczeństwa. Ciągle obawiali się zamachu. Myślę, że ta postać powinna być  ponownie poddana ocenie.

 Myśli pani, że jego wpływ jest przeceniany?

- Tak. Myślę, że szczególnie jego wpływy polityczne są przeceniane. Był on dla rodziny rodzajem guru i jego wpływy miały raczej duchowy charakter.

 Był łatwym celem plotek jako człowiek z ludu?

- Tak, łatwo było wyolbrzymiać plotki na jego temat. Teraz oddzielenie niepotwierdzonych plotek od faktów jest bardzo trudnym zadaniem.

A jaka była osobowość carycy?

- To była bardzo trudna osoba. Trudno ją było polubić.  Nie pozwalała się do siebie zbliżyć, była bardzo nieufna wobec ludzi, podchodziła do wszystkich z wielką rezerwą. Z drugiej strony była bardzo schorowana. Część z tych chorób miała podłoże psychosomatyczne, na pewno w jakimś stopniu była hipochondryczką, ale miała też wiele bardzo dokuczliwych schorzeń. Cierpiała na potworne bóle z powodu rwy kulszowej, od młodości cierpiała na migreny, zapalenia uszu, nerwobóle, palpitacje serca.

- Bardzo często w ogóle nie podnosiła się z łóżka, a dziewczynki komunikowały się z nią za pomocą listów.  Z powodu tych nieustannych chorób nie było jej w życiu córek, kiedy jej potrzebowały. Jej osobowość miała też wpływ na to, że nie była lubiana w Rosji.

Pod koniec panowania Romanowów atmosfera w St. Petersburgu była naprawdę ciężka, napięcie wisiało w powietrzu, ale car i caryca wydają się całkowicie ignorować zagrożenie.  Czy naprawdę wierzyli, że lud kocha cara?

- To niesamowite ale Aleksandra rzeczywiście święcie wierzyła, że naród, chłopi kochają cara. Bo według  tradycji car był ojcem narodu, batiuszką, a caryca matuszką. Aleksandra wierzyła w to, w co chciała wierzyć - że autokracja będzie trwała wiecznie, a tron automatycznie przejdzie w ręce jej syna. Kiedy rewolucja wybuchła, doznała szoku.

Poprzedni carowie nie liczyli wyłącznie na miłość swojego narodu.

- Aleksander III sprawował prawdziwie autokratyczne rządy. Mikołaj z natury był łagodnym, uprzejmym człowiekiem. To jest właśnie problem z Mikołajem. Popełnił niezliczoną ilość błędów jako car, ale jako człowiek  był czarujący, był dobrym ojcem, kochał swoją rodzinę, miał wiele dobrych cech.

- Niestety ciążyła na nim odpowiedzialność za ogromne imperium i z tym sobie nie poradził. Nie udało mu się zmodernizować kraju i doprowadzić do kompromisów. Jako car się nie sprawdził. Na tym polega jego tragedia - był wspaniałym bardzo rodzinnym człowiekiem i  beznadziejnym monarchą.

 Idealnym dla monarchii konstytucyjnej...

- Byłby świetny w tej roli. Miał wiele wspólnego ze swoim kuzynem Jerzym.  Gdyby tylko był w stanie zaakceptować reformy, monarchia w Rosji mogłaby przetrwać, nie jako znacząca siła polityczna, ale spełniając pewne funkcje reprezentacyjne.  Mikołaj chciał zachować monarchię absolutną w nienaruszonym stanie. No i był też wpływ Aleksandry, która  uważała, że naród rosyjski nie nadaje się do demokracji.

 A nadaje się?

- Do tej pory są z tym problemy. Wystarczy spojrzeć na Putina - to kolejny car! To "kriepkij  wożd", jak Stalin. Ten kraj potrzebuje jakiejś formy dyktatury. W gruncie rzeczy żal mi Mikołaja, bo to nie był właściwy człowiek na właściwym miejscu. Najprościej rzecz ujmując, bycie monarchą absolutnym to nie była praca dla niego!

 Nie sposób nie zadać tego pytania. Dlaczego nie uciekli?

- To złożona sprawa. Mówiło się o ucieczce do Anglii, ale kłopot polegał na tym, jak wydostać się z Petersburga po wybuchu rewolucji. To było logistycznie bardzo trudne. Rodzina musiałaby się przedostać pociągiem do jednego z portów na dalekiej północy: Murmańska lub Archangielska, bo Zatoka Fińska była zamarznięta. Cala kolej była już kontrolowana przez bolszewików, którzy po prostu zatrzymaliby pociąg i zlinczowali rodzinę.

- Do tego  dzieci były chore na odrę i były w stanie, który nie pozwalał na podróż. Wiele okoliczności złożyło się na te sytuację.

Myśli pani, że komuniści od początku planowali egzekucję całej rodziny?

- Logika przejęcia władzy była taka, że nie wystarczy się pozbyć cara - trzeba pozbyć się całej rodziny, ponieważ gdyby któreś z dzieci przeżyło, mogłoby zostać przywódcą kontrrewolucji. Byłoby nadzieją na powrót monarchii. Myślę, że bolszewicy chcieli pozbyć się ich wszystkich.

To była egzekucja czy morderstwo?

- To było morderstwo. Nie było procesu, wyroku. Rodzina została zamordowana w sposób brutalny, to była prawdziwa masakra.

Na rozkaz z góry czy z inicjatywy strażników?

 - Musimy sobie zdać sprawę że Lenin był brutalnym, amoralnym, bezlitosnym człowiekiem. Nie ma dowodów na to, że on bezpośrednio wydał wyrok, ale wierzę że rozkaz przyszedł z góry. Od miejscowych czekistów w Jekaterynburgu mógł zależeć jedynie moment, w którym mord zostanie dokonany.

 Bo rodzina była przetrzymywana długo. Dlaczego?

- Myślę, że za rządów Kiereńskiego wygnanie Romanowów za granicę  było jeszcze możliwe, ale kiedy wybuchła rewolucja październikowa i władzę przejęli bolszewicy, nic ich już nie mogło uratować. Wtedy nie było już żadnych szans na ewakuację i szczęśliwe zakończenie. W pewnym momencie rodzina rozumiała już jaki będzie ich koniec i jedyne, na czym im zależało, to pozostać razem do końca.

 Zdecydowanie odrzuca pani wszelkie teorie głoszące, że ktoś z rodziny mógł przeżyć.

- Napisałam książkę o prawdziwych siostrach Romanow. Nie chcę marnować czasu i słów na fałszywe postaci takie, jak Anna Anderson, która podawała się za Anastazję. To, że była oszustką zostało bezsprzecznie dowiedzione, choć nie wszystkich to przekonało. Była bardzo sprytną oszustką, wielu ludzi po prostu chciało jej wierzyć.  Wielu wciąż ma nadzieję, że ktoś z rodziny ocalał. Tak się jednak nie stało. Zamiast poddawać się obsesji fałszywej Anastazji, ja wolę zachować pamięć o tej prawdziwej.


Dowiedz się więcej na temat: Izabela Grelowska

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje