Reklama

Reklama

Ola Petrus: Największe bariery stawiają ludzie

- Tak jak nie mówimy do ludzi z zespołem Downa "ty downie", tak nie powinniśmy mówić "ty karle". To słowo ma mnóstwo negatywnych konotacji – mówi niskorosła stand-uperka Ola Petrus, która od lat walczy o godne traktowanie osób z achondroplazją. - To słowo nie zniknie ze słownika - będzie się pojawiało choćby w kontekście postaci fantastycznych, lub jako pejoratyw, ale nie ma mojej zgody na to, aby było normalizowane i wprowadzane w mowie ogólnej. Ludzie mają wiele przyklejonych etykietek, nie chciałabym, aby ta była kolejną.

Agnieszka Łopatowska, Styl.pl: Powiedziałaś kiedyś, że nie chcesz się czuć jak inny gatunek. Zrozumiałam, o co chodzi, kiedy szłyśmy promenadą nadmorskiego kurortu, a ludzie, trudno tu użyć innego słowa, gapili się na ciebie. Co zrobić, żeby osoby niskorosłe, czy w ogóle wszystkie wyróżniające się od ogółu, nie czuły się źle w tym kraju?

Reklama

Ola Petrus: - To, czego brakuje w świecie, to inkluzywność i przedstawianie człowieka w taki sposób, jaki on naprawdę jest. Ludzie są różni: bardziej i mniej sprawni, mają różne kolory skóry, kształty. Jesteśmy przyzwyczajeni, że to, co widzimy w popkulturze czy mediach, jest bardzo jednolite, więc grupy, które są w mniejszości, bywają w pewien sposób odgradzane. Mam wrażenie, że w polskiej telewizji, bo w zagranicznym serialu nikogo już nie dziwi wątek homoseksualny, takie rzeczy wciąż raczkują. A jak daleka jest jeszcze droga do normalizacji innego wyglądu.

 - Zauważ, że większość programów, które opowiadają o typach niepełnosprawności, to programy niemalże w stylu "z kamerą wśród...". Albo filmy dokumentalne, albo reality shows. Nie chcę absolutnie mówić, że program "Down the road" jest zły, bo jest fantastyczny, wyjaśnia wiele kwestii osobom niezwiązanym z tematem i mógł bardzo pomóc w edukacji. Zastanawia mnie jednak rola jego drugiego sezonu. Każdy z nas dostosowuje swój świat do siebie. Czy jest konieczne przedstawianie go z perspektywy: jak oni żyją, jak sobie dają radę, łączą się w pary między sobą czy jednak szukają kogoś poza swoimi grupami? Kilkukrotnie byłam pytana czy wolałbym być w związku z osobą niskorosłą, czy z kimś "zdrowym". Przede wszystkim chciałabym być z facetem, który mnie pociąga, podoba mi się, w którym się zakocham. Bez względu na to, jak wygląda.

Odbierasz to jako odhumanizowanie?

- Tak, to jest dehumanizacja. Kontrowersje budzi nawet para osób o różnym kolorze skóry. Słysząc takie pytania czuję się, jakbym wychodziła poza swoją "rasę", czy jak to nazwiemy. Jakby istniała grupa pod tytułem "ludzie" i osobna - "mali ludzie".

Wspomniałaś o edukacyjnej roli mediów w przedstawianiu specyfiki pewnych niepełnosprawności czy charakterystyki osób odbiegających od schematów. Jeśli już powoli społeczeństwo zaczyna rozumieć, że autyzm nie jest chorobą, to czego powinniśmy się nauczyć mówiąc o achondroplazji? Gdzie są największe nieporozumienia i niezręczności z tym związane - na poziomie językowym, ale też poznawczym?

- Na poziomie leksykalnym. Schorzenie nazywa się karłowatość, achondroplazja czy też inne rodzaje dysplazji, które charakteryzuje niski wzrost. Jednak tak jak nie mówimy do ludzi z zespołem Downa "ty downie", tak nie powinniśmy mówić "ty karle". To słowo ma mnóstwo negatywnych konotacji. Czasem używają go ludzie, którzy nie wiedzieli, że ma pejoratywne znaczenie, ale kiedy się już tego dowiadujesz od osoby, którą dotykasz swoim słownictwem, powinieneś je zmienić. To słowo nie zniknie ze słownika - będzie się pojawiało choćby w kontekście postaci fantastycznych, lub jako pejoratyw i nie ma mojej zgody na to, aby było normalizowane i wprowadzane w mowie ogólnej. Ludzie mają wiele przyklejonych etykietek, nie chciałabym, aby ta była kolejną.

Rada Języka Polskiego zaopiniowała słowo "murzyn" jako obraźliwe, więc może dla "słowa na K", jak je kiedyś nazywałaś, też jest taka szansa?

- Muszę przyznać, że na przestrzeni ostatnich kilku lat w mediach słowo "niskorosły" przyjęło się bardzo ładnie i na szczęście w artykułach nie spotyka się określeń "choruje na karłowatość zwaną niskorosłością". Jeśli udałoby się uznać nacechowanie pejoratywne słowa "karzeł", mogłoby to odebrać argument do nazywania nas w ten sposób tym, którzy wskazują, że przecież jest ono w słowniku. Jak bardzo ładnie wyjaśnił to w swoim wpisie jeden z blogerów - w słowniku synonimami tego słowa są też "niziołek" i "kurdupel", a do ich używania zupełnie inaczej podchodzimy.

- Nie nadawajmy ludziom etykiet tylko pod kątem ich wyglądu, inności. Jestem absolutnie przeciwna używaniu pejoratywnego słownictwa w stosunku do jakiejkolwiek grupy ludzi. To, że mam kolegów homoseksualnych, którzy nie mają problemu z tym, żeby się nazywać "pedałami" nie znaczy, że ja będę tego określenia używać. A już na pewno nie będę go używać w przestrzeni publicznej. Taka sama sytuacja jest ze słowem "murzyn" - ciemna skóra to cecha, a nie esencja, jestestwo, coś, co kogoś definiuje. Jeśli chodzi o kwestie poznawcze, chciałabym, żeby ludzie zrozumieli, że wzrost to cecha. Nie zmienia absolutnie niczego w moim życiu, poza pewnymi ograniczeniami fizycznymi i tym, że nie wszędzie sięgam. Największe problemy, jakie się przytrafiają ludziom z dowolną innością, wynikają nie z tego, że świat jest wielką barierą, bo mamy już takie rozwiązania technologiczne, które potrafią je wszystkie znieść. Największe bariery stawiają inni ludzie.

Mentalne.

- Dokładnie. Wtedy, kiedy odbierają ci człowieczeństwo. Albo kiedy nie mogą przełamać się podczas kontaktu z drugą osobą. Albo gdy media, które kreują wycinki rzeczywistości, nie są w stanie wykorzystać takich osób w otoczeniu, w jakim one funkcjonują. Przecież prowadzę całkowicie normalne życie: pracuję, chodzę na hiszpański, mam problemy natury kobiecej, rozterki, które każda "normalna" postać, zdrowa, też przeżywa. Mimo to jestem przedstawiana z zapleczem smutnej historii albo w kontekście prześmiewczym. Jakby istniały tylko te dwa, a to jest bardzo irytujące. Chciałabym osiągnąć poziom, na którym dla innych będę jedynie kobietą powyżej trzydziestki, pracującą na dwa etaty, która ma lub nie ma faceta w danym momencie. Wtedy będę czuła, że jestem częścią całości. Wtedy ludzie przestaną się dziwić, że się gdzieś pojawiłam i przebiłam kolejny mur. Zdaję sobie sprawę, że jeszcze długo będę tą pierwszą, która się gdzieś publicznie pokazała. Fajnie by było, żeby pojawiły się też kolejne osoby i nie było tej potrzeby przebijania się.

- Podam przykład. Jestem na kilku grupach castingowych, gdzie szukają ludzi do ról w filmach i serialach. W ogłoszeniu pojawia się wiadomość, że jest potrzebna energiczna 30-latka do roli przyjaciółki głównej bohaterki. Wiem, że jeśli wystartuję w tym castingu, nie zostanę zatrudniona, bo osoba, która go będzie przeprowadzać, nie będzie w stanie spojrzeć poza to, że się wyróżniam fizycznie. Nie będzie na tyle odważna, żeby powierzyć mi tę rolę. Mimo że w prawdziwym życiu jestem taką koleżanką różnych osób, w oczach mediów będę cały czas kimś kontrowersyjnym.

Lepiej ci zaproponować role charakterystyczne, związane z twoim wzrostem...

- W ostatniej propozycji, którą mi składano, roztaczano przede mną wizję pracy ze znakomitym reżyserem, scenarzystą i tak dalej, a zaraz potem pojawiło się słowo "cyrk" i opis sceny, gdzie "biedna siedzi smutna przed lustrem, a jakiś człowiek za nią komentuje: ‘Jaka pokraka’". K... mać, za przeproszeniem - sami pchają taką narrację, a potem mają pretensje, że my mamy jej dosyć. Jeśli byłaby pełna otwartość, pełna widoczność tego typu osób w przestrzeni publicznej, nie musiałyby się zgadzać za każdym razem na tego typu role, bo miałyby znacznie większy wybór.

Czy kobieta niskorosła ma szansę pojawić się na okładce polskiego "Vogue'a" - czytaj na następnej stronie >>>

***Zobacz także***

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje