Przejdź na stronę główną Interia.pl

Misja specjalna

Pacjenci

Bomisie i jatylki

Reklama

Maria: Pamiętam wszystkich moich pacjentów, którzy zmarli. Pierwszy - dwudziestolatek, po przeszczepie. Chwilę wcześniej rozmawiałam z nim. Już "po" wyszłam na korytarz i natknęłam się na jego ojca, który przyniósł mu rzeczy. Wzięłam je bez słowa - jako praktykantka nie miałam prawa o niczym informować. Do dziś pamiętam twarz tego chłopaka, głos, nazwisko.

Magda: W przychodniach rejonowych zdarzają się czasem pacjenci, których nazywamy "bomisie" i "jatylki". Od "JA TYLKO po skierowanie/receptę/leki na nadciśnienie" i od "BO MI SIĘ należy". Pchają się bez kolejki, mówię, że pierwszeństwo mają chorzy z gorączką, raz usłyszałam: "Ty gówniaro! Naślę zbirów, to nie będziesz łaski robić, że leczysz!".

Próbuję zrozumieć, ludziom puszczają nerwy, zawsze winna jest służba zdrowia. Ale z mojej perspektywy wygląda to tak, że zdarza mi się przyjmować 50 pacjentów dziennie. Potem mam jeszcze wizyty domowe. Bywa, że zamiast obłożnie chorej zastaję panią, która mówi, że potrzebuje tylko recepty, a ma problemy z porannym wstawaniem, więc nie może stać w przychodni w kolejce po numerek. Czasem naprawdę trudno trzymać nerwy na wodzy.

Justyna: Pacjenci bywają wściekli na lekarzy, jakby przez nich chorowali. Pytam: "Czy może się gdzieś spotkałyśmy i panią obraziłam?". Wtedy się mitygują. Na szczęście na dermatologii takich nie ma.

Maria: Niedawno obudził mnie telefon o trzeciej nad ranem. Nic nagłego, żona chciała umówić męża na wizytę. Kiedyś po prostu dałam pacjentom numer prywatnej komórki ze słowami: "Jakby coś się działo, proszę dzwonić tuż po godzinie 22, dzieci już śpią i dopiero wtedy mogę spokojnie rozmawiać".

Magda: W przychodniach rejonowych plagą są pacjenci, którym mieszają w głowach fora internetowe. Sprawdzają objawy z "dr. Google", a potem mnie pouczają: "Mam bóle kręgosłupa, proszę skierowanie do ortopedy, czuję też drętwienie, więc poproszę do neurologa". Dwa dni później: "Jeszcze poproszę EKG - serce tak dziwnie pika, a w internecie napisali, że to jest...".

Dorota: Nie mam dzieci, wyglądam młodo, czasem rodzina chorego traktuje mnie jak smarkulę, która nic nie wie. Pocieszam się tym, co powiedziała mi ze śmiechem jedna z pacjentek: "Pani doktor taka młoda, nie ma pani jeszcze swoich problemów, dlatego tak cierpliwie wysłuchuje o tych wszystkich naszych schizach".

Agata: Pamiętam, gdy miałam 27 lat i do szpitala przywieźli pacjentkę rok starszą ode mnie. Miała ubytek między przedsionkami serca, operowałam ją razem z moim szefem. Nie okazywała lęku, ale wychodząc ze szpitala, zapytała: "To była pani pierwsza operacja?". Potwierdziłam. Gdy mam młodego pacjenta, emocje są większe niż zwykle, przecież on dopiero zaczyna życie!

Stres w domu

Mąż kontra pacjenci

Maria: Dzieci się buntują, że idę na noc do pracy. Mówię: "Wasz dziadziuś też był bardzo chory i tylko dzięki temu, że pani doktor była w szpitalu, żyje". Mąż w sądzie powiedział, że nie zajmuję się dziećmi, że jestem pracoholiczką. W głównej mierze przez pracę rozpadła mi się rodzina. Mój obecny partner jest wyrozumiały, ale nie wiem, czy tak będzie zawsze.

Justyna: Znam lekarkę niemiłą dla pacjentek. Mówi: "Ma pani fałdy tłuszczu na brzuchu, nic dziwnego, że blizna się źle goi!", do męża i dzieci szczebioce przez telefon. Dziwiło mnie to. A może to dobry sposób, by za wszelką cenę nie przenosić pracy do domu?

Magda: Opowiadam mężowi, oczywiście bezosobowo, o problemach pacjentów - tak je przeżywam. Widzę, że ma dosyć. I tego, że po tygodniu w przychodni jestem jak zombie. W piątek wieczorem czuję, jakby odłączyli mi prąd. Muszę odespać. W soboty biegam na konferencje medyczne, jeśli firma farmaceutyczna mi ją sponsoruje (czasem tak robią). Nie mam tysiąca na akredytację. Zresztą gdybym miała, wydałabym na weekend z mężem w Krakowie, to "nasze" miasto.

Dorota: O tym chorym, który się na mnie rzucił, opowiadałam koleżankom, narzeczonemu. Strasznie współczuli, chyba cieszyli się, że nie mają takiej okropnej pracy jak ja. Teraz już tak ochoczo nie opowiadam. Ale nie chciałabym pracować w agencji reklamowej, czy dziale kredytów w banku. Ten świat nakręcanej konsumpcji trochę mnie mierzi. Staram się tylko, by nie myśleć o pacjentach zbyt dużo w domu. Wczoraj spędziłam wieczór z tą panią, która chciała mnie zastrzelić pistoletem na wodę. Martwiłam się, że syn jej nie odwiedza. Wiem, że nie mogę tak się zadręczać, bo to prosta droga do wypalenia. Łatwo powiedzieć, ale trudno się zdystansować.

Agata: Prof. Religa mówił, że kobiety mogą być tak samo dobrymi chirurgami jak mężczyźni, ale część odchodzi z zawodu, bo zabija je stres. Pamiętam, zrobiłam udaną operację, a pacjentka nie budziła się z narkozy. W domu bez przerwy o niej myślałam. Miałam poczucie winy, że umawiam się z koleżanką na kawę, że bawię się z córką, a ona tam leży. Nim się obudziła w drugiej dobie po operacji, nic innego nie było ważne.

Więcej przeczytasz w magazynie Twój STYL!

Agnieszka Sztyler

Twój STYL 5/2011

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje