Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Monika Michalik: Swojego długu sama nie spłacę

Monika Michalik - pisarka, która wygrała z białaczką, fot. Radosław Kaźmierczak /materiały prasowe

- Zostałam uratowana. Miałam 29 transfuzji krwi i składników krwiotwórczych. Jeśli dzięki mojej historii czy dzięki mojej książce, ktoś zarejestruje się jako potencjalny dawca szpiku albo odda krew, potraktuję to jako częściową spłatę mojego długu. Bo ja go spłacić sama nie mogę - mówi Monika Michalik, autorka książki "Bądź moim marzeniem", debiutu literackiego będącego wynikiem wygranej w konkursie wydawnictwa Znak.

Reklama

Agnieszka Łopatowska, Styl.pl: - Dokładnie rok temu spotkałyśmy się na warsztatach literackich, prowadzonych przez redaktorkę wydawnictwa Znak Dorotę Gruszkę i pisarkę Magdalenę Kordel, które były nagrodą w konkursie na ulubioną pisarkę Polek. Co wyniosłaś z tych warsztatów?

Monika Michalik: - Przede wszystkim świetne znajomości i przyjaźnie, które trwają do dziś. Ale też nabrałam pewności siebie, odwagi by spróbować urzeczywistnić to, co już praktycznie miałam. Bo książka "Bądź moim marzeniem" była już wtedy gotowa. Czytałam ją kilka razy, za każdym razem coś poprawiałam, udoskonalałam, ale brakowało mi odwagi, żeby puścić ją dalej. Może bałam się krytyki, odrzucenia? Tam zostałam zachęcona, żeby jednak spróbować. Spróbowałam, no i jest!

Reklama

Wróciłaś z warsztatów, posłałaś ją do wydawnictwa i co dalej?

- Czekałam na odpowiedź dwa - trzy tygodnie. Bardzo się spodobała, co mnie zaskoczyło. Przez cały ten rok emocje związane z jej wydaniem narastają we mnie. Na początku byłam ciekawa, jak zostanie przyjęta przez wydawnictwo, jak będą wyglądały wszystkie etapy, o których na warsztatach opowiadały Dorota i Magda. Dzięki nim wiedziałam, co mnie czeka. Bałam się, że po redakcji będą jakieś ogromne zmiany, że trzeba będzie zmienić zakończenie na bardziej dramatyczne. Na szczęście nikt tego nie zaproponował. Na książkę czekałam z utęsknieniem.

- Kiedy ją wreszcie wczoraj dostałam do ręki, napawałam się dotykiem okładki i poczułam, że marzenia rzeczywiście mogą się spełnić. Dało mi poczucie, że wszystko, co przeszłam, miało się wydarzyć. To miało jakiś cel. Bo książkę zawsze chciałam napisać, ale wydawało mi się, że nie potrafię. Pisałam drobniejsze utwory: wiersze, opowiadania, ale książka wydawała mi się rzeczą zbyt ogromną. Kiedy zaczęłam ją pisać, nie wiedziałam, że wyjdzie z niej powieść. To miała być typowa autoterapia, sposób na upuszczenie pewnych emocji, na poradzenie samej sobie.

Ile lat minęło od czasu, kiedy usłyszałaś diagnozę?

- Wczoraj minęły trzy lata odkąd pierwszy raz trafiłam do szpitala. Tej choroby nie wykazują badania profilaktyczne. Daje takie objawy, że na początku nikt nie zdaje sobie sprawy, jakie mogą mieć podłoże. Człowiek jest zmęczony, osłabiony i ma wytłumaczenie, że za ciężko pracuje, ma za dużo stresu. Dopiero kiedy siły opadają ci niepokojąco, zaczynasz się badać.

- Jeszcze nie wiedziałam, co to oznacza, zrobiłam tylko rutynowe badania. Poszłam do pracy, potem miałam wrócić do domu. Wróciłam do niego dopiero po dwóch miesiącach. Od razu wylądowałam w szpitalu i to w izolatce. Miałam niecałe dwa litry krwi w organizmie, więc od razu przeszłam transfuzję. Na początku lekarze nie wiedzieli, co mi jest. Badali mnie pod kątem różnych chorób. Chociaż z perspektywy czasu myślę, że od samego początku podejrzewali, tylko szukali potwierdzenia. Po dwóch czy trzech tygodniach, kiedy trafiłam na oddział hematologii, zajęli się mną fachowcy pod kątem TEJ choroby. Teraz już potrafię powiedzieć, że jest to białaczka, choć jest mi trudno. Jeszcze do niedawna mówiłam "ta choroba", "moja choroba", "choroba na b". Zresztą moi najbliżsi też.

- Zaczęłam prowadzić bloga, zatytułowałam go "Mam to we krwi". Istniał krótko, bo nie potrafiłam go pisać. Żadne słowa nie oddawały tego, co chciałam przekazać. Dlatego stworzyłam fikcyjną postać i kiedy "sprzedałam" jej chorobę, łatwiej zeszły ze mnie emocje.

Zobacz: Zapowiedź książki "Bądź moim marzeniem"

I tak powstała Natalia?

- Tak. Korfu w mojej książce też jest nieprzypadkowe. Rok wcześniej byliśmy tam na wakacjach. Pierwszych zagranicznych. Mój mąż pojechał ze mną i córką po wielkich oporach, bo boi się latać. Tak nam się tam podobało! Ta wyspa nas zauroczyła... Bardzo chcieliśmy tam wrócić. Emilka w ostatnim dniu urlopu, podczas spaceru, powiedziała: "Mamo, proszę cię, zrób wszystko, żebyśmy za rok mogli tutaj wrócić". Obiecałam jej to. Nawet nie brałam pod uwagę, że cokolwiek może nam stanąć na przeszkodzie. Bo co by mogło? Jedynie brak pieniędzy, ale to kwestia do rozwiązania, mieliśmy na to cały rok.

- Jesienią zarezerwowałam wyjazd w biurze podróży. Czekaliśmy na te wakacje. Wiosną przez internet zamawiałam stroje kąpielowe, letnie sukienki. Emilka się cieszyła, ja się cieszyłam. I nagle, miesiąc przed wylotem, wylądowałam w szpitalu i wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Najgorsze było to, jak powiedzieć Emilce. Do domu przychodziły paczki z letnimi ubraniami, a ja leżałam na oddziale. Miały być wakacje życia, no i były. Tylko nie w tym sensie. W czasie, kiedy miałam być na plaży, leżeć sobie pod parasolem, patrzeć na wyspę z morza, leżałam na łóżku. W szpitalnej izolatce, nade mną wisiały kroplówki, byłam bez sił, a pielęgniarki nie miały już mi się gdzie wkłuwać z wenflonami. No, wakacje życia...

Jak sobie z tym radziłaś?

- Totalnie zamknęłam się w sobie. Przez kilka dni dostawałam środki uspokajające, nie potrafiłam z nikim rozmawiać. Przysłali do mnie panią psycholog, co było zupełnie niepotrzebne. Więcej mi pomogły pielęgniarki, które są najbliżej pacjenta, najwięcej widzą, i lekarze prowadzący. W czym mogła mi pomóc pani psycholog? Przecież nie postawi się w mojej sytuacji.

- Już wtedy wiedziałam, że będę chciała o tym pisać, bo nie mogłam o tym mówić. Poprosiłam Emilkę i męża, żeby przywieźli mi duży zeszyt. Wybrali  bardzo symboliczny - na okładce, na niebieskim tle, jest palec wskazujący. Wpisałam na pierwszej stronie, że ktoś wskazał mnie palcem do tego, co właśnie przeżywam. Tylko po co? Trzymam ten zeszyt. Jest gruby, ma 200 stron. A zapisane może dwie, trzy. Więcej nie potrafiłam. Później zaczęłam opadać z sił, miałam bardzo wysokie gorączki i do pisania w zeszycie już nie wróciłam.

Odcinając się od rodziny raczej jej się nie chroni, prawda?

- Nie. Ale dla mnie bardzo trudne było odebranie telefonu od mamy tuż po tym, jak usłyszałam diagnozę - 13 czerwca w sali numer 13. Od tej pory,  zupełnie przewrotnie,  13 jest moją szczęśliwą liczbą. Kiedy w końcu odebrałam, powiedziałam jej, że to mniej agresywny podtyp tej choroby, który można nawet całkowicie wyleczyć. Starałam się jej to jak najłagodniej powiedzieć, żeby się nie martwiła.

Przeszłaś chemioterapię?

- Od razu po rozpoznaniu. Ta choroba bardzo szybko postępuje. Lekarze powiedzieli, że wykryto ją u mnie bardzo szybko. O ile ten podtyp białaczki - promielocytowa, można skutecznie leczyć, o tyle często pacjent może nie zdążyć podjąć terapii, bo często dochodzi do krwotoków wewnętrznych i jest już za późno. Mnie się udało i od razu trafiłam na hematologię.

- Pierwsza chemioterapia była najsilniejsza. Ona mnie złamała. Totalnie rozłożyła psychicznie. Noszę bransoletkę, którą dostałam kiedyś od mamy na urodziny i ona mi ją zapięła. Nigdy jej nie zdejmowałam. W szpitalu któregoś dnia pielęgniarka, która szukała miejsca do wkłucia, odpięła mi ją. To było bardzo trudne, a to był tylko początek. Czułam się stopniowo odzierana z kobiecości. Leżałam, coraz mniej byłam w stanie sama zrobić. Potem włosy zaczęły mi wypadać i kiedy spadały mi one na ramiona, czułam że cała moja kobiecość, całe człowieczeństwo ze mnie spada. Nie wiedziałam, co będzie dalej.

A teraz masz piękne, długie włosy!

- Tak się nimi cieszę! I falują mi się. Nigdy mi się nie kręciły, ale zawsze o takich marzyłam. Już doszłam do wniosku, że moje marzenia bardzo często się spełniają, niestety czasami w nieoczekiwany sposób. Chciałam mieć kręcone włosy - mam. Chciałam wydać książkę - wydałam.

Jak możesz uratować życie chorym na białaczkę - czytaj na następnej stronie >>>

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje