Reklama

Reklama

Nie odpuszczę

Przeżyłam kilka poważnych rozczarowań. Zawiódł mnie przyjaciel z zespołu, zdradził mąż, oszukała menedżerka, którą traktowałam jak przyjaciółkę. Cóż, w tym ostatnim przypadku po prostu zapłaciłam za przyjaźń, a brak lojalności dostałam gratis. Współczuję jej następnym naiwnym „klientom”. To było bolesne doświadczenie, ale pouczające. Moja mama powtarza, że najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa. A prawda hartuje.

Reklama

W każdym z tych przypadków przez długi czas wiele osób sugerowało mi, że dzieje się coś niedobrego i powinnam być bardziej czujna, ale nic sobie z tego nie robiłam. Gdy kogoś polubię, ufam mu i ciężko mi przyjąć do wiadomości, że ta osoba jest wobec mnie nie fair. Poza tym chyba już mówiłam, że nie słucham nikogo? Naprawdę, trzeba mocno się postarać, żeby stać się moim byłym przyjacielem, eksmężem. Daję wiele szans. Ale jeśli ktoś straci w moich oczach jako człowiek, to nie ma odwrotu. Koniec to koniec. Już nie wyciągnę ręki.

Nie znoszę ludzi, którzy się sprzedają. Dla kasy, sławy. Dziś można zarobić milion, a jutro go stracić. Popularność? Wystarczy być trzy razy na Pudelku i już wszyscy cię znają. Ile to jest warte? Najważniejsze, żeby wieczorem móc spojrzeć w lustro. Trzeba zachować godność. To ponad wszystko. Rozstania, o których wspomniałam, wyszły mi na dobre. Kiedy rozpadł się zespół, nagrałam pierwszą solową płytę; gdy zwolniłam menedżerkę, odżyłam artystycznie, porzuciłam internetowo-bulwarowy styl promocji i rozpoczęłam najbardziej spektakularną trasę koncertową: Rock’n’roll Palace Tour; a po rozwodzie poznałam Adama.

Nigdy nie oceniam mężczyzn przez pryzmat swoich poprzednich związków. To totalnie błędne myślenie. Przecież do każdego człowieka trzeba podchodzić inaczej, nie powielać żadnych kalek. Dzięki byłemu mężowi zrozumiałam jedno: że mężczyźni się nie zmieniają. Jak zdradził raz, zrobi to po raz drugi i trzeci. I naprawdę nie ma znaczenia, że ma taką fajną żonę jak ja.

Adam jest indywidualistą, samcem alfa, który ma niekonwencjonalne podejście do życia. Tylko tacy faceci mi się podobają. Kiedy go zobaczyłam w telewizji, natychmiast zaczęłam ostrzyć harpun. Podejrzewałam, jaki ma obraz mojej osoby, i tym bardziej kręciło mnie, żeby zmienił podejście. Jak widać, byłam skuteczna. Zawsze każdego swojego faceta sama wybierałam.

Im dłużej jesteśmy razem, tym bardziej się przekonuję, jakim Adam jest fantastycznym człowiekiem. Inteligentny, rozsądny, nie unosi się, tylko chłodno analizuje, podczas gdy ja mam włoski temperament. Łączą nas uczucie i wspólna pasja. Oboje wykonujemy ten sam zawód, wiemy, ile wymaga poświęceń. Jadę w trasę, on jedzie w swoją. Nikt nie ma do nikogo pretensji. Przez ostatnie kilka miesięcy byłam zajęta nagrywaniem drugiej solowej płyty i on to doskonale rozumiał. Bardzo mnie wspiera.

Nie zamierzam wychodzić za mąż. Instytucję małżeństwa widzę jako ekscytującą przygodę, totalnie beztroską – kiedy się rozwodziłam, niewiele mnie to obeszło, nawet urządziłam z tej okazji imprezę. Natomiast Adam ma zupełnie inne podejście – przysięgę na całe życie traktuje poważnie. Jestem za bardzo zmienna, żeby składać obietnice na zawsze, trudno mnie ujarzmić. Adam czasem w nerwach mówi, że pewnego dnia rzucę go jak rękawiczkę. To nie tak, przywiązuję się do ludzi. Ale nie chcę mu zmarnować życia i urządzić piekła – chociaż w jego przypadku to chyba nie byłaby kara. Dlatego stawiam sprawę jasno. On wie, na czym stoi.

Nie chcę też mieć dzieci. Ciągle ktoś mi mówi, że na pewno zmienię zdanie, dojrzeję do macierzyństwa. Nie sądzę, uważam prokreację za niezbyt wybitną sztukę pozostawiania po sobie śladu na ziemi. Chcę zrobić znacznie więcej. Poza tym wciąż jestem głodna różnych wyzwań, a to wymaga skupienia na sobie. Wiem, że dziecko nie byłoby przy mnie szczęśliwe. Dlatego nie będę powoływać na świat istoty, która ciągle tęskniłaby za matką. Nienawidzę półśrodków – jak wychowywać dziecko, to na 100 procent.

Moja przyjaciółka jest w kółko pytana: „Jaka naprawdę jest Doda?”. Nie ma innej Dody, nie wchodzę na scenę i nie udaję. Dla wielu artystów życie w świetle reflektorów to sposób na leczenie kompleksów. Bo tak naprawdę tylko marzą, żeby wrócić do domu, włożyć dres i niańczyć dzieci. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś chce być gwiazdą, to powinien nie tylko fajnie śpiewać. Musi mieć też osobowość, wyrazisty styl, odwagę w wyrażaniu opinii, żeby ludzie mogli je komentować z wypiekami na twarzy. Nie będę zgrywać szarej myszki, nie potrzebuję kąta, w którym mogłabym się schować. Błyszczę przez 24 godziny na dobę, bo taka już jestem. Przywykłam, że wszędzie zwracam na siebie uwagę, ale przecież właśnie tego chciałam. Czasami wkurzam się, że ciągle jeżdżą za mną paparazzi i wszystko, co dzieje się w moim życiu, odbija się echem w mediach. Zamiast zapomnieć o problemach, muszę się w nieskończoność tłumaczyć. Inna sprawa, że w tym kraju nikt niczego nie docenia. Im dalej ktoś zajdzie, tym więcej ma wrogów. Ludzie nie potrafią cieszyć się cudzymi osiągnięciami, najlepiej jak komuś wiedzie się źle. Wtedy można się pocieszać. Porażki zawsze były matkami mojego sukcesu, mobilizowały mnie do walki. W gruncie rzeczy to dobrze, że urodziłam się w Polsce, choć gdzie indziej byłabym pewnie noszona na rękach jak królowa, a tutaj muszę mieć tyłek twardy jak skała. Jestem ikoną popkultury, czy to się komuś podoba, czy nie. Nikt nie jest w stanie mnie zatrzymać. Chcesz wyssać ze mnie krew, zapraszam, zatrujesz się ty…

Iza Komendołowicz

PANI 8/2010

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje