Reklama

Reklama

Oriana Fallaci: Samotna prowokatorka

Jej pierwszy tekst był o...?

Reklama

- ...jakiejś spelunie z dansingiem. Wstydziła się wejść do tego lokalu, ale w końcu się przełamała i przyniosła krótki reportaż napisany ręcznie w szkolnym zeszycie. Nawet nie umiała pisać na maszynie. Gdy kazano jej przepisać te kilka kartek, zajęło jej to dziewięć godzin. (śmiech) Tekst jednak poszedł do druku. Szybko sama zaczęła znosić do gazety tematy z miasta. Wstawała o szóstej i pędziła na zajęcia, w wolnych chwilach zamieniała się w dziennikarkę i biegała po mieście. Żartowano z niej, gdy mówiła w redakcji, że musi wyjść... do prosektorium. Potem wracała i pisała do trzeciej, czwartej nad ranem. Do domu odwoziła ją ciężarówka, która dostarczała do kiosków gazety. Fallaci przeżyła tak kilkanaście miesięcy. Ważyła niecałe 40 kilo, zaczęła chorować. Na drugim roku rzuciła medycynę, za to w dziennikarskim środowisku zaczęto o niej mówić "młoda zdolna".

Po prostu talent?

- Talent na pewno, ale też powrót do marzeń z dzieciństwa, kiedy to zaczytywała się książkami Londona i Hemingwaya, planując, że kiedyś tak jak oni będzie opisywać świat. Szybko zrozumiała, że jeśli chce, by nie traktowano jej protekcjonalnie, musi być lepsza od pracujących z nią dziennikarzy.

Postanowiła wiedzieć więcej, czytać więcej i być bardziej od nich zasadnicza?

- Nie miała wyjścia. Kobiecy wygląd jej nie pomagał. Była drobna, miała 156 cm wzrostu, delikatną twarz. Raz, gdy zlecono jej relację z procesu gwałciciela i na sali sądowej ktoś zaczął mówić o drastycznych szczegółach, sędzia zażądał, by natychmiast wyprowadzono za drzwi "tę dziewczynkę". Nie chciał uwierzyć, że jest dziennikarką. Kiedy indziej, też w czasach, gdy była jeszcze reporterką sądową, jakiś dziennikarz chciał się jej przedstawić. Spławiła go bezceremonialnie, mówiąc: "Młody człowieku, nie jesteśmy na majówce!". Zabawne, bo był od niej kilka lat starszy.

Od początku była bardzo zaangażowaną dziennikarką. Dlaczego wyrzucono ją z pierwszej pracy?

- Napisała artykuł o grupie przyjaciół, która wykradła księdzu szaty liturgiczne, by wyprawić zmarłemu koledze katolicki pogrzeb. Wcześniej ten ksiądz odmówił udziału w pochówku ze względu na komunistyczne sympatie zmarłego.Tekst wysłała do konkurencji, bo jej gazeta była zbyt zachowawcza, by coś takiego opublikować. Kiedy wezwał ją szef, nie okazała pokory i została zwolniona. Za to natychmiast zatrudniono ją w tytule, który opublikował tamten tekst. Dobrze na tym wyszła, bo "L’Europeo", do którego trafił artykuł, był wtedy liczącą się we Włoszech gazetą. Szybko się tam na niej poznano i z Florencji została przeniesiona do głównego oddziału w Rzymie. Wyjechała z jedną walizką. Zmieściła w niej wszystko, co wówczas miała. Już wtedy zamierzała zostać gwiazdą dziennikarstwa. I pisarką.

Jej ojciec był stolarzem, matka krawcową. Prości ludzie. Skąd u niej takie ambicje?

- Oriana zawdzięcza to matce, która swoich ambicji nigdy nie spełniła. Miała zdolności artystyczne. W młodości obracała się w kręgach florenckiej bohemy. Chciała malować, ale wcześnie zaszła w ciążę i to przekreśliło jej plany. Została dożywotnią gospodynią domową, matką trzech córek, dorabiała jako krawcowa. Przez całą młodość Oriana, najstarsza z rodzeństwa, słyszała od niej te same słowa: "Nie popełniaj moich błędów. Nie możesz zostać niewolnicą męża i dzieci. Ucz się i idź w świat!".

Musiała mieć ten przekaz głęboko zakodowany. W pani książce wyczytałam, że gdy podejmowała ważną decyzję, miała przed oczami obraz matki, która "pierze coś w miednicy i płacze". Jako słynna dziennikarka powiedziała: "Całym moim życiem próbowałam pomścić matkę".

- Matka była zdecydowanie jedną z najważniejszych postaci w jej życiu. Również dlatego, że Oriana uważała ją za wzór siły charakteru i odwagi. Ogromne wrażenie zrobiła na niej pewna sytuacja z czasów wojny, gdy aresztowano jej ojca za działalność antyfaszystowską. Gdy matka Fallaci poszła do więzienia, by ratować męża, usłyszała od dowodzącego nim włoskiego żandarma, że od razu może włożyć żałobę, bo egzekucja jest planowana nazajutrz o świecie. Zamiast zalać się łzami, wypaliła bez wahania, że żałobę powinna włożyć też jego matka, bo śmierć jej męża szybko zostanie pomszczona. Ryzykowała życie, ale musiała być przekonująca, bo żandarm uwolnił ojca Fallaci kilka dni później.

Napisała pani, że ojciec rozbudził w niej miłość do książek.

- Tak. Choć nie miał wykształcenia, nałogowo czytał. Zdarzało się, że ludzie płacili mu książkami za meble, które dla nich robił. To on wybrał dla pierwszej córki rzadkie imię Oriana na cześć księżnej Guermantes, jednej z bohaterek "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta. Zaskakujące, że jednocześnie wychowywał Orianę jak chłopca. Miał trzy córki, ale tylko ją zabierał na polowania, uczył strzelać, zakładać sidła. Mówił do niej: "Nie wolno ci się nigdy użalać nad sobą, mężczyznom nie wypada". (śmiech) Gdy raz w czasie wojny na ulicy zaskoczył ich nalot i wystraszona Oriana - miała wtedy jakieś dwanaście lat - rozpłakała się przy ojcu na widok spadających bomb, uderzył ją w twarz. Nie pozwalał jej rozczulać się nad sobą. Miała być silna.

Miała jakąś słabość? Czułą stronę?

- Bywała zaskakująco bezbronna w kontaktach z mężczyznami. Nie wszystkimi. Miała sporo romansów, w których odgrywała dominującą rolę. Uwodziła i porzucała kochanków bez problemu. Gdy się jednak zakochiwała, łatwo było ją zranić. Miała tego świadomość. Napisała kiedyś: "Kiedy kocham, składam broń, jestem ubezwłasnowolniona". Jej pierwszą wielką miłością był dziennikarz Alfredo Pieroni. Gdy ją porzucił, próbowała popełnić samobójstwo.

Trafiła wtedy do kliniki psychiatrycznej. To ją zmieniło?

- Po wyjściu z niej przez lata traktowała mężczyzn jak dodatek do prawdziwego życia, którym była dla niej praca. Wielkie uczucie pojawiło się dopiero w Wietnamie, gdzie poznała korespondenta wojennego François Pelou. Była wtedy bardzo zaangażowana. Romansowała też z Alexandrosem Panagoulisem, greckim bohaterem narodowym. To również była burzliwa love story. Ale w jakimś sensie zawsze uważała, że jest sama.

Jest pani pierwszą osobą, którą rodzina Oriany Fallaci dopuściła do jej prywatnego archiwum: intymnych zapisków, nigdy niewysłanych listów, osobistych wyznań. Czym Oriana nie dzieliła się ze światem?

- Na przykład tym, że gdy była korespondentką wojenną podczas konfliktu w Wietnamie, o mały włos nie została zgwałcona przez grupę wietnamskich żołnierzy. W ostatniej chwili uratował ją amerykański patrol, który przejeżdżał przypadkiem w okolicy. Nigdy nie mówiła też o tym, że gdy w Kambodży towarzyszyła grupie południowowietnamskich żołnierzy, których otoczył oddział Czerwonych Khmerów, dostała do ręki karabin, amunicję i nakaz, żeby walczyła o życie jak inni. Spuentowała ten epizod lakonicznie: "Wzięłam do ręki broń i zrobiłam z niej użytek". O wielu dramatycznych zdarzeniach, w których brała udział, pisała lakonicznie, bez rozczulania się nad sobą. Za to bardzo emocjonalnie pisała o tym, że pragnęła dziecka. Była w ciąży co najmniej trzykrotnie. Za każdym razem kończyło się to poronieniem. Kiedyś napisała: "Gdybym miała dziecko, nie musiałabym pozwalać do siebie strzelać, żeby czuć się żywą".

Studiując jej zapiski, miała pani wrażenie, że czuła się kobietą spełnioną? Szczęśliwą?

- Spełnioną - na pewno. Szczęśliwą... nie sądzę. Często wygłaszała peany na cześć swojej samotności. Mówiła: "Gdy jestem sama, nigdy się nie nudzę, za to zdarza mi się nudzić w towarzystwie innych". Pod koniec życia samotność zaczęła jej ciążyć. Rzadko opuszczała apartament na Manhattanie. Unikała ludzi, żyła wśród książek. Kłóciła się z wydawcą, redaktorkami swoich książek, z ludźmi w restauracji, którzy jej zdaniem mówili zbyt głośno, ze wszystkimi. Nie otwierała listów, które do niej przychodziły. Umierając na raka, pod koniec życia powiedziała: "Nigdy nie przepadałam za sobą, ale zawsze siebie poważałam".

Anna Jasińska

Twój Styl 3/2015

Dowiedz się więcej na temat: Oriana Fallaci

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje