Reklama

Reklama

Niech mówią, co chcą

Andrzej

Z pierwszą żoną byłem 57 lat, to jest właściwie całe życie. Kiedy nagle odeszła, wszystkiego mi się odechciało. Zawód rzuciłem, psa oddałem, nikt się do mnie nie odzywał, całymi dniami siedziałem w fotelu w szlafroku i patrzyłem to na Tuska, to na Kaczyńskiego. Zwykle w południe spotykałem się z przyjacielem na kawę. Czekałem jak zmiłowania niedzieli, kiedy moja ukochana córka Zuzia zabierała mnie na obiad. Razem wyjeżdżaliśmy na wakacje i spędzaliśmy święta poza Warszawą. Bardzo lubiłem te nasze wycieczki, ale kiedy wracałem do pustego mieszkania, znowu odzywała się samotność nie do zniesienia.

Reklama

Miałem uczucie, że już wszystko skończyłem, że jak zadzwoni telefon, to nie będzie propozycja roli u Wajdy, tylko zaproszenie na premierę do Narodowego. Więc w zasadzie czekałem na tę panią z kosą, która zapuka do drzwi i powie: „Chodźmy”. A doczekałem się Kamili. Pracowała w redakcji „Teatru”, a ja pisałem tam felietony. Miła dziewczyna, za każdym razem koniecznie chciała poczęstować mnie herbatą, ale wtedy też mi się dzwonki rozległy: „Zostaniesz na tej herbacie i coś z tego będzie”. Jestem czujny, bo długo żyję.

Od razu wyczułem taką aurę wokół niej, opiekuńczości i dobroci, czyli dokładnie tego, czego mi brakowało. I jeszcze można było z nią porozmawiać. A ja oddam wszystko za te dwie, trzy godziny wieczornej rozmowy. Przez kilka miesięcy widziałem ją może z pięć, może z osiem razy, kiedyś przysłała mi SMS z życzeniami noworocznymi i to był taki impuls.

W lutym poszliśmy razem na premierę do Narodowego, wzbudziło to sensację, ponieważ nikt mnie nigdy nie widział z żadną inną kobietą poza moją żoną. Ludzie patrzyli, ale w końcu jedno wyjście jeszcze nic nie znaczy, może to asystentka, może kuzynka.

Po teatrze była kolacja, a potem wszystko szybko się potoczyło. Pomyślałem, że przecież nie muszę siedzieć sam, jak trafia mi się Kamila, że wspólnych tematów mamy bez liku, bo ona jest teatrologiem. Od razu pierwszego wieczoru powiedziałem jej, jakie mam zamiary, że chcę się żenić. Nigdy nie zapomnę jej reakcji, w sekundę spoważniała: „Ty na serio mówisz?”.

Był we mnie lęk przed związkiem, pomyślałem, że jak powiem to głośno i sam to usłyszę, to wtedy się ośmielę. To była jedna z najodważniejszych decyzji w życiu. Rzuciłem się na głęboką wodę. Ale byłbym idiotą, gdybym nie spróbował.

Jasne, że zastanawiałem się nad różnicą wieku, 60 lat to nie przelewki, to się przecież nadaje do Księgi Guinnessa. Zapytałem Kamilę, czy zdaje sobie sprawę, co robi, odpowiedziała, że nie ma sprawy. Ona traktowała mnie jak kolegę, bo umysłowo jesteśmy na tym samym poziomie. Więc skoro tak, to uznałem, że pokażemy ludziom, że do końca nie należy rezygnować, że wiek nie gra roli, że życie kończy się, dopiero jak człowiek ostatnie tchnienie wyda, że zawsze można znaleźć szczęście i że nawet parę miesięcy szczęścia z kimś, kogo się rozumie, warte jest skandalu, rozróby, choć, prawdę mówiąc, nie sądziłem, że wywoła to aż taką sensację. Od razu zaczęliśmy załatwiać papiery, Kamila wyszukała w Internecie, gdzie najszybciej dają ślub, i znalazła Sokołów Podlaski. Ciekawa miejscowość, kiedyś jeździłem tam po kożuch, jak była moda na takie kożuchy woźniców.

W piątek 5 czerwca pojechaliśmy taksówką z dwoma świadkami i stało się. Najbardziej zdziwione były panie w urzędzie. Pytały: "A dlaczego właśnie u nas?". Odpowiedziałem: "A dlatego, że szybko". Prawda była taka, że ślub miał być później, gdzie indziej, goście byli zaproszeni, ale nastąpił przeciek do prasy i stąd pośpiech.

Minął rok od ślubu, szybko, bo nie nudziłem się ani chwili. Nigdy bym tego nie cofnął, uważam, że małżeństwo to był świetny pomysł. Moi koledzy czasami narzekają, a ja jestem uśmiechnięty i odmłodzony, wiadomo - młody żonkoś. Kamila daje mi dużo ciepła, uczucia. Zdajemy sobie sprawę, że każde z nas jest na kompletnie innym etapie życia, jest ogromna różnica doświadczeń.

Gdy opowiadam o carze Mikołaju, dla niej to są bajki o żelaznym wilku, a dla mnie taka przeszłość, że mogę ją ręką chwycić. Ale ona też ma ciekawe poglądy, dzięki niej ja z kolei koryguję swoje patrzenie na świat. Wierzę, że Kamila będzie przygotowana do samodzielnego życia, kiedy mnie zabraknie. Czasem obliczam, ile jeszcze mi zostało, nigdy przy Kamili, bo ona uważa, że będę żył wiecznie, a co najmniej 150 lat. Nikomu się to nie udało, choć ja starość trochę oszukałem, bo pozwoliłem sobie na plany, a przecież w wieku, w którym jestem, myśli się raczej o przeszłości, a nie przyszłości.

Chciałbym jeszcze pojechać tu i tam, pokazać Kamili parę rzeczy. Ona jest ciekawa świata, pełna energii, chce tyle zobaczyć, i to rozumiem. A ja już wszystko widziałem, ale cieszy mnie jej radość. To zabawna sytuacja, ma w sobie coś z Pigmaliona. Nie prowadzimy życia towarzyskiego, za to do teatru chodzimy do znudzenia, choć na temat spektakli mamy wyłącznie różne zdania - ona jest dzisiejsza, a ja jestem z XIX wieku, nie rozumiem współczesnej estetyki, często się nią brzydzę i czasem to demonstruję.


Jestem tolerancyjny, niech każdy robi, co chce, pod warunkiem że ja nie muszę na to patrzeć. Nie rozumiem, dlaczego przez 40 minut mam oglądać na scenie genitalia i to jeszcze u jakiegoś paskudnego faceta. Kiedyś wyrwało mi się na koniec: "O Jezu, nareszcie!", zresztą uważam, że widz ma prawo głośno wyrażać opinię. Kamila kopnęła mnie w kostkę, zasyczała i oświadczyła, że więcej ze mną do teatru nie pójdzie, ale przeszło jej i nadal chodzimy.

W domu to ona rządzi i dobrze mi z tym. Opiekuje się mną aż do przesady, jest dokładna, jak umawiamy się, że wychodzimy o 10.05, to punktualnie o 10.05 wychodzimy. Córka jest zadowolona, wie, że jest oprócz niej osoba, na którą mogę liczyć. Kiedy powiedziałem jej o planach, poparła je od razu, zrozumiała, że nie mogę tak sam siedzieć. Z Weroniką, moją wnuczką, spotkaliśmy się w ubiegłe wakacje we Włoszech. Kamila jest od niej młodsza, już sam ten fakt jest śmieszny, ale miło sobie pogadaliśmy.

Najbardziej dziwi mnie, że nie mogę spokojnie wyjść z domu, żeby nie pojawili się paparazzi. Byłem osobą znaną i wiele ciekawych rzeczy zrobiłem. Nikt się mną nie interesował, dopóki nie ożeniłem się z młodą dziewczyną.

Iza Komendołowicz

PANI 7/2010

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje