Reklama

Reklama

Najskuteczniejsi zabójcy naszych czasów

Wielu naukowców twierdzi, że SARS-Cov-2 jest mutacją koronawirusa, pochodzącego od nietoperzy. Gdyby hipoteza okazała się prawdą, należałoby postawić go w jednym szeregu z wieloma innymi, odzwierzęcymi drobnoustrojami, które wywołały globalne kryzysy sanitarne. Jednym z nich była hendra. O jej epidemii w książce „Zaraza. Najskuteczniejsi zabójcy naszych czasów” pisze David Quammen. Poniżej publikujemy fragment reportażu.

Podczas jednej z podróży do Australii zatrzymałem się w Cairns, nadmorskim kurorcie, oddalonym o jakieś 1600 kilometrów na północ od Brisbane, by porozmawiać z pewną młodą doktor weterynarii. Nie mogę ujawnić, jak ją znalazłem, ponieważ unika rozgłosu i nie chce podawać nazwiska do wiadomości publicznej. Ale zgodziła się porozmawiać ze  mną o swoich doświadczeniach z hendrą. Chociaż były one krótkie, występowała w nich w dwóch rolach: jako lekarka i jako pacjentka. Wówczas był to jedyny znany przypadek w Australii, jeżeli nie liczyć stajennego Raya Unwina, kiedy pacjent zaraził się wirusem i przeżył. Rozmawialiśmy w gabinecie małej kliniki weterynaryjnej, w której doktor pracowała.

Reklama

Była tryskającą energią dwudziestosześcioletnią kobietą z błękitnymi oczami i farbowanymi henną włosami ściągniętymi do tyłu w ciasny kok. Miała na sobie spodenki i czerwony T-shirt z logo kliniki, w jej uszach pobłyskiwały srebrne kolczyki. Dotrzymywał nam towarzystwa spragniony pieszczot owczarek szkocki, który nieustannie podsuwał mi głowę pod ręce, gdy próbowałem notować.

Pani doktor opisała październikowy wieczór w 2004 roku, kiedy to udała się do chorego konia. Właściciele byli zaniepokojeni, ponieważ zwierzę, dziesięcioletni wałach, wydało im się "jakieś nieswoje".

Pamiętała, że koń miał na imię Brownie. Mieszkał na rodzinnej farmie w Little Mulgrave, około 30 kilometrów na południe od Cairns. Przypomniała sobie w zasadzie wszystko: cała noc stanęła jej bardzo wyraźnie przed oczami.

Brownie był krzyżówką konia pełnej krwi angielskiej z rasą quarter horse. Nie, nie był to koń wyścigowy, raczej zwierzę domowe. Opiekowała się nim kilkunastoletnia córka gospodarzy, był jej oczkiem w głowie. O ósmej wieczorem koń wydawał się zupełnie zdrowy, a potem nagle poczuł się bardzo źle. Rodzina podejrzewała kolkę, niestrawność - może zjadł jakieś trujące zielsko? O 23.00 zadzwonili po pomoc i trafili na młodą panią weterynarz, która tamtej nocy miała dyżur. Wskoczyła do samochodu, a kiedy znalazła się na miejscu, Brownie był już w bardzo złym stanie. Rozgorączkowany leżał na ziemi, z trudem chwytając powietrze.

- Zmierzyłam mu tętno: koszmarnie wysokie, zmierzyłam temperaturę: to samo - powiedziała mi. - Z nozdrzy leciała mu krwawa piana.

Podeszła bliżej konia, a kiedy ten prychnął, opryskał jej ręce "dość dużą ilością czerwonej, śluzowatej piany". Nastolatka i jej matka były już umazane krwią, próbowały bowiem ratować zwierzę przed przyjazdem pani doktor. Teraz Brownie ledwo unosił głowę. Weterynarka od razu wyczuła, co się święci. Stwierdziła, że musi go uśpić, i pobiegła do samochodu po sprzęt. Wzięła leki i narzędzia do eutanazji, lecz zanim wróciła, koń już nie żył. Wraz z ostatnim tchnieniem przed śmiercią z jego nozdrzy i pyska wypłynęło więcej czerwonej piany.

- Miała pani rękawiczki? - spytałem.

Nie. Protokół wymagał używania rękawiczek do sekcji zwłok, lecz nie do leczenia żywych zwierząt. Nie mogła przewidzieć, że choroba rozwinie się aż tak błyskawicznie.

- Miałam na sobie dokładnie to, co teraz. Buty, skarpetki, niebieskie spodenki i T-shirt.

- A maskę ochronną?

Nie, maski też nie miała.

- Wie pan, w laboratorium łatwo o tego rodzaju środki ostrożności, ale dochodziła północ, lało jak z cebra, znajdowałam się na odludziu, było ciemno, więc musiałam pracować w świetle reflektorów samochodu. Obok siebie miałam rozhisteryzowaną rodzinę. W takich warunkach nie zawsze łatwo o odpowiednie zabezpieczenia. A poza tym po prostu nie miałam pojęcia, w co się wpakowałam.

Nie wiedziała, z czym ma do czynienia w tym przypadku.

- Zupełnie nie podejrzewałam choroby zakaźnej.

Broniła się, ponieważ podawano w wątpliwość jej profesjonalizm.

Przeprowadzono oficjalne dochodzenie i pojawiły się oskarżenia o zaniedbanie. Kobietę oczyszczono z zarzutów, po czym to ona złożyła skargę na to, że nie została odpowiednio ostrzeżona. Raczej nie mogło jej to pomóc w dalszej karierze i prawdopodobnie dlatego chciała zachować anonimowość. Z jednej strony pragnęła się z kimś podzielić swoją wersją wydarzeń, ale z drugiej - chciała mieć już to wszystko za sobą.

Kilka minut po śmierci zwierzęcia założyła wysokie gumowce, długie spodnie i sięgające łokci rękawice, po czym zaczęła przeprowadzać sekcję zwłok. Właściciele chcieli wiedzieć, czy Brownie zjadł jakąś trującą trawę, która mogłaby się okazać groźna także dla innych hodowanych przez nich koni. Rozcięła brzuch Browniego i stwierdziła, że wnętrzności wyglądają prawidłowo. Nie było żadnych oznak zadzierzgnięcia jelit ani innych zmian, które mogłyby wywołać kolkę.

- Podczas pracy ochlapałam sobie nogi płynem z jego brzucha. Nie można zrobić sekcji zwłok konia i się przy tym nie ubabrać - wyjaśniła.

Następnie przez niewielkie nacięcie między czwartym i piątym żebrem zajrzała do klatki piersiowej. Jeżeli to nie była kolka, prawdopodobnie był to problem z sercem. Jej podejrzenie się potwierdziło.

- Serce było bardzo powiększone, a w płucach miał pełno krwawego płynu. Oprócz tego w klatce piersiowej znajdował się tylko płyn. A więc przyczyną śmierci konia była zastoinowa niewydolność serca. To było wszystko, co mogłam stwierdzić na miejscu. Skąd miałam wiedzieć, że to jakieś zakażenie?

Zaproponowała właścicielom zwierzęcia, że pobierze próbki tkanek do badań laboratoryjnych, ale ci nie wyrazili zgody. Dowiedzieli się tego, co chcieli, nie mieli zamiaru wydawać więcej pieniędzy. Szkoda Browniego. Stwierdzili, że wezmą koparkę i zakopią zwłoki.

- Czy w tym gospodarstwie były nietoperze? - dopytywałem się.

- Nietoperze są wszędzie.  - Chciała przez to powiedzieć, że są wszędzie w północnym Queenslandzie, nie tylko w Little Mulgrave. - Nie trzeba wcale wyjeżdżać daleko za miasto, żeby zobaczyć ich całe setki.

W okolicach Cairns ciepły klimat i liczne drzewa owocowe przyciągają stada nietoperzy owocożernych. Jednak późniejsze dochodzenie nie ujawniło niczego, co mogłoby sugerować wcześniejszy kontakt Browniego z tymi latającymi ssakami.

- Nie byli w stanie stwierdzić, dlaczego właśnie ten koń się zaraził.

Czysty przypadek.

Konia przysypano dwuipółmetrową warstwą ziemi. Nie zostały po nim żadne próbki krwi ani tkanek, toteż nie można było nawet orzec, że przyczyną śmierci było zakażenie. To okazało się dopiero później.

Natychmiast po sekcji pani doktor dokładnie umyła ręce i ramiona, wytarła nogi, a następnie wróciła do domu, gdzie wzięła prysznic i zdezynfekowała całe ciało jodopowidonem. Właśnie na takie okazje trzyma w domu duże zapasy tego środka odkażającego stosowanego przez przedstawicieli zawodów medycznych. Potem porządnie umyła się jeszcze raz i wreszcie położyła się spać, po ciężkiej, lecz raczej dość typowej nocy. Dopiero dziewięć lub dziesięć dni później poczuła się gorzej. Pojawiły się bóle głowy. Jej lekarz podejrzewał grypę, przeziębienie lub zapalenie migdałków.

- Często choruję na zapalenie migdałków - stwierdziła.

Internista przepisał jej antybiotyk i odesłał ją do domu.

Przez tydzień nie chodziła do pracy. Wciąż czuła się źle, a objawy choroby przypominały grypę lub zapalenie oskrzeli: łagodne zapalenie płuc, ból gardła, silny kaszel, osłabienie mięśni, męczliwość. Po jakimś czasie starsza koleżanka zapytała, czy rozważała możliwość, że martwy koń zaraził ją hendrą. Młoda pani weterynarz, wyszkolona w Melbourne (daleko na południe, w australijskiej strefie umiarkowanego klimatu), zanim przeniosła się do tropikalnego Cairns, na studiach prawie nie słyszała o hendrze. Sprawa była zbyt świeża, informacje były niezbyt jasne, poza tym choroba nie występowała w okolicach Melbourne. Tylko jeden z czterech gatunków nietoperzy stanowiących rezerwuar wirusa zapuszcza się tak daleko na południe i najwyraźniej żaden z nich nie zdążył jeszcze wzbudzić niepokoju. Zgłosiła się więc do szpitala na badanie krwi, potem na kolejne, i rzeczywiście: wynik testu w kierunku przeciwciał przeciwko wirusowi hendry okazał się dodatni. Ale wówczas już czuła się lepiej i wróciła do pracy. Uległa zakażeniu, lecz wygrała z chorobą.

Fragment książki Davida Quammena "Zaraza. Najskuteczniejsi zabójcy naszych czasów", Wydawnictwo Znak, premiera 24.03.2021.

****

Chcę pomóc 1 % - Strona Fundacji POLSAT - Jesteśmy dla dzieci

Zobacz także:

Fragment książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: wirus | Epidemia | zaraza | choroby | koronawirus

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje