Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Od zasmażki do fusion

​Gdyby ktoś w roku 1989 zaproponował nam kimchi, food porn i papardelle, bylibyśmy trochę onieśmieleni. Po 30 latach wolnej Polski wykształceni przez podróże, reklamy i kucharzy celebrytów o jedzeniu wiemy wszystko. Jak to się zmieniało? Twój Styl zabiera was w kulinarną podróż. Będzie szczypta humoru, garść wiedzy oraz łyżka nostalgii. Do smaku.

Jadamy dziś brancze i lancze, wyciskamy buraki. Nie boimy się surowej ryby, śmiałym gestem zamawiamy prosecco i wiemy, czym się różni latte od macchiato. Eksperci wołają: zyskaliśmy świadomość kulinarną! Choć lepiej powiedzieć: odzyskaliśmy. Bo ona była. Pulardy, leguminy, profiterolki - dziadkowie znali te frykasy przed wojną. Ale centralnie sterowana gospodarka PRL pozbawiła naród wyrafinowania. Jedzenie musiało być sycące, byśmy przetrwali: a) mroźne zimy, b) ustrój wymagający krzepy do stania w kolejkach. Dziś klimat się ocieplił, ustrój zmienił, świat AGD poszedł do przodu. Jak te procesy wpłynęły na talerz Kowalskiego? 

Dali nam banana

Reklama

Wszystko, co się w kuchni wydarzyło po 2000 roku, wypada blado w porównaniu z tym, co przeżywaliśmy w latach 90. Symbol zmiany? Banany. Wcześniej  - rzucane na rynek okazyjnie (zielone sztuki dojrzewały na oknie, a my, nieletni, obserwowaliśmy w napięciu: kiedy będą jadalne?). Po roku ’89 wszyscy zostaliśmy "bananową młodzieżą" (wcześniej to miano należało się dzieciom prominentów). Teraz kupowało się owoc ze straganu szczęki i człowiek nie dowierzał szczęściu: "od razu żółty i tak zwyczajnie go jem?". 

Kolejna ekstaza - soki w kartonach. Kiedyś NAPRAWDĘ ich nie było. Pragnienie gasiło się mirindą lub cytronetą - gazowanymi zajzajerami w ciężkich butlach. A tu proszę - "Donald Duck", taki ładny, amerykański! Uniesień zaczęły dostarczać jogurty i opakowania po nich. Kolorowe kubeczki po użyciu służyły z powodzeniem za "szkło" na młodzieżowej imprezie. Ot, taki prekursorski odruch zero waste. Wtedy też zaczęła robić karierę kukurydza z puszki. Jak ona nam smakowała w sałatce z szynką, serem i majonezem! Piliśmy do tego wino Sophia i czuliśmy się szczęśliwi. Zajadaliśmy się też paluszkami rybnymi (nowość na rynku). A jak się ugotowało ryż w woreczku (kolejna nowinka) i dodało sos Uncle Ben’s, to był kulinarny szczyt światowości. Inna opcja: kotlet z ananasem, bo właśnie trwał szał na łączenie owoców z mięsem. Nie bez związku z pojawieniem się ich w miejscu innym niż pewex. 

Mc Luksus

O, roku ów, 1992! W Warszawie otworzył się pierwszy McDonald. Wreszcie mogliśmy cieszyć się sformatowaną bułką z mięsem. Wstęgę przecinał Jacek Kuroń, a zachodnie gazety pisały, że "w cieniu stalinowskiego pałacu kultury" stanął dowód na nasze otwarcie się na Zachód. Lista dań? Niedługa, nikomu nie śniło się o wieśmakach i "hepimilach". Hamburger Big Mac kosztował ok. 25 tysięcy - takimi sumami się obracało przed denominacją, proszę młodzieży! Pierwszego dnia dokonano ponad 13 tys. zamówień, pobijając tym światowy rekord.

W tym samym roku otworzył się pierwszy Burger King (na placu Zbawiciela) i Pizza Hut (Marriott). Kto był biednym studentem, pamięta, że w pizzerii płaciło się za jedno nałożenie sałatki. Żeby zmieścić więcej, brzegi talerza przedłużało się plastrami ogórka, pracowicie ułożonymi jeden obok drugiego, co pozwalało uzyskać o trzy centymetry wyższy rant. Z takim jedzeniem komponowały się imperialistyczne dotąd napoje gazowane. "Zawsze-kokakola" i "bądź-sobą-wybierz-pepsi". Wszyscy chcieliśmy być sobą i nie myśleliśmy, jak wiele łyżeczek cukru jest w puszce (siedem!). 

Do dziś zresztą za bardzo się tym nie przejmujemy. Romans z fast foodami trwa. Dla wielu "wyjście z rodziną do makdonalda" jest jedną z większych atrakcji. To ulubione (i uznawane za prestiżowe) miejsce na urządzenie dziecięcych "urodzinek". A jak zapewnia najnowsza reklama sieci - również schronienie, jeśli będąc na randce, trafimy na film o latających ośmiornicach. À propos reklam, ale tych dawnych... 

Najmilsza chwila poranka...

- kawy Jacobs filiżanka! "Faluj z ruffles", śpiewane przez Ryszarda Rynkowskiego. Co Knorr, to Knorr. "Przebojowe warzywa Bonduelle" nucone na melodię "Deszczowej piosenki". Dla ludzi, którzy przeżyli lata 90., te reklamy są jak magdalenki Prousta, otwierają wspomnienia. Dziś rzadko które hasło ma taką siłę rażenia jak "No to frugo!". Mówiło się nawet o pokoleniu frugo - ludzi młodych, którym "świeży smak owoców" i w ogóle wszystko "należy się bez żadnych ograniczeń!". "Gdzie wybucha dzika grucha, cytrus zwisa na tygrysa" i inne slogany plus psychodeliczne obrazy, muzyka, nastrój swobody - to sprawiło, że frugo odniosło megasukces. 

Ale starsi też mieli idoli - z Janosika. Kwiczoł strofował Pyzdrę: "Ino słoninę źresz. A jo jem tylko kamę, dlatego syćko pamiętom i serce mam jak dzwon" - tu następowało uderzenie w pierś i stosowny dźwięk. Hasło o sercu weszło do języka codziennego. Podobnie jak późniejsze, z 2003: "Czipsy przyszły" (stający w drzwiach imprezy policjanci). Branża "czipsiarska" wygenerowała zresztą sporo nośnych haseł, od sadystycznych ("nic nie poradzisz, musisz zajadać, choćbyś pękł") po śpiewne ("czijo, czijo, czijoczips!"). 

Skoro jesteśmy przy czipsach, wspomnijmy o piwie (takie połączenie też wypracowaliśmy przez 30 lat). Pamiętacie? "Mariola okocim spojrzeniu"; "Czas na EB"; "Moja babiczka pochaz'i z Chrzanowa". Odnotujmy też hasła z działu słodycze: "Jesteś głodny, zjedz snickersa", "A świstak siedzi i zawija je w te sreberka" (tekst z reklamy czekolady Milka z 1998 roku stał się synonimem opowiadania bzdur) i "Czy wiecie, co mój synek zrobił dzisiaj rano? Ni mniej, ni więcej tylko wziął batonik Milky Way i wrzucił go do mleka". Przeżyliśmy i to. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje