Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Michał Czernecki: Witaj smutku

​Nie pękaj. Bądź twardy - słyszy chłopak. Grzebanie się w emocjach to wstyd. Paradoks, ale potrzeba odwagi, by pokazać rozpacz, wzruszenie. Michał Czernecki otrzymał w rodzinie chłodny wychów. Dopiero terapia i dobry, intymny związek pozwoliły mu zrozumieć, że łzy są męskie, a tłumienie, ukrywanie uczuć już nie.

Beata Biały, Twój STYL: Chłopaki nie płaczą. A pan? 

Reklama

Michał Czernecki: Ja płaczę. Czasem nawet kilka razy w tygodniu. Niekoniecznie dlatego, że jestem smutny. Raz popłakałem się ze wzruszenia w tramwaju. Zobaczyłem parę głuchych staruszków. Pani dodatkowo była niedowidząca. Gdy on chciał coś powiedzieć, kładł jej dłonie na swoich, żeby w ten sposób mogła odczytywać znaki języka migowego. To było bardzo wzruszające. Czasem specjalnie wprowadzam się w stan wzruszenia. Na przykład włączam nastrojową muzykę. Nie mam problemu, by o tym mówić, nie wstydzę się swoich łez. Płaczę też przy żonie i nastoletnich synach. Uczymy ich, że wszystkie uczucia są okej. 

Był pan smutnym dzieckiem?

- Tak można wywnioskować, oglądając moje zdjęcia z czasu żłobka: na wszystkich jestem zaryczany. Ale jako dziecko nie miałem pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak emocje. Wiedziałem tylko, że jest mi dobrze albo źle. U mnie w domu nie mówiło się o uczuciach. To był dom pełen ciszy. Nawet gdy umarł ojciec, nie do końca wiedziałem, jak nazwać to, co czuję. Miałem wtedy kilkanaście lat. Tata długo chorował. Pierwszego kwietnia zadzwonił telefon przed szóstą rano, rozumieliśmy, że to ktoś ze szpitala - dlatego długo nikt nie podnosił słuchawki. W końcu zrobiła to mama. Weszła do pokoju i powiedziała: "Michał, wstań, tata już nie żyje". Na pogrzebie nie uroniłem ani jednej łzy. Z nikim nie rozmawiałem o tym, co się ze mną dzieje. Rodzina, pewnie w geście samoobrony, wybrała milczenie. Narastało we mnie poczucie beznadziei, kłębiły się niewyrażone emocje. W końcu przyszła myśl, że nie czuję niczego i jedyne dobre wyjście z tej sytuacji to moja własna śmierć.

Chciał pan umrzeć? 

- To był krzyk rozpaczy: "Zauważcie mnie! Pomocy!". Ale ten krzyk nie został usłyszany, więc niedługo po pierwszej próbie samobójczej próbowałem się zabić jeszcze raz. Paliłem nałogowo i regularnie się upijałem od 14. roku życia. Myślę, że w Polsce to taki "męski" sposób na smutek. Na to, że czujesz się źle, ale nie umiesz tego nazwać, zaakceptować, pogadać o tym, przeżyć - więc "zalewasz robaka". Sądzę, że w pewnym sensie i do pewnego momentu całe moje dorosłe życie jest wracaniem do tamtej chwili, śmierci ojca, i przeżywaniem emocji, których wtedy nie dane mi było doświadczyć. 

Kiedy doszedł pan do tego wniosku? 

- To, że latami próbuję zamknąć żałobę, uświadomiłem sobie, oglądając film "Siedem minut po północy". To opowieść o bezsilności i lęku przed stratą opowiedziana z perspektywy nastolatka, którego matka umiera na raka. To najpiękniejszy film o stracie, rozpaczy, smutku i radzeniu sobie z nimi, jaki widziałem. Łzy leciały mi z oczu od pierwszych kadrów do napisów końcowych. Nie jest sztuką udawać, że czegoś trudnego nie ma w twoim życiu: prawdziwym męstwem jest pogodzić się z tym, że jest, i żyć dalej mimo wszystko. Mam szczęście, że ożeniłem się z mądrą kobietą, dzięki której zrozumiałem, że mam problem z emocjami. A ona pomaga mi z tego wyjść. 

Jak? 

- Kiedy się poznaliśmy w Policealnej Szkole Pracowników Służb Społecznych, zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia. Gdy już byliśmy razem, Magdalena pytała, co czuję - takie normalne pytanie, a ja nie umiałem odpowiedzieć, nie wiedziałem, o co jej chodzi. Irytowało mnie to. Okazało się, że skoro nie wiem, co czuję, nie potrafię dać bliskości, na której jej zależało. Bo nie umiałem okazywać emocji, współodczuwać z drugim człowiekiem. Ja nawet nie pamiętam, żeby któreś z rodziców mnie przytuliło, a nagle kobieta oczekiwała ode mnie, że będę wspierać, rozumieć, dzielić dobre i złe chwile. Magdalena w pewnym sensie uratowała mi życie. Potem nastąpił wieloletni "proces terapeutyczny" i nie mam na myśli tylko psychoterapii. Długo byłem fatalnym mężem i ojcem. Tym bardziej jestem dumny, że wciąż jesteśmy razem. Nie zgrywam ideału przed synami, przyznaję się do błędów, mówię, że głupio postępowałem w przeszłości i nadal mi się to zdarza. 

Czyli żegnaj, smutku? 

- Przeciwnie! Smutek jest potrzebny. To rewers monety, której awersem jest radość. Źle, że współczesny świat nie pozwala na smutek, każe ciągle się uśmiechać. Brawo ja! Hej do przodu! To raczej droga donikąd. Smutek nie znika tylko dlatego, że udajemy, że go nie ma, rośnie w środku, wymywa wszystko inne i w pewnym momencie przepełnia ciebie całego, nie zostawiając przestrzeni na inne emocje. Dlatego warto zaprosić go do swojego życia. Nawet jeśli nie rozumiesz, skąd się wziął. 

- Niedawno moja żona kupiła dzwonki Koshi, są dostępne w czterech brzmieniach symbolizujących cztery żywioły. Byłem ostatnio wykończony pracą, odcięty od własnych emocji. Wsłuchałem się w muzykę Koshi i wypełnił mnie dobry, prawdziwy smutek. Zacząłem szlochać. I po chwili poczułem się lepiej. Człowiek jest jedynym stworzeniem na ziemi, które płacze, wyrażając w ten sposób emocje. To nie jest przypadek, prawda?

BEATA BIAŁY

TWÓJ STYL 7/2019


Zobacz także:


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje