Przejdź na stronę główną Interia.pl

Matki piłkarzy. Przy każdym faulu łza

​Najpierw trzeba uwierzyć. Że ma talent, że idąc "do piłki", nie straci czasu, nie zmarnuje życiowych szans. Potem zaufać, że się nie zepsuje, bo wiadomo, różnie w tych klubach się dzieje. Wreszcie wytrzymać rozłąkę, bo przecież gdy dobrze idzie, zaraz jest wyjazd za granicę. I jeszcze bolące serce, kiedy na boisku ktoś skosi syna, który dla nich zawsze będzie chłopcem. Trudno czasem być matką piłkarza, mówią Halina Piszczek i Magdalena Grosicka. Ale duma jest!

Halina Piszczek: Zawsze wiedziałam, że Łukasz zmężnieje

Goczałkowice-Zdrój, początek lat 90. Mieszkanie Piszczków, czyli pięcioosobowej rodziny w składzie: mama Halina (nauczycielka pracująca w przedszkolu), tata Kazimierz (piłkarz), trzech synów: Adam, Marek i Łukasz. Mama wdrapuje się na krzesło, żeby wyczyścić stojącą wysoko lampę. Aha, znowu! Gagatki rozbiły klosz i zamaskowały dziurę. Kiedy jest niepogoda, synowie grają w piłkę w domu, choć panią Halinę złości hałas. Ale co ma zrobić? W piłkę grał jej ojciec, gra mąż, a teraz ci trzej. Po domu walają się korki i koszulki. Prawdopodobnie u Piszczków zużywa się najwięcej proszku OMO w przeliczeniu na jednego mieszkańca gminy Goczałkowice. 

Reklama

- Łukasz oznajmił, że zostanie zawodowym piłkarzem, gdy był w piątej klasie. Uwierzyłam mu, bo sama w tym wieku zakomunikowałam rodzicom, że będę pracowała z dziećmi, i nie odpuściłam - opowiada z uśmiechem pani Halina. Sympatyczna, dobrze ubrana. Spotykamy się w rodzinnej miejscowości Łukasza. Jak na Zagłębie wyjątkowo tu zielono, spokojnie, bez kopalnianych szybów na horyzoncie. Siedmiotysięczne Goczałkowice-Zdrój to uzdrowisko: jest deptak, pensjonaty, kawiarnie i jezioro przy tamie. Tuż przy parku boisko klubu sportowego, w którym Łukasz zaczynał. 

"Chłopiec zdolny, ale drobny i niewysoki. Słabe warunki fizyczne", słyszeli rodzice w klubie jak refren. - Ale ja wiedziałam swoje. Mojego męża poznałam w podstawówce. Też był niepozorny. Potem jednak wystrzelił w górę, zmężniał. Czułam, że tak samo będzie z Łukaszem - mówi Halina. 

Dam sobie radę

Łukasz przedszkolak, najmłodszy z braci (Marek jest starszy o trzy lata, Adam o dwa). Jasne falujące włosy, zawadiacki uśmiech. Festyn rodzinny, konkurencja: piłkarskie strzelanie do tarczy. Liczy się snajperska precyzja. Z dzieckiem muszą wystąpić rodzice. Halina wie, że jej zadanie to kopnąć, choćby raz i "panu Bogu w okno", bo wszystkie punkty nabije Łukasz. - Spędzał na boisku długie godziny, piłkę zabierał wszędzie. Jeździliśmy na wycieczki rowerami. Pakowałam koszyk z jedzeniem, na miejscu rozkładaliśmy kocyk i mogłam czytać do woli, chłopcy z ojcem natychmiast zaczynali kopać - wspomina. Najpierw Łukasz grał w LKS Goczałkowice, więc był spokój. Nie opuszczał się w nauce, tata pilnował treningów, mama organizowała życie domu. Wszyscy o 15 musieli stawić się na obiad, nie było wymówek. Na obiad najlepiej schaboszczaki, ale do tego dużo surówek, owoców i soki. Żeby "warunki" się poprawiały. Choć działo się to powoli, Łukasza zauważyli trenerzy z pobliskiego Gwarka Zabrze. Gdyby miał zmienić klub, musiałby przenieść się tam i zamieszkać w bursie. 

- Martwiłam się, czy da sobie radę. Miał wprawdzie szereg zalet, które mogły pomóc: był obowiązkowy, punktualny, dobrze zorganizowany. Bałam się jednak, jak ułoży relacje z innymi zawodnikami. Czy jako najmłodszego nie będą go wykorzystywali? - Halina mówi o wątpliwościach. - Wtedy padło zdanie, którego trzymam się całe życie: "Mamo, nie martw się, poradzę sobie". Pozwoliłam mu na tę przygodę, ale przykazałam: "Jeśli poczujesz, że dzieje ci się krzywda, natychmiast wracaj do domu". Jeździłam na jego mecze. Szybko został kapitanem, po każdych rozgrywkach był królem strzelców albo najlepszym graczem meczu. Podczas finału ligi "Gościa Niedzielnego" na boisko wszedł biskup Damian Zimoń, uścisnął dłoń Łukaszowi i pobłogosławił go. Byłam wzruszona i dumna. 

O mały włos

Kwiecień ubiegłego roku. Łukasz na szczycie. Jest gwiazdą w niemieckim klubie Borussia Dortmund, jego drużyna tego wieczoru ma zagrać z Monako w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Autobus czeka przed klubem na zawodników. W tym czasie, w Goczałkowicach Halina ma masę spraw w pracy, w dodatku rozładowuje się jej telefon. Wraca do domu, chce obejrzeć relację. - Włączyłam telewizor i byłam zdziwiona, że mecz się jeszcze nie zaczął. Dopiero wtedy się zorientowałam, że moja komórka padła. Naładowałam ją, zadzwoniłam do męża, który był w Dortmundzie. Powiedział, co się stało. Myślę, że Bóg chciał oszczędzić mi szoku, przerażenia. Łukasz był już bezpieczny - opowiada Halina. 

Gdy drużyna zbierała się do drogi, w pobliżu autokaru wybuchły trzy ładunki. Zawodników uratowały pancerne szyby. - Z mojej perspektywy to najstraszniejsza chwila w jego karierze - mówi Halina. - Mówił potem, że ten moment uświadomił mu, jakie ma życie, jak dużo do stracenia. A do mnie dotarło, że mogłabym go stracić. W takich chwilach i innych trudnych muszę się trzymać jego słów "będzie dobrze, mamo" - opowiada. 

Dobrze musiało być, kiedy cztery lata temu Łukasz miał kontuzję stawu biodrowego i wchodził na boisko naszpikowany środkami przeciwbólowymi. I całkiem niedawno, gdy podczas meczu uszkodził kolano i start w mundialu zawisł na włosku. 

- Oczywiście, że się martwię. Ale to nie tak, że nie śpię po nocach. Wiem, że on jest odpowiedzialny. I... że jest przy nim Ewa, mam do niej zaufanie - mówi Halina. To o synowej. 

Co powie mama?

Stery oddała dwa razy. Najpierw trenerowi w Gwarku. Zanim Łukasz zaczął grać w Zabrzu, Halina pojechała obejrzeć, kto będzie się nim zajmował, szkolił, komu będzie się wypłakiwał. Bo taka jest przecież rola trenera, który poza domem zastępuje piłkarzowi matkę. 

- To jest dzielenie się autorytetem, wpływem na dziecko. Trudne? Chyba byłam przygotowana. Stosunkowo szybko urządziłam w pokoju Łukasza sypialnię dla gości - śmieje się Halina. Z Gwarka jej syn ruszył za granicę i to już było stuprocentowe wyfrunięcie z gniazda. Najpierw do klubu Hertha do Berlina. 

- To było po mistrzostwach świata juniorów w Szwajcarii, Łukasz grał już w młodzieżowej reprezentacji Polski. Od tego momentu zaczął nabierać masy mięśniowej, wiedziałam, że teraz będą się o niego starać najlepsi - tłumaczy. W Berlinie Łukasz osiadł nie od razu, Hertha wypożyczyła go do Zagłębia Lubin. W Lubinie był jego pierwszy samodzielny dom. 

- Pojechałam zobaczyć, jak się urządził. A tu podobnie jak u nas, drewniany kredens, takie same szafki w kuchni, nawet szklanki identyczne. Jakby chciał trochę powielić dom rodzinny, to było miłe. Ugościł nas kanapkami z pastą ze śledzia, z ogórkiem, sam ją przygotował - wspomina Halina. 

Drugi raz stery oddała Ewie. I to już na dobre. Ewa i Łukasz poznali się, gdy on grał w Gwarku. Ona pochodzi z Zabrza. Dziś mają troje dzieci: Sarę, Nel i Patryka. O zaręczynach mama wiedziała pierwsza. 

- Cieszę się, że syn mi ufa, liczy się z moim zdaniem - mówi. Już jako dorosły mężczyzna Łukasz rozważał zmianę fryzury: "Chciałbym mieć taką jak w przedszkolu", czyli długie włosy z grzywką. "Grzywka będzie ci przeszkadzała na boisku, poza tym nie jesteś już pięciolatkiem", zauważyła mama i on odpuścił. - Ale nie z tego wpływu cieszę się najbardziej - zastrzega Halina. Ma satysfakcję, że nauczyła syna empatii. "Jak się czujesz?", zaczynała rozmowę po meczu, którego nie mogła oglądać z trybun. Celowo nie pytała o wynik. Bo zawsze mu powtarzała, że gole nie są najważniejsze. "Pomyśl, że to ty przegrałeś. Uświadom sobie, jak się czujesz", prosiła. Bała się, że kiedyś Łukasz wróci z ważnego meczu bez żadnej nagrody. Co wtedy? Nie sprawdziła tego, bo zawsze przyjeżdżał z pucharem, nową torbą, butami. Ale za każdym razem czekała na jego powrót, żeby w razie czego powiedzieć: "To nie był twój ostatni mecz w życiu, przegrać to żaden wstyd". 

Powrót do przyszłości

Dzisiaj Halina ma spokojniejsze życie. Marek, najstarszy syn, wyjechał z rodziną do Anglii, dawno się usamodzielnił. Drugi, Adam, mieszka w Goczałkowicach. Łukasz bywa w domu, kiedy tylko może. Gdy wraca do Dortmundu albo kiedy oni jadą do niego, zabierają polską kiełbasę, jego ulubione kiszone ogórki i kapustę. Halina się śmieje, gdy on sam czasem dorzuca do bagażnika worek ziemniaków. "Jeszcze krowę ci kupimy, będziesz hodował na trawniku" - żartuje, bo Łukasz od dziecka przepada za mlekiem. Czy tęskni za synem? Oczywiście. 

- Wciąż siedzimy "na kamerce", rozmawiamy. Czekam na rok 2020, bo już wiemy, że on wróci do nas - mówi Halina. "Piszczu" po skończeniu kariery planuje otwarcie szkółki piłkarskiej w Goczałkowicach, sam będzie grał w lokalnym klubie, który niedawno awansował do... czwartej ligi. Wybudują z Ewą dom w połowie drogi między ich rodzinnymi miejscowościami. 

- On mógłby mieszkać w każdym miejscu na świecie, ale chce tutaj. Jest bardzo rodzinny - uśmiecha się Halina. Po każdym zakończeniu sezonu Łukasz organizuje przyjęcie w ogrodzie dla całej familii. - Znajomi czasem proszą o autograf, gratulują mi bramki, jakbym to ja strzeliła. Ale najlepsze są moje dzieciaki w przedszkolu. Wciąż mnie pytają o syna albo o innych zawodników i są pod wrażeniem, kiedy mówię, że tego czy tamtego znam osobiście. Jednak najfajniej Łukasz działa w roli motywatora. Dzieci nie chcą jeść surówki, a ja pytam: Wiecie czemu on tak szybko biega i ma zdrowe kości? Bo jadł marchewkę i fasolkę! I one wcinają, aż miło popatrzeć.

Reklama

Reklama