Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Omenaa Mensah: Prawa ręka króla

Jesteś zaradna, twarda. Skąd te cechy?

Reklama

- Byłam sportowcem. Jako dziewczyna trafiłam do drużyny koszykówki, codzienne treningi, obozy kondycyjne latem i zimą. No i od dziecka pracowałam. Jako 14-latka zbierałam truskawki, całe trzy dni. Zarobiłam 30 złotych, które mi zresztą ukradli. Słaby start, ale się nie zrażałam. Byłam hostessą na targach poznańskich. Potem podejrzałam trend - fryzury z warkoczyków, z doplatanymi syntetycznymi włosami. Kiedy zrobił się na to szał w Polsce, miałam już firmę Omihair. Jako modelka reklamowałam bieliznę, suknie ślubne. W reklamie wafelków zarobiłam tyle, że mogłam kupić samochód. Aż dostałam pracę w telewizji. Ale z biznesu nie zrezygnowałam. Otworzyłam w Warszawie salon szycia na miarę, prowadzę firmę meblarską. W domu, do którego niedawno się wprowadziliśmy, jest mnóstwo mebli mojej marki. Między innymi piękna kanapa w salonie.

Kto na tej kanapie zasiądzie?

- Pan i pani domu, czyli Rafał i ja. Z Rafałem spotkaliśmy się w pracy, szukałam środków na szkołę. Przysięgę miłości złożyliśmy sobie w RPA, w miejscu spotkania dwóch oceanów, gdzie dzień nigdy się nie kończy. Tworzymy rodzinę patchworkową. Mąż ma z pierwszego związku dwie superdziewczynki, ja mam Vaneskę, a łącznikiem jest wspólny synek Vincent. Ukochany, wspaniały, totalnie nie z tego świata - ma jasną skórę i blond afro. Skończył dwa lata.

Jak rozmawiasz z dziećmi o odmienności, tolerancji?

- To nie jest temat, który z nabożnością omawiamy przy stole. Dla nich tolerancja jest czymś naturalnym, nie mają wrodzonego mechanizmu odrzucania. Jest im obojętne, że ktoś ma inną skórę. Standardy są względne. Kiedy się urodziłam, moja mama niemal musiała uciekać ze szpitala, ponieważ pewna Cyganka ją nagabywała: "Urodziłaś takie piękne dziecko, zamieńmy się!". To anegdota, a już serio, pamiętam, że wyjeżdżając do RPA, miałam wątpliwości, jak moje dzieci się tam odnajdą. Poprosiłam nawet nianię Vincenta, by oglądała z nim filmy, w których występują czarnoskórzy, żeby nie przestraszył się dziadka, gdy spotka go pierwszy raz. Nic podobnego się nie stało. Mam nadzieję, że w kwestii otwarcia na inność jestem dla dzieci przykładem. Nie oceniam i cieszy mnie, jeśli nikt nie ocenia mnie. Na przykład salezjanie. To ludzie wielkiej wiary, a mnie bliżej do agnostyków. Myślałam, że to będzie przeszkoda w naszej relacji, ale się pomyliłam. Czasem w ośrodku słyszę: rano jest msza, przyjdziesz? Odpowiadam: o tej porze śpię! I nikt się nie obraża.

Kiedy jesteś w Ghanie, mieszkasz w luksusowym hotelu czy wśród "lokalsów"? 

- Nie ukrywam, że wygodny hotel to dobra rzecz po kilku dniach w wiosce. Ale często nocuję w ośrodku, spędzam czas z dziećmi. Ostatnio zabrałam tam Rafała. Mamy wspólnie osobistą satysfakcję. W szkole będzie uczył Rafael. Spotkałam go w ośrodku, a potem sprowadziliśmy go do Polski, zapewniliśmy mu warunki do życia i edukację. Teraz z dyplomem wraca do Ghany. Zachęcam też koleżanki i kolegów z branży, żeby pomagali. Uważam, że to nasz obowiązek. Byłoby mi głupio, gdyby na moim Instagramie były wyłącznie fajne buty czy zdjęcia z drogich wakacji.

Kiedy szkoła zacznie już działać, co dalej? 

- Wydaje mi się, że nowy cel widać na horyzoncie. Tata kupił kawał ziemi w Kumasi, skąd pochodzi. Chce spłacić dług zaciągnięty w Ghanie i wybudować szpital. A ponieważ jest człowiekiem zajętym, nie zdziwię się, jeśli zostawi tę sprawę na mojej głowie. Nie mam nic przeciwko temu.

Agnieszka Litorowicz-Siegert  

 Twój STYL 11/2019

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje