Przejdź na stronę główną Interia.pl

Olga Frycz: Świadectwo dojrzałości

​Dorastanie bez ojca, w domu pełnym dzieci, gdzie nie zawsze wystarczało na wypełnienie lodówki. Jednak dzięki mamie "zawsze było w niej coś do podgrzania". Jaki to bagaż na przyszłość? Olga Frycz mówi, że jest odpowiedzialna i pozbawiona zachłanności: wakacje nad Bałtykiem, ciuchy z lumpeksu. Co się liczy? Rodzina! Wkrótce się powiększy i to Olgę cieszy. Młodość jest fajna, ale dojrzałość ciekawsza.

Okolica segmentów i domów jednorodzinnych. To mój trzeci wywiad z Olgą Frycz. Do tej pory spotykałyśmy się w jej mieszkaniu na Powiślu, w starej kamienicy z niedużym podwórkiem, której klimat przypominał jej rodzinny Kraków. Niedaleko modne restauracje, księgarnie, sklepiki. Lubiła miejskie życie. Teraz zaprasza do apartamentu na obrzeżach warszawskiego Ursynowa. Spokój, dużo zieleni i daleko do centrum.

Reklama

W progu witają mnie dwa psy. Na widok bulteriera odruchowo się spinam. "Jest przyjazny, chce się tylko przywitać", uspokaja Olga i wyprowadza go do ogrodu. Żałuję, że pogoda jest kiepska i nie możemy porozmawiać na tarasie wśród drzew, hortensji i rododendronów. Siadamy przy dużym drewnianym stole. Oddziela nowoczesną kuchnię od salonu z kominkiem i biblioteką na całą ścianę. Olga robi herbatę. Zamaszysta kolorowa spódnica przykrywa ciążowe kształty. Wciąż jest drobna i dziewczęca. Ale chyba nie tak krucha jak kiedyś.

Filigranowa, wrażliwa - tak bym cię kiedyś opisała. Zdziwiłam się, gdy przeczytałam, że od dwóch lat trenujesz tajski boks, muay thai. Nie mogę sobie wyobrazić Olgi Frycz, która kopie kogoś kolanem...

Olga Frycz: To rzeczywiście brutalny sport, ale ja trenowałam go rekreacyjnie. Nie miałam kontuzji, niewiele siniaków i nikogo nie skrzywdziłam. Ucierpiałam raz. Mocno dostałam w głowę, moja sparingpartnerka użyła za dużo siły, nie zdążyłam się osłonić i... zrobiło mi się ciemno przed oczami. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. W muay thai najbardziej lubię ćwiczenia techniczne, od sparingów migałam się, jak tylko mogłam, wykorzystywałam zdolności aktorskie i udawałam, że na przykład boli mnie brzuch. A gdy nie było wyjścia, dogadywałyśmy się z partnerką: "zróbmy to delikatnie". Zadawanie bólu nie leży w mojej naturze. Trener zwracał mi uwagę: "Jeśli nie lubisz używać siły, może powinnaś pójść na balet".

Po co był ci tajski boks? Chodziło o rozładowanie złości?

- Trafiłam na niego przez przypadek. Lubiłam oglądać sporty walki. Gdy nie mogłam w nocy spać, włączałam telewizor. Najczęściej leciały gale boksu. Relaksowały mnie, naprawdę. Poszłam do klubu i trafiłam na zajęcia grupowe. W sali trenowało ponad sto osób. Zaparowane szyby, zapach potu, mokra mata, na której stanęłam w skarpetkach, brzydziłam się boso. Dostałam półtoragodzinny wycisk, po którym byłam bordowa na twarzy, lał się ze mnie pot, a ciuchy mogłam wyżymać. Ale potem endorfiny zrobiły swoje. Poczułam się lekko, jakbym zrzuciła ogromny ciężar. Nigdy nie czułam się tak dobrze nawet po siłowni. Zaczęłam chodzić na tajski boks regularnie.

Tam poznałaś Grzegorza, był twoim trenerem. Mało romantyczny początek. 

- Grześ jest właścicielem klubu. Gdy go zobaczyłam, pomyślałam: "Jaki fajny facet". Jednak bez podtekstów. Na treningach nie miałam szans wyglądać ładnie, choćbym się starała. No i był trenerem, przed którym czułam ogromny respekt. Ale z czasem, gdy nie pojawił się na zajęciach raz czy drugi, zrozumiałam, że bez niego już nie jest tak fajnie.

Kto zrobił pierwszy krok? 

- On, na Facebooku. Zobaczył, że mam psa, sam ma bulteriera, zaproponował spacer. Myślałam, że będzie jak w filmach. Psy będą biegać, bawić się, zajmą naszą uwagę, więc nie będzie drętwo. Niestety, nie były sobą zainteresowane, każdy poleciał w inną stronę. Ale nam dobrze się rozmawiało. Coraz częściej się spotykaliśmy. Jeździliśmy nad rzekę, do lasu. Kumplowaliśmy się, jednak ja w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie zależy mi, by mieć nowego kolegę. Miałam ich wielu. Byłam po trudnym rozstaniu, brakowało mi siły na podchody. Powiedziałam mu to. Zakomunikowałam szczerze, czego chcę. On chyba tego oczekiwał. Zostaliśmy parą. Niedługo potem kupiliśmy mieszkanie. Znajomi śmieją się, że wspólny kredyt to silniejsza deklaracja niż oświadczyny. 

Nadal jest twoim trenerem? 

- Przestałam regularnie ćwiczyć, kiedy w naszym mieszkaniu zaczął się remont. Większość spraw była na mojej głowie i po prostu na nic nie miałam siły. Później zaszłam w ciążę, więc przychodziłam na treningi indywidualne, trochę lżejsze. Grzesio żartuje, że go oszukałam, myślał, że poznał fitdziewczynę, a okazało się, że najbardziej lubię książki, gary i ogródek.

Pielesz grządki w ogrodzie? 

- Nie mam ich wiele, ale sadzę drzewa i kwiaty. To mnie relaksuje, sprawia przyjemność, podobnie jak gotowanie. Piekę ciasta, robię tarty, w lodówce zawsze jest garnek z zupą. Lubię prowadzić dom. Nawet sprzątanie sprawia mi frajdę. Uwielbiam proszki i płyny do płukania. Dodaję ich do pralki tyle, żeby w domu pachniało świeżym praniem. Choć nasze mieszkanie nie jest sterylne, a na sofie leżą rozrzucone książki, jestem typem, który nie odpocznie, jeśli na blacie w kuchni są niepozmywane naczynia.

Zawsze wydawało mi się, że lubisz miejskie życie. Nie brakuje ci go? 

- Obawiałam się, że będzie mi go brakować. Wychowałam się w centrum Krakowa, przy ulicy Królewskiej. Kiedy przyjechałam do Warszawy, najpierw zamieszkałam w centrum, potem kupiłam mieszkanie na Powiślu. Wszędzie miałam blisko, prowadziłam intensywne życie towarzyskie, ale co miałam robić? Byłam młodziutka, spragniona wrażeń, ludzi, trudno, żebym siedziała w domu. Nie było dnia, żebym nie spotkała w mieście kilkorga znajomych. Z czasem zaczęło mnie to męczyć. Bywało, że szłam na kawę z książką, chciałam pobyć sama, a za plecami słyszałam: "Oj, czeeeść!". I musiałam gadać, choć nie miałam ochoty. Tu mam ciszę. Zawsze marzyłam o własnym kawałku ziemi. Chciałam mieć miejsce, gdzie mogłabym położyć się na trawie, gdzie nikt by mnie nie widział. Gdy znaleźliśmy to spokojne osiedle, od razu się zakochałam. Grześ był sceptyczny. Pracuje w centrum. "Daleko", kręcił głową. Mówiłam: "Słuchaj, obok mamy stację kolejową, będziemy jeździć do miasta, omijając korki. Przecież lubisz pociągi". Patrzył na mnie i nie wierzył w to, co mówię. Oczywiście odkąd tu mieszkamy, jeszcze nigdy nie jechałam do miasta kolejką, ale też żadne z nas nie pędzi rano do pracy. A znajomi? Przyjaciół mam kilkoro. Większość koleżanek ma już dzieci. Kiedy chcemy się spotkać, zapraszam ich do nas. Tak jest prościej. 

Jest coś, co z krakowskiego rodzinnego domu przeniosłaś do swojego? 

- Dosłownie? Wiele książek, płyt winylowych, kaset magnetofonowych i VHS, na których mam nagrania z dzieciństwa. Są na nich moi bracia, siostra, ja, mama i tata. Pamiętam, że gdy ojciec kupił kamerę, mieliśmy ją jako jedni z pierwszych na osiedlu. Niestety część filmów z dzieciństwa przepadła. Z bratem nagrywaliśmy na nich odcinki serialu "Z archiwum X". Nie przypuszczałam, że za ileś lat będą miały dla nas taką wartość. Gdy mama pierwszy raz odwiedziła nas w nowym mieszkaniu, zauważyła, że mamy taką samą drewnianą podłogę w jodełkę jak na Królewskiej. Różni się tylko tym, że nie skrzypi. No i duży stół. Zdziwiła się, że nie mamy telewizora, jest za to miejsce na rzutnik. 

Zastanawiasz się czasem, co takiego zawdzięczasz mamie, co będziesz chciała przekazać dziecku? 

- Mama nauczyła mnie empatii. Przygarniam psy ze schroniska, angażuję się w pomoc zwierzętom, przestałam jeść mięso. Nauczyła mnie zawsze stawać w obronie słabszych. Mówiła, że nigdy nie wolno się z nikogo wyśmiewać. Pamiętam, że w szkole zawsze był ktoś słabszy, wyszydzany. Było też paru oprawców. Rzadko zdarzał się obrońca, więc wchodziłam w tę rolę, mimo że musiałam zadzierać z chłopakami wyższymi i silniejszymi ode mnie. Czasem obrywałam. Teraz, gdy jestem w ciąży, pytam mamę o wiele spraw związanych z macierzyństwem. Mówi mi: "Daj spokój, popełniłam mnóstwo błędów". A ja tak tego nie oceniam. 

Podziwiasz ją, że dała radę? 

- Doceniam to, jak nas wychowała, zwłaszcza teraz, gdy niedługo sama będę matką. Pierwsze miesiące ciąży były dla mnie trudne. Nie miałam na nic siły, jakby ktoś wypompował ze mnie energię. Pomyślałam o mamie, jak ona dawała sobie radę, była przecież w ciąży pięć razy. Nie pamiętam, żeby narzekała. Mama wychowywała nas sama, pracowała, mimo to w domu było czysto, a w lodówce zawsze coś do podgrzania. Nie przelewało się nam, ale też nigdy niczego nie brakowało. Antek uczył się francuskiego, Marysia jeździła na nartach i grała w tenisa, ja, Wojtek i Michał chodziliśmy do szkoły muzycznej.

Pomagałaś mamie w opiece nad młodszymi braćmi? 

- Tak, dzięki temu wiem, jak być odpowiedzialną za drugą osobę. Byłam tego uczona, odkąd pamiętam, wszyscy byliśmy. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Gdy brakowało pieniędzy, jeździliśmy do Telewizji Kraków, gdzie jako publiczność klaskaliśmy podczas nagrań programów rozrywkowych. Płacili nam tyle, że można było zrobić zakupy w supermarkecie na kilka dni. Pamiętam, jak statystowałam na planie filmu o papieżu Janie Pawle II, bo zbieraliśmy na zęby dla Wojtka, który wybił je sobie łopatą na wakacjach. Kiedy jechaliśmy nad morze, potrafiliśmy zostać pół godziny sami na plaży, bo mama szła po zupę dla nas. Mieliśmy od półtora roku do pięciu lat i oko na siebie nawzajem. Gdy starsza siostra Marysia wyjechała do dziadków do Zakopanego, bo tam chodziła do szkoły, ja byłam jedyną dziewczyną w domu. Mama, zanim wyszła do pracy, budziła mnie słowami: "Olga, teraz tak: ściągnij wysuszone pranie, wyciągnij z pralki nowe, rozwieś, pozmywaj. A teraz powtórz!". Powtarzanie było sprawdzianem na przytomność. Nie było dyskusji: "Nie chce mi się, niech on to zrobi, oj, zaraz". Nauczyłam się odpowiedzialności. 

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje