Reklama

Reklama

Omenaa Mensah: Prawa ręka króla

Od tego czasu nie staliśmy się bardziej otwarci na inność.

Reklama

- I pojawił się internet, który bywa niszczącą siłą. Myślę, że gdybym na początku pracy w telewizji czytała komentarze na swój temat, dzisiaj by mnie tu nie było. Dziś rasistowski hejt, jak każdy inny, po mnie spływa. Niezależnie, czy jesteś biały, czarny, gruby, czy chudy, możesz dostać jadem po oczach. Nigdzie na świecie nie spotkałam się z taką skłonnością do krytykowania. Coś ci powiem - kiedyś myślałam o adopcji dziecka z Afryki. Uznałam jednak, że nie skażę czarnego dziecka na życie w tak mało tolerancyjnym kraju, jakim stała się Polska. To świadoma decyzja. I trudna dla mnie.

Pojechałaś do Afryki pierwszy raz już jako dorosła kobieta. Dlaczego tak późno?

- Wcześniej mama i ja prosiłyśmy ojca, żeby nas tam zabrał. Odmawiał. Może się bał, że przerazi mnie bieda, prymitywne życie. Bo Afrykę albo się kocha od razu, albo się z niej ucieka. To nie jest kontynent dla mięczaków. Jako dojrzała kobieta umiałam ją zaakceptować. Zaczęłam od Kenii. Pojechałam na wakacje  z córką i mamą. Bywało zabawnie. W centrum handlowym podchodziły dziewczyny i pytały, jak to robię, że mam tak piękną skórę. Okazało się, że chodzi o jej odcień. Wiele Afrykanek maniakalnie zmienia go na jaśniejszy, stosuje kremy wybielające. Zrozumiałam, że nie jestem jak one. W Ghanie słyszałam, jak ludzie mówią o mnie "obruni". Czyli biała. To było intrygujące - dotarło do mnie, że tkwię gdzieś pośrodku. Ciągnęło mnie, by poznać afrykańską część mojej historii.

Nie była tematem rodzinnych rozmów? 

- Nie, tata był powściągliwy w opowieściach. Wiedziałam jedynie, że pochodzi z rodu Ashanti. Moja pierwsza wizyta w Ghanie miała związek z urodzinami króla Ashanti Otumfuo Osei Tutu II. Dostałam od niego zaproszenie, mogliśmy porozmawiać. Zapytał o imię ojca. Gdy usłyszał: Opoku Ware Mensah, powiedział, że człon Opoku oznacza przynależność do rodziny królewskiej. Był zaskoczony, że tego nie wiem. Rozszyfrował także moje imię - Omenaa to ta, która siedzi po prawej stronie króla i trzyma jego rękę. To imię oznacza także siłę i złoto. Ucieszyłam się, bo w Kenii spotkałam się z inną interpretacją: tam omenaa to pospolita rybka. Po tej rozmowie zaczęłam naciskać ojca, by opowiedział więcej. Dowiedziałam się, że kobiety z rodu Ashanti są uparte i że szlachectwo dziedziczy się tam w linii żeńskiej, z krwi matki. Podczas kolejnych podróży odwiedziłam strony ojca.

Co poczułaś: więź czy odrębność?

- Dumę z przynależności do kręgu tych ludzi. Widziałam, jak dbają o tradycję, obyczaje, z jaką godnością noszą swoje szaty, biżuterię. Spotkałam się z ciotką, która na starość straciła wzrok. Dotykała mojej twarzy i szeptała: Omenaa, Omenaa. Oni wszyscy wiedzieli, kim jestem. Znalazłam swoich bliskich i poczułam, że... chcę coś dla nich zrobić. Tata sugerował, że mogłabym zaangażować się w pomoc związaną z edukacją. On nie wyjechałby na studia, gdyby w szkole nie zauważono, że jest zdolny. Wtedy rodzina złożyła się na jego wyjazd do Europy. Dostał stypendium od rządu polskiego i jest kardiochirurgiem. Postanowiłam, że... zbuduję w Afryce szkołę.

Fascynujące i mało realne. Tak po prostu szkoła w Afryce?

- Czułam, że jestem w stanie to zrobić. Ale szybko zaczęły się schody. Trzeba było znaleźć miejsce. Wybrałam się do Afryki z partnerem mojej fundacji. Włóczyliśmy się po bezdrożach Ghany i wypatrzyliśmy piękną działkę na wzgórzu. Wjechaliśmy do wioski, usłyszeliśmy, że król może z nami porozmawiać, ale musimy mu wręczyć dary. Wysłaliśmy butelkę wódki i sto euro. Król zgodził się, że skoro chcemy budować szkołę, możemy obejrzeć tamto miejsce. Z działki rozciągał się widok na Akrę, stolicę Ghany, byłam zachwycona. Wracamy, a król mówi, że przemyślał sprawę i nie chce szkoły, tylko stołówkę. Nie dogadaliśmy się. Kilka dni później dotarliśmy do rybackiej wioski. Zaczepiłam chłopca, który biegł po plaży, zapytałam, dlaczego nie jest na lekcjach. On na to, że rodzice nie mają pieniędzy, a nie ma tu szkoły bezpłatnej. Oho - myślę - znalazłam właściwe miejsce! Szukam króla, mówię, że zbudujemy szkołę. Super, tylko on poprosi pieniądze na swoje konto, sam będzie nimi zarządzał. Nie mogłam się na to zgodzić.

Dotarło do ciebie, że porwałaś się z motyką na słońce? 

- Miałam wyjście awaryjne - telefon do księdza Piotra Wojnarowskiego, salezjanina misjonarza. Piotr oddał serce, żeby pomagać dzieciom. Opowiedział mi historię ośrodka Don Bosco, który prowadzi. Trafiają tam dzieci zmuszane do niewolniczej pracy, często sprzedawane przez rodziców za krowę albo marne grosze. Policja zwozi je do salezjan i tam znajdują schronienie, regularny posiłek i mogą się uczyć. Piotr oprowadził mnie po ośrodku: "Tu jadalnia, tu dzieci śpią, a tu... chcemy zbudować szkołę. Ziemię dała nam miss Ghany".

Nagroda za twój upór.

- Może? Marzył mi się budynek na betonowych fundamentach. Projekt zrobił chłopak, który został przygarnięty przez salezjan, a potem skończył architekturę. Zaczęliśmy zbierać środki, półtora roku temu zaczęliśmy budowę. Bywam tam dwa razy w roku, codziennie jestem na łączach. Pokazuję w sieci zdjęcia, by darczyńcy wiedzieli, na co idą ich pieniądze. Od września ma ruszyć nauka. Nauczycielami będą Ghańczycy, zapraszamy też wolontariuszy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje