Reklama

Reklama

Mirosława Kątna: Nie ma trudnych dzieci, są trudni dorośli

A ta z problemami?

Reklama

- Pierwszym krokiem jest zawsze wsparcie, a nie ingerencja. Różne służby powinny być czujne czy rodzinie nie jest potrzebne wsparcie. Do tego są przygotowani pracownicy socjalni, kuratorzy, policjanci, pedagodzy, psycholodzy, asystenci. Najpierw powinna mieć miejsce próba pomocy, ale jeśli rodzina nie chce z niej skorzystać, powinno nastąpić działanie o charakterze interwencyjnym. Nie wolno zostawiać samej sobie rodziny, w której dziecko nie jest odpowiednio dobrze traktowane, w myśl zasady, że to wewnętrzna sprawa rodziny i rodzic wie najlepiej, co jego dziecku jest potrzebne.

- Każdy, kto jest autorytetem społecznym - czy to ksiądz, nauczyciel, czy polityk, powinien w swojej działalności publicznej wyraźnie piętnować przemoc w rodzinie i wzywać do natychmiastowego reagowania, kiedy dziecko jest krzywdzone. Tymczasem do dziś pamiętam i burzę się na wspomnienie, jak jeden z posłów z mównicy sejmowej miał czelność powiedzieć, że lał swoich czterech synów, jak byli mali, bo młody człowiek ma wchodzić w życie z przygiętym karkiem.

Taka osoba w okamgnieniu powinna być zdyskwalifikowana jako polityk.

- Otóż panie pośle i wszyscy dzielący jego chorą opinię - młody człowiek ma wchodzić w życie z wyprostowanym karkiem. A tu osoba zaufania publicznego przyznaje się do przemocy wobec dzieci, gloryfikuje tę przemoc, a inni słuchają. Wciąż czytamy i słyszymy, jak lekarze walczą o życie i zdrowie jakiegoś ciężko pobitego dziecka. Ale skoro rodzice z tylu stron słyszą, że klaps nikomu nie zaszkodzi, tylko trzeba bić przez pieluchę, to czują się upoważnieni do przemocy. A jaka jest precyzyjna definicja klapsa? Z jakiej odległości i jakiej wielkości dłoń może go wymierzać? Z jaką mocą? Kilka centymetrów wyżej nad pupą małego dziecka są nerki. A jeżeli nie trafimy w mięsień pośladkowy, tylko tam, gdzie znajduje się kiszka stolcowa? Mogą nastąpić mikrouszkodzenia. Tych pytań i wątpliwości jest za dużo, żeby traktować klaps jako metodę wychowawczą. Mówię to z ogromnym oburzeniem, bo klaps zawsze jest przemocą. My, dorośli, załatwiliśmy sobie wiele lat temu nietykalność cielesną, ale dzieciom nie umiemy jej zagwarantować.

Może dlatego, że wielu rodziców uważa, że dziecko jest ich własnością.

- Paradoksalnie nasze przepisy to utrwalają. Proszę zwrócić uwagę, że w kodeksie rodzinnym jest określenie "władzy rodzicielskiej", a nie opieki. Niektórzy prawnicy twierdzą, że nie ma innego odpowiedniego słowa, ale jak się bardzo chce, można znaleźć, można też bardziej opisowo tę sytuację nazwać. Moim zdaniem spełniłoby to ogromnie ważną rolę edukacyjną.

Janusz Korczak mawiał, że nie ma dzieci, są ludzie. Dlaczego jego bezcenne dziedzictwo myśli i doświadczenia pedagogicznego jest w sumie tak mało nam znane?

- Często wręcz zaprzeczamy temu dziedzictwu. Korczak był uosobieniem uważności na dzieci, a nam wciąż jej brakuje. Dlatego wzywam: bądź uważny. Jeśli jesteś nauczycielem i dziecko kolejny raz zapomina kostiumu i wymiguje się od ćwiczeń, to może nie dlatego, że jest krnąbrne, tylko za jego zachowaniem ukryty jest jakiś poważny komunikat. Widzisz, że jakieś dziecko ciągle coś psuje w szkole i niszczy? Może nie dlatego, że postanowiło być nieznośne, tylko dzieje mu się krzywda i tłumi w sobie mnóstwo strachu i złości. Dorośli, pobudźcie czwartą szufladę w lewej półkuli od prawej strony w swoim mózgu do refleksji i drugą półkę w swoim sercu do większej wrażliwości.

A może my, dorośli, mamy problem z własnymi emocjami i dlatego trudno nam zrozumieć emocje dzieci? Dlatego oczekujemy, żeby były zawsze miłe, posłuszne i nie sprawiały kłopotu.

- Pod względem analizy własnych emocji jesteśmy niezwykle prymitywni, niedouczeni i nieuwrażliwieni. Często z domu rodzinnego wychodzimy głęboko poblokowani, bo nikt nas nie nauczył odczytywania i przeżywania trudnych emocji. Ale jeśli człowiek dochodzi do takiej refleksji, to ten mądrzejszy zdaje sobie sprawę, że może coś z tym zrobić. Radzi się, czyta, obserwuje innych, korzysta z fachowej pomocy, co pozwala mu uświadamiać sobie źródło własnych zachowań i weryfikować je. Ale my zazwyczaj chętniej się usprawiedliwiamy i unikamy wglądu w siebie.

- Uczymy się języków, ambitnie podnosimy swoje kompetencje zawodowe, dowiadujemy się mnóstwo rzeczy na temat naszych pasji, a dlaczego nie stosujemy tych samych zasad w obszarze relacji? Dlaczego tak rzadko myślimy: "Jeśli nie radzę sobie ze swoim dzieckiem, to może przyczyna jest we mnie? Może mi czegoś brakuje? Może muszę zrewidować swoje kompetencje rodzicielskie i zachowania?". Mamy usta pełne frazesów: "Kto lepiej kocha, jak matka? Kto lepiej kocha, jak ojciec?". No tak, wszyscy kochają, tylko dlaczego dzieci tak często łykają gorzki i słony smak łez wypłakiwanych w poduszkę?

Od kilkudziesięciu lat pracuje pani jako psycholożka, terapeutka, mediatorka na rzecz dzieci i młodzieży. Współtworzyła pani i do dziś kieruje Komitetem Obrony Praw Dziecka, była jedynym jak dotąd "ministrem do spraw dzieci", tworzy i prowadzi autorskie programy szkoleniowe dla rodziców i opiekunów. Czy z perspektywy tak ogromnego doświadczenia i wielu lat pracy, może pani powiedzieć, że coś zmienia się na lepsze?

- Jeśli chodzi o przestrzeń publiczną, przyznam, że odczuwam dużo goryczy. Pracowałam wraz z innymi organizacjami nad ustawą antyprzemocową, co uważaliśmy za ogromnie ważne. Co z tego, że ustawa wreszcie jest, skoro powszechnie neguje się fakt domowej przemocy, a gros decydentów twierdzi, że nikomu nic do tego, co się dzieje w rodzinie?

- Tyle lat się mówiło, jak potrzebny jest urząd rzecznika praw dziecka i kto go dziś pełni? Osoba nie będąca w żadnych stopniu reprezentantem ogromnej grupy dzieci i młodzieży, stanowiącej jedną trzecią obywateli w Polsce. Mamy dziś do czynienia z coraz większą liczbą prób samobójczych i z absolutną zapaścią psychiatrii dziecięcej. Złymi przepisami, głupotą i lekceważeniem politycy przyczyniają się do nieszczęścia wielu dzieci.

- Na szczęście świadomość rodzicielskich zobowiązań się zmieniła i jest zdecydowanie lepsza niż lata temu. Obserwuję to wśród pacjentów, chociażby w ich sposobie formułowania myśli. Widać, że rodzice coraz częściej czytają na temat psychologii dziecka, częściej też dostrzegam w ich oczach zrozumienie i widzę większą gotowość do sprostania wyzwaniom. Świadomość rodzicielska ulega poprawie, ale wciąż za wolno. Drążymy jednak tę skałę.

Rozmawiała: Maja Jaszewska

***

Zobacz również:

Dowiedz się więcej na temat: Mirosława Kątna | psycholog | dzieci

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje