Przejdź na stronę główną Interia.pl

​Ola Nguyen: Lubię sobie pożuć

Ola Nguyen wygrała 7. edycję MasterChefa, fot. TVN/FOKUSMEDIA/NEWSPIX.PL /X-news

Lubię boczek, ozór wołowy, podroby. Żałuję, że ludzie nie czerpią przyjemności z żucia - mówi Ola Nguyen, pochodząca z Wietnamu zwyciężczyni 7. edycji programu MasterChef i autorka książki "Mozaika smaków". - Po programie zaczęłam bardziej komponować talerz jak płótno, na którym chcę pokazać moje możliwości. Teraz zaczynam od tego, jak dana potrawa ma wyglądać, a później wybieram teksturę i smak poszczególnych jej elementów.

Reklama

Agnieszka Łopatowska, Styl.pl: Twoim popisowym daniem jest zupa z węgorzy. Dla Polaków przepis na nią jest przerażający.

Ola Nguyen: - Opowiedziałam o tym przed nagraniami do MasterChefa i szczerze mówiąc myślałam, że to nie zostanie wyemitowane. Teraz trochę się tego wstydzę. Węgorze do zupy obdziera się ze skóry, kiedy jeszcze są żywe. W Wietnamie, gdzie ta potrawa jest bardzo popularna, to znana metoda, dzięki której mięso węgorzy jest twardsze. Tutaj zwierzęta traktuje się bardziej humanitarnie. Ale choć Polska jest jednym z większych hodowców węgorzy, najczęściej są one mrożone, więc niewiele mogę z nich przyrządzić.

Reklama

Mówisz, że największym szczęściem jest to, że możesz gotować dla swoich bliskich - jak oni oceniają twoją kuchnię?

- Moi rodzice są moimi największymi krytykami. Wiem, że zawsze mi powiedzą szczerze, czy rzeczywiście im smakowało. Ale też wiem, że sprawiam im przyjemność. I to w bardzo osobisty sposób, bo przyrządzam potrawy dokładnie według ich preferencji - wiem czy wolą kiedy coś jest pokrojone, a kiedy zgniecione w rękach. Myślę, że żadna z potraw, którą gotowałam w programie, by im nie smakowała, bo wciąż nie mogą się pogodzić z moim nowym podejściem do kuchni. Ale w gotowaniu dla nich najważniejsze jest dla mnie to, że poświęcam im czas i zaangażowanie, a nie obdarowuję ich za to rzeczami materialnymi.

Na czym polega twoje nowe podejście do kuchni?

- Kiedyś najważniejszy był dla mnie sam smak i odwoływałam się do znanych, klasycznych przepisów. Program wymagał od nas większego zwrócenia uwagi na sposób podania dań, to, jak się prezentują. Dzięki temu zaczęłam bardziej komponować talerz jak płótno, na którym chcę pokazać moje możliwości. Nie uważam siebie za artystę, raczej za umysł ścisły, ale wydaje mi się, że właśnie tak pracują artyści. Teraz zaczynam bardziej od końca - od tego, jak dana potrawa ma wyglądać, a później wybieram teksturę i smak poszczególnych jej elementów.

We wstępie do swojej książki piszesz, żeby się nie zrażać tym, że używasz w przepisach azjatyckich składników, bo można je kupić w sklepach z azjatycką żywnością, albo zamienić na inne, bardziej dostępne.

- Bardzo zależało mi na tym, żeby do przepisów wstawiać alternatywy oryginalnych składników. Mieszkam w Warszawie, gdzie jest duża społeczność wietnamska i w trzech miejscach można dostać wszystkie produkty, których potrzebuję. Ale wiem, że jakieś 3/4 Polski nie ma do nich dostępu. Można je za to zamówić w internecie na stronie http://www.asiafoods.pl/. Spokojnie, nie dostaję za to żadnej prowizji, ale zależy mi na tym, żeby wszyscy mogli je mieć.

- Zaczynając pracę nad książką, miałam wielkie ambicje - chciałam, żeby była o modernistycznej, high-endowej kuchni azjatyckiej. Ale po jakimś czasie zorientowałam się, że chyba tylko ja czerpię przyjemność ze spędzenia kilku godzin w kuchni, a inni ludzie chcą zrobić coś innowacyjnego, ale niekoniecznie trudnego i pracochłonnego. Te moje pierwsze przepisy znajdują się na końcu książki. Późniejsze są znacznie łatwiejsze.

>>>Co Ola Nguyen lubi w polskiej kuchni? Odpowiedź znajdziesz na kolejnej stronie<<<

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje