Reklama

Reklama

Najgorsza zima na Ziemi

Podczas antarktycznej zimy dzieją się rzeczy niesamowite. Gdy temperatura spada do minus sześćdziesięciu stopni, a morze wokół południowego kontynentu zamarza, pingwiny cesarskie - największe ze wszystkich pingwinów - rozpoczynają wielokilometrową wędrówkę po lodzie, aby dotrzeć tam, gdzie mają przyjść na świat ich młode. Ich podróży towarzyszył Lindsay McCrae. Oto fragment książki "Rok wśród pingwinów" zawierającej zapiski z ekstremalnej wyprawy reportera na Antarktydę.

Samce pingwinów cesarskich wysiadują po jednym dużym jaju przez około sześćdziesiąt cztery dni, czyli dłużej niż jakikolwiek inny ptak na świecie. To naprawdę wielki wyczyn. Dniami i nocami bez wytchnienia walczą o to, żeby się nie wychłodzić i utrzymać cenne jajo na nogach. Wszystkie robią, co mogą, bo to od nich zależy los następnego pokolenia. W okresie mroku zacząłem spędzać z pingwinami więcej czasu. W życiu nie pracowałem w trudniejszych warunkach, ale to były dla mnie niezwykłe chwile. Poczytywałem sobie za zaszczyt, że mogę towarzyszyć ptakom w jednym z najtrudniejszych okresów roku.

Reklama

Miałem poczucie, że jedziemy na jednym wózku, że i one, i ja mierzymy się z pewnym wyzwaniem. Pingwiny słyną z tego, że radzą sobie pomimo bardzo niesprzyjających warunków pogodowych. Dla mnie to jednak było coś zupełnie nowego. Słońce przestało nas grzać, więc w pogodne dni temperatury zwykle oscylowały w  okolicach minus czterdziestu stopni. Przemarzałem do kości! Palce u rąk i nóg mi sztywniały, skóra między oczami piekła jak przy oparzeniach, a stawy bolały po wielogodzinnym klęczeniu na twardym lodzie.

Pingwiny ewolucyjnie przystosowały się do tych mroźnych warunków, obrastając gęstymi piórami (było ich po ponad sto na cal kwadratowy, więcej niż u jakiegokolwiek innego ptaka). To bynajmniej nie oznaczało, że łatwo im się tu żyło. Panujące tu temperatury mogą przerastać możliwości nawet najlepiej przystosowanego organizmu. Aby przetrwać, pingwiny muszą sobie nawzajem pomagać. Na moich oczach zaczęły zbijać się w gromadę. Przytulanie się do siebie to jedno z ich charakterystycznych zachowań, które bardzo chciałem zaobserwować. Byłem zaskoczony, jak mocno temperatura musiała spaść, zanim pingwiny stwierdziły, że w pojedynkę już sobie nie poradzą.

Zaczęło się od dwóch ptaków, które do siebie przylgnęły. Przypominało to trochę znany z rugby młyn. Pingwiny podczłapywały od tyłu i wciskały swoje otłuszczone ciała pomiędzy dwa inne ptaki. W ciągu zaledwie kilku minut zebrały się ich setki, a każdy po kolei chował dziób w pierzastym karku stojącego przed nim sąsiada. Tworzyły tak zwarte skupisko, że na metrze kwadratowym lodu mieściło się ich nawet do dziesięciu. Wprost trudno mi było uwierzyć, że tak duże zwierzęta mogą się tak mocno ścieśnić. Na obrzeżach gromady dostrzegłem ptaka, który dreptał powoli przed siebie, raz po raz się zatrzymując. Poszukiwał najodpowiedniejszej dla siebie luki. Obrócił nogi o dziewięćdziesiąt stopni i naparł całym ciałem na ścianę pingwinów, po czym schował w niej dziób dla większego komfortu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje