Przejdź na stronę główną Interia.pl

Miłość bez ultimatum

Trudno sobie wyobrazić, co przeżywają żony himalaistów wchodzących na najwyższe szczyty w ekstremalnie trudnych warunkach. Jak sobie radzą z życiem w cieniu wielkich gór niosących śmierć?

 Więcej niż wszystkich alpinistów świata podziwiam ich żony - mawiała legendarna himalaistka Wanda Rutkiewicz. Była jedną z tych, którzy rozkwitają w obliczu niebezpieczeństwa, wtedy, gdy podejmują ryzyko, kiedy pokonują swoje ograniczenia. Wiedziała, że czasem w trakcie wyzwania nic innego się nie liczy.

Reklama

Taki był Tomasz Mackiewicz, wspinacz, który w styczniu razem z francuską himalaistką Elisabeth Revol zdobywał Nanga Parbat - jeden z  najtrudniejszych ośmiotysięczników w Himalajach. Jego siódma próba wejścia na szczyt zakończyła się zwycięstwem i tragedią.

Dzięki brawurowej i heroicznej akcji ratowniczej przeprowadzonej przez Adama Bieleckiego i Denisa Urubko, członków trwającej w tym samym czasie zimowej wyprawy na K2, została uratowana Elisabeth Revol. Do Tomasza Mackiewicza, który był wyżej, nie udało się dotrzeć. Pozostał na Nanga Parbat, swojej górze przeznaczeniu, na zawsze.

W momencie, w którym ciągle jeszcze mieliśmy nadzieję, że uda się uratować oboje wspinaczy, wielu z nas ze współczuciem myślało o rodzinie Tomasza Mackiewicza: żonie i dzieciach. O ich nadziejach i lęku. A kiedy okazało się, że niczego już nie można zrobić, o cierpieniu.

- Z tego  ogromnego zainteresowania mediów dramatem na Nanga Parbat wynikła niesamowita chęć pomocy jego rodzinie. Choć tyle - mówi Olga Puncewicz, której pierwszy mąż, himalaista Piotr Morawski, zginął podczas wyprawy na ośmiotysięcznik Dhaulagiri w 2009 roku. Została wtedy sama z dwoma synami: trzyipółletnim Ignacym i dwuletnim Gustawem.

Ryzyko i strach

W swojej książce "Spod zamarzniętych powiek" himalaista Adam Bielecki napisał: "Artur Hajzer (alpinista, który zginął w 2013 roku na Gaszerbrumie I - red.) miał takie powiedzonko: wspinamy się ze względu na kobiety, sławę i pieniądze. Mówił to z przekorą, bo to bzdura. Chyba nikt jeszcze nie dorobił się na wspinaczce. Ludzie nie rozpoznają nas na ulicach i chwała im za to. Co do kobiet... to akurat prawda, wspinanie jest ewidentnie sexy".

- Nic dziwnego, to odważni, silni i interesujący mężczyźni. Kobiety lubią takich najbardziej. Dowodzi tego choćby powodzenie, jakie mają ratownicy TOPR-u - mówi Ewa Matuszewska, autorka książek o himalaistach.

Aktorka Anna Milewska, żona Andrzeja Zawady, wspinacza, inicjatora zimowych wypraw w Himalaje, dodaje:  - Roztaczają wokół siebie aurę męstwa. Podoba mi się to nowe określenie "lodowi wojownicy".

Zdaniem psychologa Tomasza Kozłowskiego, ratownika górskiego i skoczka spadochronowego, najbardziej atrakcyjne w himalaistach jest to połączenie siły i odwagi z wrażliwością, której dowodzi miłość do gór.

- Specyficzna mieszanka. Takich mężczyzn nie ma wielu. Wspinanie się na najwyższe góry świata to zajęcie elitarne, na szczytach Himalajów było mniej ludzi niż w kosmosie - twierdzi Kozłowski.

Ale związek z himalaistą to także zgoda na ciągłą niepewność o los najbliższej osoby. Bo ryzyko, że podczas wyprawy wydarzy się coś złego, jest duże. Na przestrzeni lat  w Himalajach i Karakorum zginęło 56 polskich himalaistów.

Ewa Matuszewska:  - Jeśli kobieta wybiera takiego mężczyznę, musi się liczyć z konsekwencjami. Skoro wspinaczka jest dla kogoś pasją życia, to pod wpływem miłości nie zrezygnuje z siebie. Słyszałam takie komentarze: "Ja bym mężowi dała ultimatum - albo góry, albo ja". Nie sądzę, żeby stawianie kogoś przed takim wyborem było uczciwe.

Jak żony himalaistów wytrzymują stres związany z zagrożeniem?

- Podstawowym warunkiem, oprócz miłości, jest tolerancja wobec cudzej pasji i zaangażowania. Trzeba mieć też zaufanie. Ja takie do Andrzeja miałam. Był szalenie doświadczony - mówi Anna Milewska, związana z Andrzejem Zawadą przez 47 lat. Do momentu, kiedy w 2000 roku zmarł na raka. Zawsze uchodzili za doskonale dobraną parę. Wybaczali sobie wszystko, nawet skoki w bok.

Dobrosława Bugajna-Bielecka, żona Adama Bieleckiego, przyznaje, że zdarza się jej słyszeć pytanie: czemu ty mu pozwalasz tak ryzykować?

- Znam mojego męża połowę swojego życia i góry zawsze były dla niego ważne. Dziesięć lat temu wspinał się na te niższe, więc może powoli przyzwyczajałam się do rosnącego ryzyka - śmieje się. - Ale kiedy spotkaliśmy się jako nastolatki, właśnie pasje nas do siebie zbliżyły. Ja opowiadałam mu o koniach, a on mnie o górach. Jeśli dla ciebie jest coś tak ważne w życiu, to doskonale rozumiesz pasję drugiej osoby.

Każda z nich ma swoje metody radzenia sobie z lękami.

- Na początku naszego małżeństwa Andrzej dość ostro się wspinał i pojawiał się realny strach. Zawsze wiedziałam, kiedy dojadą. Ile mniej więcej zajmie im założenie obozu. Znałam to  z doświadczenia. Sama się wspinałam i dwukrotnie byłam w Himalajach. Czasem żony innych alpinistów dzwoniły do mnie, ale mówiłam im: "Jeszcze się nie denerwujcie, jeszcze nie ma powodu, powiem wam kiedy...". Największe napięcie było zawsze przed atakiem szczytowym. Potem, gdy Andrzej był kierownikiem wypraw, nie było realnego zagrożenia. Ale dowiedziałam się, że w 1997 roku, podczas wyprawy na Nanga Parbat, wspinał się między I i II obozem. Był po siedemdziesiątce! Nie przyznał mi się - opowiada Milewska.

Z nerwami do ataku szczytowego czeka też Dobrosława Bugajna-Bielecka.

- Nie można się stresować przez całe trzy miesiące, bo człowiek by zwariował. Ale kiedy wiem, że Adam będzie wchodził na szczyt, bardzo się denerwuję - przyznaje.

Niepokój wzrasta, gdy dzieje się coś niezaplanowanego.

- Kiedy dowiedziałam się o akcji ratunkowej na Nanga Parbat, byłam przerażona, ale Adam zadzwonił i skutecznie mnie uspokoił tym, że już są zaaklimatyzowani i że to, co planują, nie jest niebezpieczne. Jest psychologiem, wiedział, jak to zrobić.   

  Ewa Berbeka, żona himalaisty Macieja Berbeki, który zginął w 2013 roku na Broad Peak, w wywiadzie rzece "Jak wysoko sięga miłość?..." mówi, że gdy mąż wyjeżdżał na wyprawy, zabierała się do remontu mieszkania. On wychodził jednymi drzwiami, ekipa wchodziła drugimi.

"Bogaty plan zajęć albo, jak kto woli, harówka, to był mój idealny zagłuszacz strachu. Czas wypełniony do ostatniej minuty dnia, do ostatka sił, do padnięcia na twarz i do niczym niezmąconego snu zmęczonego człowieka. To dzięki temu nie oszalałam".

Jest artystką, ale podczas nieobecności męża nie zajmowała się tworzeniem swoich kolaży. Zbyt wiele obowiązków związanych z codziennością nie sprzyjało skupieniu na sztuce. Tworzyła, gdy wracał Maciej i przejmował kontrolę nad domem.

Olga Puncewicz miała kalendarz na ścianie. Podczas nieobecności Piotra zaznaczała kolejne dni i etapy - kiedy jest w bazie, kiedy podchodzi, i punkt, kiedy dotrze do domu. Nigdy nie myślała, że może nie wrócić. Odliczała dni do powrotu. Była przekonana, że złe rzeczy zdarzają się komuś innemu, ale nie jej. Do tragicznego 2009 roku.

- Tego lęku o najbliższą osobę nie da się całkiem zagłuszyć. Ale powtarzalność powrotów, sytuacji, w których nic złego się nie zdarzyło, uspokaja. Utwierdza nas w przekonaniu, że on wie, co robi - twierdzi Tomasz Kozłowski.

Tak jest w przypadku Magdaleny Pawłowskiej, która jest trzecią żoną himalaisty Ryszarda Pawłowskiego, znanego z ogromnej wytrzymałości (spędził sam noc, bez sprzętu biwakowego, w tzw. strefie śmierci, na wysokości 8500 m n.p.m. na Mount Evereście). W młodości wspinał się w ekstremalnych warunkach i zdobył 10 ośmiotysięczników.

W 1989 roku razem z Jerzym Kukuczką wchodził na Lhotse. Właśnie podczas tej wyprawy najsłynniejszy polski himalaista zginął.

- Kiedy się poznaliśmy w katowickim klubie wysokogórskim, Ryszard te najbardziej ekstremalne góry miał już za sobą. Teraz wyjeżdża kilka razy w roku. Nie myślę o niebezpieczeństwie. To jego zawód - mówi Magdalena Pawłowska, która wspólnie z mężem prowadzi firmę Patagonia, organizującą komercyjne wyprawy w góry. Kiedyś skłonny do ryzyka wspinacz, dziś wprowadza na szczyty osoby, którym stara się zapewnić bezpieczny powrót do domu.

Góry kontra rodzina

Stworzenie trwałej, szczęśliwej rodziny  z kimś, kto się wspina, nie jest łatwe. Himalaiści często nawet po powrocie nadal myślami są w górach: albo przeżywają to, co się wydarzyło, albo już planują kolejną wyprawę.

- Są uzależnieni od adrenaliny, rywalizacji, ekstremalnych sytuacji. Bycie w górach jest dla nich jak oddychanie. I dla nich lepiej, żeby żyli w zgodzie ze sobą. Wanda Rutkiewicz, z którą się przyjaźniłam, na nizinach poruszała się znacznie gorzej niż na wysokościach. (śmiech)  A jak za długo zostawała na dole, zaczynało ją nosić - tłumaczy Ewa Matuszewska.

Rutkiewicz nie była jedyną, której codzienność w przerwach między wyprawami w góry wychodziła nie najlepiej. Himalaista Piotr Pustelnik w książce "Ja, pustelnik" boleśnie szczerze pisał o swoim życiu rodzinnym: "W domu wszystko się jakoś toczyło, tym bardziej że byłem tam bardziej gościem niż gospodarzem... Synowie mieli mi za złe głównie to, że interesowałem się przede wszystkim swoimi sprawami. Mój kontakt z chłopakami był sporadyczny, powierzchowny. Anka (pierwsza żona alpinisty - red.) też pewnie miała tego wszystkiego dosyć. Nigdy jej o to nie zapytałem, ba, starałem się nad tym nawet nie zastanawiać; tak było mi wygodnie, trudne tematy łatwiej jest ominąć niż przerobić".

I przyznaje, że liczyły się tylko góry, reszta była nieważna. Stąd częste wątpliwości, czy ludzie tak ryzykujący własne życie powinni obciążać konsekwencjami swoich wyborów także innych.

- Żony podejmują taką decyzję świadomie. Dzieci nie - mówi Ewa Matuszewska. - Anna Milewska i Andrzej Zawada z wyboru nie mieli dzieci. Nie wiem, czy Anna potem tego nie żałowała, ale zawsze byli sobą bardzo zajęci. Wanda Rutkiewicz miała dwóch mężów, ale nigdy nie zdecydowała się na dzieci. Trzeba też powiedzieć, że w tej sprawie zawsze panowały podwójne standardy: wspinające się kobiety mające dzieci uznawane były za złe matki. Nikt tak nie oceniał mężczyzn. To się chyba nie zmieniło. Nie zgadzam się z tym. Myślę, że egoizm himalaistów jest wielki jak same Himalaje. Im jestem starsza, tym bardziej wydaje mi się, że wybór takiego sposobu na życie trzeba podejmować tylko na własny rachunek - dodaje.

Do podobnie gorzkich wniosków dochodzi Piotr Pustelnik w swojej książce: "Uprawianie aktywności tego typu, tak angażującej i zabierającej tyle czasu, skłania mnie do stwierdzenia, że alpiniści, którzy chcą się jej oddać, nie powinni mieć życia rodzinnego w ogóle. Bo albo robią krzywdę sobie, albo innym".

Ale nie wszystkie relacje rodzinne himalaistów są nieudane, co pokazuje choćby historia Anny Milewskiej i Andrzeja Zawady. Swój sposób na tworzenie szczęśliwej rodziny znaleźli też Dobrosława i Adam Bieleccy.

Mają dzisiaj dwoje dzieci - ich młodsza córka ma osiem miesięcy. Prowadzą rodzinną stadninę koni pod Poznaniem. Cenią sobie spokój, bliskość lasów, czyste powietrze. Szczególnie że pod Poznań przenieśli się z Krakowa, gdzie oboje studiowali. On psychologię, ona biologię. Nauczyli się radzić sobie z długimi wyjazdami Adama. Zdaniem Dobrosławy Bugajnej-Bieleckiej pomaga w tym obecna łatwość komunikowania się z członkami wypraw.

- Wcześniej dzięki telefonom satelitarnym, a w tym roku w bazie pod K jest nawet wi-fi. Nasz dwuletni synek jest szczęśliwy, że widzi tatę. Adam pokazuje mu góry, bazę, swoje raki. Dzieciom to pozwala lepiej znosić tę trzymiesięczną rozłąkę - tłumaczy.

To zupełnie inna sytuacja niż ta, w jakiej rodziny himalaistów były kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Anna Milewska z Andrzejem Zawadą komunikowała się za pomocą listów, które szły ponad miesiąc.

Życie po stracie

- Wielu z tych, którzy zginęli w górach, zostawiło żony i dzieci, jak Jurek Kukuczka, Tadeusz Piotrowski, Piotr Morawski, Maciek Berbeka, Artur Hajzer... - Ewa Matuszewska wymienia nazwiska polskich himalaistów. Ta lista jest dużo dłuższa. Ich żony boleśnie zmagają się ze stratą. Nagle osamotnione, często nieprzygotowane na taką sytuację, bo przecież nie można zapeszać, muszą same radzić sobie z codziennością, nierozumiejącymi tej sytuacji dziećmi, utrzymaniem rodziny. Jak kiedyś Olga Puncewicz.

- Wydaje mi się, że byłam pierwszą osobą, która otwarcie i publicznie powiedziała o żałobie i o tym, że ci fajni goście, którzy umierają w górach, zostawiają rodziny - mówi.

W swojej drugiej książce "Góry na opak, czyli rozmowy z tymi, co zostają" napisała: "Przez lata czułam się w obowiązku, by opowiedzieć o doświadczeniu żałoby, i opowiadałam o tym w prasie, radiu i telewizji. ... Czułam, że muszę opisać tę samotność, to czekanie nadaremno, te noce bezsenne".

Ale nie ograniczyła się do opisywania i mówienia o żałobie. Założyła fundację Nagle Sami wspierającą osoby znajdujące się w podobnej sytuacji. Oferuje ona pomoc psychologiczną i prawną wszystkim, którzy jej potrzebują, ale kiedy zdarzają się wypadki w górach, zazwyczaj dzwoni telefon Olgi.

- Ta chęć kontaktu wynika z mojej historii i tego, że od siedmiu lat moja fundacja oferuje profesjonalną pomoc. Sama wiem, jak bardzo takie wsparcie jest potrzebne. Do fundacji Nagle Sami trafiła młoda alpinistka Sylwia Bukowicka. W  2010 roku jej partner życiowy i górski, muzyk Bartosz Tomaszewski, w wieku 35 lat zginął na Mont Blanc. Była wtedy w trzecim miesiącu ciąży. Pół roku później urodziła się ich córeczka Kalina.

- Mont Blanc było pierwszą wysoką górą Bartka. Kochał góry, jeździł na snowboardzie i marzył o zjechaniu na desce z Elbrusa. To ja zaproponowałam najpierw wejście na Mont Blanc, żeby zobaczył, jak będzie się czuł. Mieliśmy pojechać na tę wyprawę razem. Ale byłam w ciąży, nie czułam się najlepiej i postanowiłam zostać. Do głowy mi nie przyszło, że on miałby w takiej sytuacji rezygnować. Tak jak nie pomyślałam, że cokolwiek może się stać. Sama na Mont Blanc wchodziłam dwa razy. Uczestnicy wyprawy weszli na szczyt, Bartek spadł podczas zejścia. Później stwierdzono, że skręcił sobie kark przy pierwszym uderzeniu o skały - mówi Sylwia.

Następnego dnia po wypadku była w Chamoni.

- Patrzyłam na te góry i myślałam: "Co ja wam zrobiłam? Tak was kocham, a wy zabieracie mi najbliższą osobę?" - wspomina. Dzisiaj nie wspina się tak jak kiedyś. Zaczęła pracować jako lider w agencji wyprawowej, jeździła z grupami do Afryki. Razem z córką dużo czasu spędzała w górach. Ale ostatecznie skupiła się na podróżowaniu. Jednak przyznaje, że w góry ją ciągnie.

- W relacjach między ludźmi nie ma nic na zawsze, ale moja miłość do gór jest niezmienna - twierdzi. Po tej tragedii, chociaż to ona była ze środowiska wspinaczy, a Bartek nie był w nim tak znany, nastąpiła mobilizacja.

- Dostałam wsparcie psychologiczne i materialne. To pomogło mi przetrwać.

Pomocą rodzinom zmarłych wspinaczy zajmuje się Fundusz Berbeki, który został powołany w 1964 roku, po śmierci alpinisty Krzysztofa Berbeki ojca Macieja, który zginął na Broad Peak, i powstaje ze składek członków Polskiego Związku Alpinizmu. To najstarsza organizacja samopomocowa w środowisku sportowym w Polsce.

Działa także Fundacja Jerzego Kukuczki. Ale ich możliwości nie są wielkie.

- Na szczęście dzisiaj zbieranie funduszy w trudnych sytuacjach jest łatwiejsze. Niemal każdy może dokonać przelewu przez internet. Chcemy pomagać, co pokazała choćby niesamowita zbiórka dla dzieci Tomka Mackiewicza - mówi Olga Puncewicz.

Ewa Matuszewska dodaje: - To ważne, bo nie mam wątpliwości, że kobiety wspinaczy muszą być osobami dzielniejszymi niż większość z nas.

Anita Zuchora

PANI 3/2018


Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje