Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nie chcę czuć się bezpiecznie

Przez ostatnie dwa lata zagrała w 10 filmach, otrzymała dwie nominacje do Oscara i statuetkę Złotego Globu. Tajemnicza Jessica Chastain wyrasta na jedną z największych gwiazd Hollywood.

"Prawdopodobnie najbardziej utalentowana i pracowita aktorka, o której nikt nie słyszał" - pisał jeszcze niedawno o Jessice Chastain dziennik "The Telegraph". To się właśnie zmienia. Amerykanka wzbudziła powszechne zainteresowanie, gdy w zeszłym roku pojawiła się na gali rozdania Oscarów u boku Brada Pitta. Para promowała film "Drzewo życia" Terrence’a Malicka. Ale to nie wszystko - Chastain sama też była nominowana do Oscara za drugoplanową kreację w "Służących" Tate'a Taylora. Wszyscy zastanawiali się, skąd wzięła się ta rudowłosa piękność o trudnym do zapamiętania nazwisku.

Reklama

O jej życiu prywatnym wiadomo niewiele. Córka weganki prowadzącej małą restaurację i strażaka, mieszka w Nowym Jorku z kalekim psem Chaplinem. Czy 36-latka z kimś się spotyka? Na to pytanie nie chce odpowiedzieć. Woli mówić o swojej karierze zawodowej. Absolwentka prestiżowej szkoły aktorskiej Juilliarda w Nowym Jorku, długo realizowała się przede wszystkim w teatrze. Grała poważne role dramatyczne i występowała u boku takich gwiazd, jak Philip Seymour Hoffman i Al Pacino. Z tym ostatnim wystąpiła w 2006 r. w sztuce "Salome" Oscara Wilde’a. Pięć lat później aktor zrealizował wersję filmową dramatu z Chastain w roli głównej.

- Nie jestem typem długonogiej, słodkiej blondynki, więc gdy przyjechałam z Nowego Jorku do Los Angeles, producenci mieli ze mną problem. Jest we mnie coś... innego, wręcz dziwnego. Dlatego dostawałam same charakterystyczne role - mówi aktorka.

W ciągu ostatnich dwóch lat na ekrany weszły takie produkcje z jej udziałem, jak "Dług" Johna Maddena, "Koriolan" w reżyserii Ralpha Fiennesa, "Gangster" Johna Hillcoata czy wreszcie głośne "Służące". Aktorka nie podjęła ani jednej nietrafionej decyzji i stała się najjaśniejszą wschodzącą gwiazdą Hollywood. Ten rok tylko potwierdza jej wysoką pozycję.

Już 24 lutego rozdanie Oscarów, a Jessica po raz drugi jest nominowana do tej nagrody. Tym razem dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Chastain zagrała we "Wrogu numer jeden" (w kinach od 8 lutego) Kathryn Bigelow, która pięć lat temu zdobyła statuetkę za opowiadający o amerykańskich żołnierzach w Iraku dramat "The Hurt Locker. W pułapce wojny". Teraz była żona Jamesa Camerona nakręciła film o polowaniu na bin Ladena, a Jessica wcieliła się w młodą agentkę CIA przebywającą w Afganistanie.

Temat walki z terroryzmem jest zresztą aktorce szczególnie bliski - jej brat Will służy w Iraku. Za rolę odważnej Mai Chastain już otrzymała Złoty Glob. Tymczasem amerykański box office podbija kolejny film z jej udziałem, horror "Mama". W obrazie Andresa Muschiettiego wcieliła się w Annabel, opiekunkę dwóch małych dziewczynek, które po zabójstwie matki zniknęły w tajemniczych okolicznościach i odnalazły się po kilku latach. Na ekranach polskich kin produkcję można oglądać od 22 lutego.

-----------------

Gdy zobaczyłam "Mamę", nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę pani. Ciemne, krótkie włosy, tatuaże na rękach...

Jessica Chastain : - Moja bohaterka to punkówa, która gra w kapeli na gitarze, jest zbuntowana, nosi koszulki z Lou Reedem i The Misfits. A ja nigdy w życiu nie byłam na koncercie. Dlatego przygotowanie do tej roli było dla mnie niezłą zabawą. Przesiadywałam w barze ubrana cała na czarno, sączyłam piwo i słuchałam głośnej muzyki.

Producent Guillermo del Toro przyznał, że długo musiał przekonywać pani agenta, aby wystąpiła pani w horrorze.

- Nie miałam o tym zdarzeniu pojęcia! Chcę grać w różnych filmach, nie tylko w dramatach z górnej półki. Tym bardziej, że do niedawna wcale nie byłam zasypywana scenariuszami. Po premierze filmu "Drzewo życia" to się zmieniło, stałam się atrakcyjna dla reżyserów i producentów, ale proponowano mi same podobne role - wrażliwych i eterycznych młodych matek. A najgorsze dla aktora to dać się zaszufladkować. Dlatego gdy w moje ręce trafił scenariusz "Mamy", ucieszyłam się, że ktoś chce mnie obsadzić w roli bohaterki nie do końca pozytywnej, i to jeszcze wbrew moim predyspozycjom fizycznym. Nie mogłam odrzucić takiej propozycji.

Kiedy oglądałam niektóre sceny, ciarki przechodziły mi po plecach. Jak udało się pani wczuć w atmosferę grozy?

- Reżyser Andres Muschietti podpowiedział mi, żebym w drodze na plan słuchała muzyki z klasycznych horrorów. Łatwo mnie wystraszyć, czasem przeszywająca partia smyczkowa wystarczy, żeby wzbudzić we mnie wewnętrzny niepokój. Dźwięk działa na mnie sugestywniej niż obraz. Szczególnie w nocy. Kilka dni temu mój pies Chaplin zaczął przeraźliwie szczekać, a mnie się wydawało, że ktoś stoi przed drzwiami wejściowymi, ale nie puka. To pewnie tylko wybujała wyobraźnia, wystraszyłam się jednak nie na żarty. Przez kilka godzin leżałam w łóżku, bojąc się poruszyć.

Ma pani na koncie wiele świetnych ról teatralnych, ale dopiero kreacja w "Służących" sprawiła, że została pani doceniona jako aktorka. To musi być frustrujące.

- Trochę, bo wiele poświęciłam, żeby być profesjonalistką w swoim zawodzie. I robiłam różne rzeczy godne uwagi, zanim zaczęłam grać w Hollywood. Choć skończyłam prestiżową uczelnię oraz specjalizuję się w teatrze szekspirowskim, nigdy nie zawahałam się przed graniem mniej poważnych rzeczy - trupa w serialu czy Myszki Miki na urodzinach koleżanki.

Przez ostatnie dwa lata zagrała pani w dziesięciu filmach. To naprawdę dużo, można stracić kontakt z rzeczywistością.

- Wszystko działo się tak szybko... Ale nie narzekam. Lubię się przepracowywać. Gram nawet, jeśli jestem na skraju wyczerpania. Wiem, że szczęście w moim zawodzie może się w każdym momencie skończyć. Popularność nie jest dana raz na zawsze - jeden błąd, jedna zła rola i można spaść z piedestału. Dlatego tak istotne jest uważne wybieranie ról.

Na co zwraca pani uwagę, gdy dostaje scenariusz?

- Na to, czy postać, którą miałabym zagrać, nie jest tylko ozdobnikiem. Niestety, w kinie amerykańskim bardzo często kobiece bohaterki są tylko dopełnieniem ciekawych kreacji męskich.

Ma pani na koncie dwie nominacje do Oscara oraz statuetkę Złotego Globu na półce. To znaczy, że wkroczyła pani do aktorskiej pierwszej ligi. To daje poczucie zawodowej pewności siebie?

- Jeśli kiedykolwiek zacznę tak się czuć, będzie to znak, że powinnam się rozejrzeć za innym zajęciem. Ten zawód polega na przekraczaniu własnych barier, robieniu czegoś, co w pierwszej chwili wydaje się niewykonalne. Dla mnie ideałem aktorki jest Isabelle Huppert, która ciągle podejmuje nowe wyzwania w filmie i teatrze, pokazuje się w coraz bardziej zaskakujących wcieleniach. Wszyscy wiemy, że jest wspaniałą artystką, wręcz geniuszem, więc mogłaby sobie odpuścić, ale ona chce więcej i więcej. To wzbudza mój ogromny szacunek. Dlatego z całego serca życzę sobie, żebym nie doczekała momentu, kiedy na planie filmowym czy na scenie zacznę czuć się niczym ryba w wodzie. Poczucie bezpieczeństwa jest niebezpieczne.

Rozmawiała: Joanna Ozdobińska

PANI 3/2013


Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje