Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mikołaj Cieślak: Mikołaj na scenę!

Człowiek o nieograniczonej mimice, mówią o nim koledzy. Znany jako Mariusz z Ucha Prezesa. Ale też Gwidon czy Bożydar z kultowych skeczy Kabaretu Moralnego Niepokoju. Poeta z epizodem biznesowym. Tata dwóch córek. Niespotykanie pogodny człowiek, który czasem wpada w furię. Mikołaj Cieślak.

Kiedyś widziałam cię w kościele, w kolejce do spowiedzi. Zastanawiałam się, z czego spowiada się kabareciarz.

Reklama

Mikołaj Cieślak: Prawdopodobnie były to niecne czyny. (śmiech) Ksiądz nie wybiegł z konfesjonału?

Nie.

- To pewnie zemdlał. (uśmiech) Złapałaś mnie na gorącym uczynku. Czasem się spowiadam na Boże Narodzenie. Żeby popatrzeć z dystansu na rzeczy, które się powinno robić albo nie. Dzieciństwo spędziłem na wsi. Uporządkowany tradycyjny świat babci i dziadka mnie ukształtował. Mam go w sobie, nie zamierzam się wypierać. Ale próbowałem. Uczciwie licząc: grube kilkanaście lat ostrego "rock’n’rolla". Na dłuższą metę tak się nie da. Ale chyba nie liczysz na to, że opowiem o moich grzeszkach?

Nie. Zrobił to już za ciebie przyjaciel z kabaretu, Robert Górski. W swojej książce napisał, że składasz się z nałogów i przesądów. Na scenę wchodzisz lewą nogą.

- Prawą! Pomyłka.

Prostujemy więc. Przesądy to żartobliwa konwencja czy ty tak na poważnie?

- Chciałbym to traktować żartobliwie, ale się nie da. Staram się myśleć, że przecież jak wejdę lewą nogą na scenę, nic się nie stanie. Chyba. (śmiech) Nie lubię też, jak mi spada tekst. Bo to podobno kładzie przedstawienie.

Ee, wystarczy przydeptać.

- No więc przydeptuję. Raz. Drugi i trzeci. Tak, robię z tego ceremonię. Ale ukradkiem. (śmiech)

Nie możesz tego zlekceważyć?

- Nie. Bo cały czas myślę o tym, że nie przydeptałem! I jak nam nie idzie na scenie, wołam: widzicie? Z kolei gdy mimo nieprzydeptania idzie dobrze, myślę: raz się udało, ale to przypadek. Nie lubię też, gdy ktoś palnie coś głupiego typu "jak cię samochód przejedzie, to..." - każę mu odpluwać.

Przez lewe ramię?

- Nie, ale trzy razy. Ci, co mnie znają, od razu robią "tfu, tfu, tfu" i mają spokój. A jak ktoś nie zrobi...

 ...to się męczysz?

- Po prostu jako polonista uważam, że słowa mają moc. Ktoś powie: to nie jest normalne. I ja się zgodzę. Ale normalność to sprawa płynna. Są kwestie oczywiste: jeśli ktoś chodzi po mieście w piżamie, to nie jest norma. Choć dziś wszystko jest możliwe. (uśmiech) Ale serio: słowo "normalny" jest dla mnie podejrzane. Bywa, że ten, co podłożył bombę pod centrum handlowe, w oczach sąsiadów był miłym człowiekiem, mówił dzień dobry i pomagał. Więc ja się słowem "norma" nie sugeruję i swymi przesądami tak bardzo nie przejmuję.

W książce Robert Górski sugeruje, że jesteś impulsywny: "znałem komputery, które wystawiły cierpliwość Mikołaja na próbę - i nie ma ich już między nami".

- Jestem narwany. Kiedyś przyjechałem do domu wkurzony, bo się okazało, że miałem coś nie tak z podatkami i przez własne gapiostwo musiałem zapłacić karę. Z wściekłości rozwaliłem niczemu niewinną drewnianą ławkę. Ale nie żałuję, złość przeszła od razu. Mam taką naturę, że nie umiem dusić emocji. Czasem słuchając kogoś, myślę: nie odezwę się, kurde, nic nie powiem. A za chwilę wyjeżdżam: "stary, to bzdura, co mówisz". To ma plusy: jestem oczyszczony, stosunki z tą osobą są zdrowsze. Albo się z kimś lubię, albo nie. Nie ma w moim życiu relacji z gatunku "właściwie nie wiadomo".

To jeszcze jeden z listy grzeszków: podobno wciąż coś gubisz.

- Tak, i to jest coś okropnego. Wiesz, ja ogólnie siebie w miarę lubię. Ale gubienie powoduje, że czasem siebie nienawidzę. Stały widok: łażę po domu czy garderobie i czegoś szukam. Na stacji benzynowej płacę kartą i kładę ją potem w samochodzie tak, że nie mogę znaleźć. Albo kupuję bilet na dworcu PKP i zanim dojdę do pociągu, już go nie mam. Co z nim zrobiłem? Nie wiem. Kupiłem różne kolorowe etui, żeby z daleka było je widać. I owszem, widzę to etui, tyle że w nim nie ma okularów. (uśmiech)

Widzę tu gotowe scenki satyryczne. Ty masz dryg do parodiowania i to minimalnym wysiłkiem. Gestem, skrzywieniem miny. To wrodzone czy wyuczone?

- Już w początkach podstawówki lubiłem parodiować. Mieszkałem u babci Marianny na wsi. Ojciec jest warszawiakiem od pokoleń, a mama pochodzi z Ojcowizny, mała wioska 60 km od Warszawy. Tam spędziłem dzieciństwo. Dziadek był słynnym w okolicy majstrem, naprawiał, sam luprojektował i robił majstrem, reperował wszystko - ciągniki, sprzęty rolnicze i różne wynalazki. Do jego kuźni-warsztatu zjeżdżała się masa ludzi, których można było obserwować. Ktoś wchodził gwałtownie albo w specyficzny sposób, miał jakiś ruch, gest, słowo - ja to odtwarzałem sprawiając tym rodzinie dużo radości. Udawałem, że jestem panią na poczcie albo księdzem. Te obserwacje potem dały mi dużo w kabarecie. Miałem w głowie mikrozachowania, które budują postać.

Szkoła zawodu w Ojcowiźnie!

- Tam zdarzały się sytuacje, jak z Felliniego. Był np. pan, który regularnie co tydzień chodził do lasu, a gdy wracał, niósł pusty worek. Co jakiś zatrzymywał się i walił nim o ziemię. Zachodziłem w głowę, o co chodzi. Dopiero babcia mi wytłumaczyła, że on niesie mrówki dla swojej matki, która ma reumatyzm. I wali workiem w ziemię, żeby mrówki nie wyszły z worka i go nie gryzły. Ojcowizna była magicznym miejscem, trochę jak z filmów Kolskiego. Kiedy wyjeżdżałem stamtąd jako 10-latek do Warszawy, babcia spakowała mi jabłka z sadu. Odmiana zorza, dziś rzadko spotykana. Zapach pamiętam do tej pory. Wywołuje wspomnienia wszystkich niezwykłych rzeczy, które teraz wydają mi się jak ze snu.

À propos wspomnień z dzieciństwa. Podobno marzyłeś, żeby wyglądać jak "ten ładniejszy" z zespołu Modern Talking.

- Thomas Anders - tak! Mój brat z kolei chciał wyglądać jak Dieter Bohlen, ten drugi. Kilka lat temu zespół występował w Polsce na sylwestra. Dzwoni brat: "Oglądasz? Chciałeś wyglądać jak Thomas Anders, zobacz, wreszcie jesteście podobni". A Anders był już taki trochę tłuściutki, posiwiały... (śmiech)

Cudnie. A pamiętasz słowa Brother Louie albo Cheri, cheri lady?

- Oczywiście, to znane. Ale pamiętasz to: (Mikołaj śpiewa z zaangażowaniem) "Geronimo’s Cadillac is making all girls turn mad"? Albo "Just we two Mona Lisa"... Przyznam się, że mam w tablecie muzykę Modern Talking. Gdy jadę rano sam, włączam stare piosenki.

Z taką smykałką do parodii śpiewu mogłeś iść na aktorstwo. A studiowałeś polonistykę. Chciałeś być profesorem?

- Babcia mówiła zawsze: "Mikołaj, masz takie fiu-bździu w głowie. Co ty będziesz robił?". W liceum - to była jedynka na Żoliborzu - zacząłem pisać wiersze i więcej czytać. Bo wcześniej sięgałem po książki głównie po to, żeby znaleźć momenty erotyczne.

I gdzie trafiłeś na najlepsze?

- U Hrabala było tego trochę, u Irvinga. Rodzice mieli na strychu trzy wielkie walizy "Literatury na świecie" i książek - tam buszowałem. Ale z rozpędu przeczytałem dużo książek, w których nie było momentów, np. Mrożka czy Cervantesa. I stwierdziłem - kurde, fajne. Zacząłem chodzić na przedmaturalne wykłady na UW i wciągnęło mnie. Rodzice nie próbowali mnie od tego odwodzić i nie zadawali najgłupszego pytania - które oczywiście z punktu widzenia rodziców ma sens - czyli "co będziesz po tym robić?". Bo skąd nastolatek ma to wiedzieć? Ale czułem: trzeba iść za tą kiełbasą, która nęcie i której zapach się czuje - że tak to trywialnie zmetaforyzuję. (uśmiech)

- Bo jeżeli straci się tę kiełbasę, to już nie czuje się żadnego zapachu. I nie wiadomo, gdzie iść.

Pan poeta.

- Odpustowy raczej. (śmiech)

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje