Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Olga Tokarczuk: Cała jestem w książkach

Niechętnie opowiada o sobie. „Ktoś zainteresowany moją biografią wszystko znajdzie w moich książkach, tylko musi być uważny”, mówi Olga Tokarczuk. Poszukaliśmy informacji nie tylko w powieściach. Oto kilka najważniejszych wątków.

Dzieciństwo spędziła w Klenicy, wiosce, gdzie jej rodzice pracowali na Uniwersytecie Ludowym. Mama uczyła literatury i języka polskiego, tata prowadził bibliotekę, zajęcia z folkloru, teatr i zespół taneczny. Dawali Oldze swobodę - sama wędrowała po polach, chodziła po drzewach, zbierała jagody i grzyby w lesie, buszowała w zaroślach, czytała pierwsze książki, miała kontakt ze zwierzętami, zarówno tymi gospodarskimi, jak i dzikimi.

Reklama

"Dzieciństwo na wsi zbudowało moją wrażliwość", zwierzyła się kiedyś. W powieści Podróż ludzi Księgi napisała, że "bycie dorosłym jest pozostawaniem w masce. Człowiek prawdziwie dojrzały sprowadza się do dziecka, od którego się zaczął.(...) To, co później robi się w życiu, jest ciągłym prowadzeniem dialogu ze sobą jako dzieckiem".

Klucz do rzeczywistości

Olga studiowała psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Po dyplomie pracowała jako psychoterapeutka w poradni zdrowia psychicznego w Wałbrzychu, zakładała kluby AA, prowadziła grupy integracyjne, treningi psychologiczne. Jednak po kilku intensywnych latach pracy czuła się wypalona. Potrzebowała zmiany. Trochę podróżowała, a potem razem z mężem przeprowadzili się na wieś.

Od lat nosiła pomysł na powieść. Przypomniała sobie książkę Poza zasadą przyjemności Freuda. "Pomogła mi zrozumieć, że istnieją tysiące sposobów zinterpretowania naszego doświadczenia, że wszystko coś znaczy i że interpretacja to klucz do rzeczywistości. To był pierwszy krok do tego, żeby zostać pisarką", wspominała w wywiadzie. W końcu podjęła decyzję, że poświęci się pisaniu.

Wiele lat później w Księgach Jakubowych napisze: "Prawdziwa mądrość to sztuka łączenia wszystkiego ze wszystkim, wtedy wyłania się właściwy kształt rzeczy".

Londyn, czyli szok

Do Londynu wyjechała pod koniec lat 80., żeby... zarobić. W ciągu dnia pracowała m.in. w fabryce anten do jachtów, jako pokojówka w hotelu, a wieczorami chodziła po mieście i przesiadywała w wielkich księgarniach, jakich w tamtym czasie w Polsce nie było. "Przeżyłam szok kulturowy. Zobaczyłam rzeczy, których do tej pory nie znałam", wspomina.

To tam napisała pierwsze opowiadanie Numery, które kilka lat później ukazało się w zbiorze Szafa. Projekcja lęków "Doprawdy nie wiem, skąd mi przychodzą pomysły. Jestem po prostu uważnym obserwatorem rzeczywistości. Fantazja to rzecz drugorzędna. (...)  90 procent sukcesu to pracowitość. Kiedy widzę ludzi, jak spędzają czas na bzdurach, jest mi przykro. Każdy mógłby napisać powieść", pisała w Grze na wielu bębenkach. 

W jednym z wywiadów wyjaśniała: "To, o czym piszę, jest projekcją naszych lęków. Wierzę, że pisząc książki, warto znajdować nieoczywiste punkty widzenia. Sztuka powinna mówić własnym głosem".

Pisarskie rytuały? Księgi Jakubowe miała rozrysowane na 15-metrowej rolce szarego papieru do pakowania, z którą się nie rozstawała. Kiedy wpada w moment literackiego "opętania", pisze od rana do nocy, "odklejając się" od rzeczywistości. We wrocławskim mieszkaniu ma pokój, w którym się zamyka i znika w książkowych światach.

Kobieta feministka

"Życie zgodnie z oczekiwaniami innych jest jednym wielkim manowcem. Jestem najpierw człowiekiem, a dopiero potem kobietą, nie odwrotnie. W moim rozumieniu feminizmu nie jest ważne, kto jest kobietą, a kto mężczyzną - chodzi o prawo do wyrażania indywidualności. Jest jeszcze dużo do zrobienia  w kwestii jakości życia kobiet", podkreśla i dodaje, że feminizm jest dla niej czymś naturalnym, a nie wyuczoną filozofią.

Ale jak mówiła kiedyś w TV: "Menedżerem mojego życia jest mąż, dzięki któremu czuję się bezpiecznie, ogrzana, zadbana i jakoś zorganizowana w tym wszystkim". Skarb!

Mało tradycyjna rodzina

Olga dwukrotnie wychodziła za mąż.  Po raz pierwszy - gdy miała 23 lata - za Romana Fingasa, też psychologa, z którym ma syna Zbigniewa. Dziś już dorosłego mężczyznę, który podobnie jak rodzice zajmuje się psychologią. Olga z pierwszym mężem założyli wydawnictwo autorskie Ruta, które opublikowało m.in. powieść Dom dzienny, dom nocny i opowiadania Szafa.

Drugim mężem Tokarczuk jest Grzegorz Zygadło. On pierwszy czyta jej książki.

Przykopać butem

"Ubranie powinno być wygodne", to podstawowe przykazanie Olgi dotyczące mody. "Lubię rzeczy, które się nie nudzą, można je zmieniać, zestawiać z czymś innym. Jestem stałą bywalczynią second-handów, bo znajduję tam rzeczy, których nie ma w zwykłych sklepach", tłumaczy w książce Pod podszewką. Kolekcjonuje spódnice, uważa, że muszą być szerokie i się kręcić. Nie nosi butów na obcasach, bo nie umie w nich chodzić, czuje się sztucznie i nieswojo. Woli "platformy" - są wygodne i wysmuklają sylwetkę. "Lubię but, którym można przykopać, a który jednocześnie jest fantazyjny i nieoczywisty", zapewnia.

Uwielbia też szale, bo dają kobiecie możliwość "grania ramionami" - odsłaniania, zasłaniania. "Używając szala, można zrobić teatr. Może być czapką, swetrem, spódnicą", wylicza. Najbardziej ceniony projektant mody to Yohji Yamamoto, bo jego modele przyciągają tajemnicą, nieoczywistością, paradoksem. 

"Podobają mi się jego zniekształcenia formy, dekonstrukcje tego, co oczywiste.  Jego pokazy oglądam w internecie  jak wystawy sztuki", opowiada.

Dredy, czyli... kołtun polski

Przez lata nosiła krótkie włosy, bo były niekłopotliwe w utrzymaniu. Po maturze zgoliła nawet głowę na łyso. Ale to dredy okazały się najwygodniejsze. Pojawiły się przypadkiem - kiedy Olga wracała z podróży po Azji, zastrajkowali pracownicy lotniska. Protest trwał kilka dni, więc pasażerowie zamiast siedzieć w hali odlotów, ruszyli w miasto. Podczas spaceru zaczepił ją człowiek i zaproponował... skręcenie włosów. "Dlaczego nie?", pomyślała. Dziś ciemnobrązowe dredy, w których gdzieniegdzie mienią się koraliki, są jej znakiem rozpoznawczym.

"Dla mnie ta fryzura to symbol zamazania granic między rasami i kulturami", wyznaje pisarka, dodając, że wymyśliła dla niej nazwę - kołtun polski (plica polonica).


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje