Przejdź na stronę główną Interia.pl

Michelle Obama. Pierwsza taka dama

​"Podoba mi się moje życie ze wszystkimi wzlotami i upadkami", pisze Michelle Obama. Nie ukrywa, że wychowała się w biedzie, że Barack nie chciał ślubu, choć nalegała, i że jego kariera była trudna dla rodziny. W autobiografii "Becoming. Moja historia" ujawnia, dlaczego poszli na terapię małżeńską i jak żyło jej się w Białym Domu. W naszym alfabecie opisujemy mało znane fakty z życia pierwszej damy.

A jak Autentyczność

Już na początku kampanii męża (nie popierała wejścia Baracka Obamy do wielkiej polityki!) zasłynęła szczerymi opowieściami o ich związku, rodzinie, a nawet problemach. Ludzie zaśmiewali się, gdy półżartem zwierzała się z różnic, jakie dzielą ją i wpływowego męża. Sporo czasu zabrało jej zrozumienie, że jego zapewnień: "jestem w drodze!" albo "już prawie w domu!", nie należało brać dosłownie: "Mijała godzina, dwie, a jego nie było. Nauczyłam się, że jego «zaraz będę» to wyraz pragnienia, by w domu być, nie opis stanu rzeczy". Szczerość przysporzyła jej krytyków, ale jeszcze więcej zwolenników. Jest najpopularniejszą Amerykanką i gdyby zdecydowała się wystartować w wyborach prezydenckich, miałaby szansę je wygrać. Ale Michelle organicznie nie lubi polityki. Tego też nie ukrywa!

B jak Biały Dom

Reklama

Michelle "Ludzie pytają mnie, jak się żyje w Białym Domu. Odpowiadam, że jak w luksusowym hotelu, w którym nie ma żadnych gości poza tobą i twoją rodziną". Pierwsze chwile w prezydenckiej rezydencji, na dwóch piętrach gmachu zajmującej niemal 1900 metrów kwadratowych (do tego basen, kręgielnia, siłownia i sala kinowa), opisała tak: "Tego samego dnia zabrano rzeczy Bushów, wniesiono nasze. Wyczyszczono dywany, porozstawiano meble. Kiedy wjechaliśmy windą na górę, nasze ubrania czekały równiutko ułożone w szafach i szufladach. Spiżarnię wypełniono ulubionymi przez nas przysmakami. Kamerdynerzy stali wyprostowani...". 

W pokojach gościnnych Michelle urządziła mieszkanie dla mamy. U córek zrobiła wystawkę pamiątek, które ich tata przywoził z podróży. Żyrandole zastąpiła nowoczesnym oświetleniem. Zapalała zapachowe świeczki, by stworzyć domowy klimat. "Pilnowałam, by okazywać pracownikom szacunek i doceniać ich pracę. Byli ludźmi otwartymi i serdecznymi. Zbliżyliśmy się do siebie. Często w kuchni, kiedy jadłam śniadanie i przeglądałam gazety, psioczyli na swoje ulubione drużyny i dzielili się ze mną historiami o wnukach".

C jak Córki

Długo starali się o dziecko. W końcu test ciążowy dał pozytywny wynik. "Kilka tygodni później poroniłam, co sprawiło, że zaczęłam czuć się źle z własnym ciałem" - przyznaje Michelle. Lekarze zaproponowali in vitro. 4 lipca 1998 roku na świat przyszła Malia Ann. Trzy lata później, 10 czerwca, urodziła się Natasha Marian. Wychowaniem dziewczynek zajmowała się głównie Michelle. Barack szykował się do wyborów do Kongresu USA. W domu bywał rzadko. 

"Żyłam w stanie nieustannego przeciążenia" - nie kryje jego żona. Nie zrezygnowała jednak z pracy dyrektorki wykonawczej w szpitalu: "Żeby się ze wszystkim wyrobić, musiałam zwlekać się w weekend z łóżka o piątej i siedzieć przed komputerem, nim pozostali się obudzili". Gdy Barack zaczął walkę o urząd prezydenta USA, w ciągu pół roku spędził w domu ledwie kilkanaście dni. 

Rodzina zaczęła żyć bliżej dopiero w Białym Domu. Córki prezydenckiej pary, które miały wtedy dziesięć i siedem lat, poszły do prywatnej szkoły Sidwell. Odwozili je agenci Secret Service czarnymi SUV-ami z kuloodpornymi szybami. Rodzice próbowali zapewnić im normalne dzieciństwo, ale protokół zakładał, że przy prezydenckich dzieciach zawsze jest ochrona. 

"Robiłam, co mogłam, by dziewczynki czuły więź ze światem zwykłych ludzi. Chodziłam na mecze piłki nożnej, w których grały Sasha i Malia. Stawałam na skraju boiska wśród rodziców i odmawiałam każdemu, kto prosił o zdjęcie. Kiedy Malia zaczęła trenować tenis, oglądałam jej mecze przez szybę samochodu zaparkowanego dyskretnie nieopodal kortów. Dopiero po rozgrywkach wysiadałam, by ją uściskać".  

D jak Dama niestandardowa

Nie istnieje podręcznik dla pierwszych dam, więc Michelle kierowała się intuicją. Zaczęła nietypowo: skopała część trawnika koło Białego Domu i przekształciła w ogród warzywny. Chciała promować zdrowy styl życia: ruch na powietrzu, jedzenie wartościowych posiłków. W chwili, gdy Barack obejmował urząd, jedna trzecia amerykańskich dzieci miała nadwagę. "Wiedziałam niewiele o poprzedniczkach. Że piły herbatkę z małżonkami zagranicznych dygnitarzy, wygłaszały życzenia świąteczne i ubierały się w ładne suknie. Wybierały też jedną czy dwie inicjatywy charytatywne i im się poświęcały". Wkrótce Michelle przedstawiła projekt "Let’s Move!" (Ruszmy się!). "Nie interesowała mnie polityka. Wolałam wywijać z hula-hoop i na skakance, by pokazać, że ćwiczenia mogą wspierać zdrowie". Udało jej się przekonać stacje telewizyjne, by zainwestowały w programy zachęcające dzieci do zdrowego życia, a dostawcy szkolnego jedzenia zgodzili się zmniejszyć ilość soli, cukru i tłuszczu w posiłkach. Uruchomiła też program wspierający dziewczęta w zdobywaniu wykształcenia. "Uświadomiłam sobie, że wszystko, co w nowym życiu wydawało się trudne - sława, uwaga, którą mi poświęcano, i niedookreślona rola pierwszej damy - mogę wykorzystać do zrobienia czegoś dobrego!"

>>> O wielkim faux pas popełnionym przez Michelle Obamę w towarzystwie królowej Elżbiety przeczytasz na następnej stronie <<<

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje