Reklama

Reklama

Najlepsze lekarstwo na miłość

Trudno uwierzyć, że 2 listopada świętuje 85. urodziny! W roku 1958 nagrała do filmu Pożegnanie piosenkę, która błyskawicznie stała się przebojem. Gdy filigranowa Sława Przybylska śpiewała przejmującym głosem: Pamiętasz, była jesień, serca zamierały. Nie mogła w latach 60. spokojnie przejść ulicą, każdy chciał jej autograf. Piosenka była puszczana w radiu, telewizji - nucili ją wszyscy! Ale debiut dziewczyny z Międzyrzeca Podlaskiego nie zapowiadał takiego szału. Dwa lata wcześniej pojawiła się w Studenckim Teatrze Satyryków w Warszawie. Niestety, jej składanka słowno-muzyczna, jak wtedy nazywano pół recytowanie, pół śpiewanie, przez krytyków uznana została za nieudaną...

Reklama

24-latka mogła się poddać, pójść mniej wyboistą drogą, ale nie chciała. Wzięła dodatkowe lekcje śpiewu. - Przez wiele lat byłam smutną osobą. Dzisiaj wydaje mi się, że jestem młodsza niż wtedy, kiedy rzeczywiście byłam młoda. Nauczyłam się pogodnie przyjmować wszystko, co niesie życie - wspominała.

Śpiewała od najmłodszych lat, bo jak twierdzi, na Podlasiu, gdzie się urodziła, wszyscy tak wyrażają swoje emocje. Ale nie od razu wiedziała, że będzie zajmowała się śpiewem zawodowo. Szkołę muzyczną kończyła jednocześnie z Liceum Sztuk Plastycznych. Studiowała handel zagraniczny. Szybko wyszła za mąż za kolegę z uczelni Jerzego Kostarczyka. W tym czasie była jeszcze Stanisławą. Ale gdy zaczęła występować w STS-ie i Stodole, odrzuciła pierwszą część imienia, bo Sława bardziej nadawała się na scenę.

By się sprawdzić, zgłosiła się na konkurs organizowany przez Polskie Radio. Zwyciężyła i wtedy zrozumiała, że studia, które wybrała, były pomyłką. Odnosiła kolejne zwycięstwa: w konkursie telewizyjnym, a kilka lat później na ważnych festiwalach. Współpraca z filmem wyniosła ją na szczyt. Śpiewała w Popiele i diamencie, Zezowatym szczęściu, Niewinnych czarodziejach, Rozstaniu.

W życiu osobistym nie szło jej tak gładko. Narodziny córki Blanki nie uchroniły jej studenckiego małżeństwa przed rozpadem. Miała duże powodzenie, ale długo odrzucała awanse. Uczucie ulokowała w wybitnym reżyserze filmów Eroica, Zezowate szczęście czy Pasażerka Andrzeju Munku (†39), mężczyźnie żonatym...

- Byłam zafascynowana jego twórczością, wiedzą, kulturą. I silnym magnetyzmem jego oczu - wyznała.

Munk, choć nie oparł się urokowi Sławy, z żoną nie chciał się rozwodzić. Piosenkarka godziła się na rolę tej trzeciej. I kto wie, jak potoczyłyby się ich losy, gdyby nie wypadek. 20 września 1961 roku pod Łowiczem prowadzony przez Munka fiat zderzył się z ciężarówką. Reżyser zmarł wkrótce w szpitalu. Dla Sławy Przybylskiej było to koszmarne przeżycie, tym większe, że musiała starannie kryć łzy, żałoba zarezerwowana była dla wdowy... Ratunkiem stała się następna miłość.

Poznała Jana Krzyżanowskiego (78), aktora, pisarza, poetę, byłego męża Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej. Ślub wzięli ponad pół wieku temu. Przeżywali też trudne chwile. Gdy w 1986 roku pan Jan przestał być dyrektorem Teatru na Targówku, musieli wyjechać. Siedem lat mieszkali w Szczawnicy. Gdy wrócili, ich wybór padł na Otwock, miejsce, o jakim śpiewała w Melodii mojego miasta, Na naszej małej ulicy i Miasteczku ze snów.

Często odwiedzają córkę pani Sławy mieszkającą w Szwecji. Piosenkarka ma troje prawnuków. - Czytam poezję, szukam pięknych tekstów, śpiewam, a resztą zajmuje się mój mąż. Każda nowa piosenka jest dla mnie wyzwaniem - powiedziała w radiowej Jedynce. Fascynacja filozofią Dalekiego Wschodu sprawiła, że z pokorą przyjmuje każdy dzień. To jej recepta na wieczną młodość, do której, jak mówi, dochodzi się z wiekiem. - Młodość uczy nas mądrości, ale dopiero w dojrzałym wieku umiemy z niej właściwie korzystać. Dla mnie lekarstwem na wszystko jest muzyka, bo ona neutralizuje cierpienie - mówi jubilatka.

MP

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje