Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Miuosh: Mistrzostwo w produkcji banału

Miuosh - muzyk ze Śląska, fot. Adrian Błachut /materiały prasowe

- Od trzynastu lat mam jedną kobietę, teraz już żonę, i jeśli tylko nie wyjeżdżam na koncerty, to spędzam z nią czas. Byli zszokowani tym, że jestem "zwyczajnym, śląskim chłopem"... Zacząłem się zastanawiać - co w tym jest dziwnego? - mówi Miłosz Borycki, muzyk, raper i bohater książki "Miuosh. Wszystkie ulice bogów". - Moje pokolenie osiągnęło mistrzostwo w produkcji banału. A mało jest ludzi, którzy boją się przyznać do tego, że są normalni i w ciągu ostatnich pięciu dni nic ciekawego się w ich życiu nie przytrafiło.

Reklama

Arkadiusz Gruszczyński: Chciałeś mieć dzieci?
- Tak. Mimo jakiejś takiej pokoleniowej niechęci uważam, że rodzenie dzieci powinno być traktowane jak normalna kolej rzeczy. Nic wyjątkowego.

Jednak nie ulega wątpliwości, że nasi rodzice mieli po kilkoro rodzeństwa, tak samo jak dziadkowie, a już nasze pokolenie woli jedynaków.

Reklama

- To jednak były zawsze indywidualne wybory. Bywały rodziny, które trzymały się przekonania, że nie powinno się ingerować w wolę Bożą i niech się rodzi dzieci tyle, ile Bóg chce. Mój dziadek miał na przykład czternaścioro rodzeństwa. Mój ojciec jest jedynakiem, a urodził się w czasach, kiedy nie było to popularne. Moja mama była jedynaczką przez jedenaście lat, potem urodził się jej brat. Niektórzy chcieli rozwijać swoją karierę zawodową, wtedy do akcji wkraczały ciotki i babcie, a inne małżeństwa realizowały tradycyjny model rodziny. A dzisiaj posiadanie jednego dziecka jest chyba po prostu wygodniejsze.

Dlaczego?

- Wszyscy chcą zatrzymać trochę czasu młodości. Nie chcą żyć wyłącznie po to, żeby się rozmnażać. Łatwiej jest podzielić się obowiązkami, kiedy ma się jedno dziecko.

To jest trudne teraz czy było trudne zawsze?

- Zawsze, tylko kiedyś świat mniej wymagał od ludzi. Dzisiaj otoczenie, znajomi, rodzina i generalnie opinia publiczna uznają kobietę, która zostaje w domu i opiekuje się dzieckiem, za mało ambitną. Wiesz, mówimy o staroświeckim modelu: kobieta wychowuje dziecko, a mężczyzna zarabia na cały dom. W XXI wieku to bardzo niemodny profil. Teraz kobieta, która zostaje w domu z dzieckiem, musi to umiejętnie pokazać. Takie matki muszą koniecznie opowiedzieć o ważnym etosie rodzicielstwa, a media społecznościowe, w których każdy może być twórcą, uwielbiają takie wyznania. Tym samym obrazem idealnej matki staje się kobieta, która potrafi wejść na profil znanej celebrytki i napisać jej w komentarzu, że ta nic nie wie o ciężkiej pracy, bo wychowała dziecko z nianią, dlatego jest gorszą kobietą.

- A tak w ogóle, co jest wyjątkowego w przebywaniu z własnym dzieckiem? Nic, to normalne, więc po co się tym chwalić na Facebooku? I czy publikując coś takiego, ktoś myśli o kobietach, które na przykład kilkanaście lat starały się o dziecko i kilka razy poroniły? I nie mają pieniędzy na in vitro...

Jesteśmy zakładnikami social mediów?

- I tego, że zatraciliśmy dystans do normalności. Nie rozumiem tego, bo kiedyś każdy pilnował swojego nosa, a dzisiaj przez Facebooka musi udowodnić, że jest kimś wyjątkowym. Każdy teraz jest komentatorem bieżących spraw społecznych i politycznych. Ludzie w przeważającej mierze stali się twórcami albo opiniotwórcami. Każdy, kto ma pięć sekund wolnego czasu, przeznacza je na budowanie siebie i udowadnianie swojej wyjątkowości. Wszystko musi być wyjątkowe.

Czyli co?

- Wszystko, czyli tak naprawdę nic. Bo co jest wyjątkowego we wrzucaniu głupich filmików i zdjęć na Instagrama? Co jest ciekawego w tym, że pies bawi się piłką, albo w tym, że gdzieś idę? Kogo interesuje, że chodzę na siłownię albo jeżdżę tramwajem do pracy? Albo selfie w windzie? Wiadomo, że niektórzy mają coś naprawdę ciekawego do powiedzenia albo mają dobrą rękę do zdjęć. Ale życie większości ludzi jest nudne, powtarzalne i przewidywalne. Tymczasem każdy uważa, że to, co robi, jest wyjątkowe. A wszystko nie może być wyjątkowe.

Ważni są w tym też ludzie, którzy obserwują nasze życia. Bez nich nie ma tej wyjątkowości.

- I odbijamy od nich swoje nieciekawe opowieści o tym, co przeżyliśmy w aptece. Te opowieści nie niosą za sobą żadnej wartości, co szczególnie widać, jeśli wcześniej przeczytało się trzy dobre felietony Umberta Eco. Jestem za tym, żeby niektórym ludziom odbierać klawiatury. Bo wszystko, co piszą, jest miałkie, a te prawie jednakowe wpisy na Facebooku obrzydzają mi świat.

- Moje pokolenie osiągnęło mistrzostwo w produkcji banału. A mało jest ludzi, którzy boją się przyznać do tego, że są normalni i w ciągu ostatnich pięciu dni nic ciekawego się w ich życiu nie przytrafiło. Bo co może być ciekawego w codziennie mijanej kamienicy, tym samym tramwaju i tym samym biurku w pracy? Nic.

Czy ty też budujesz wizerunek siebie jako kogoś wyjątkowego?

- Nie. Ostatnio przyjaciółka Sandry spotkała się ze znajomymi, którzy pytali, czy mocno imprezuję. Odpowiedziała, że nie. Od trzynastu lat mam jedną kobietę, teraz już żonę, i jeśli tylko nie wyjeżdżam na koncerty, to spędzam z nią czas. Byli zszokowani tym, że jestem "zwyczajnym, śląskim chłopem"... Zacząłem się zastanawiać - co w tym jest dziwnego?

Twoim zdaniem ludzie tak właśnie cię widzą?

- Nie wiem.

A jak myślisz, z czego wynika ta potrzeba podkreślania swojej wyjątkowości? To część popkultury?

- Raczej doświadczenia pokoleniowego.

Co masz na myśli?

- Nie dostaliśmy jako pokolenie niczego od historii. Zajęliśmy się bzdurami. Wszystkie istotne rzeczy stały się na długo przed nami albo w momencie, kiedy nie mieliśmy na to wpływu. To nasi dziadkowie i rodzice pracowali na to, że teraz możemy mieć Instagram w telefonie i te same prawa co Amerykanie. Więc nasze pokolenie zajęło się konsumpcjonizmem i ślepą pogonią za tym, co dzieje się na Zachodzie, jednocześnie całkiem zapominając o tym, skąd się wzięło i co je zbudowało.

- To, jak kształtowało się nasze obecne społeczeństwo, nie zależało od nas, od dzisiejszych trzydziestolatków. Przez to mamy tak marne poczucie obowiązku, skrzywione spojrzenie na rzeczywistość i normalność, a nasza przyszłość to jeden wielki znak zapytania, ponieważ często jest nam trudno określić, o co nam chodzi w życiu.

Fragment książki "Miuosh. Wszystkie ulice bogów". Wydawnictwo Znak. Premiera: 18 września 2019 r.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje